Bóg Honor Ojczyzna
Życiorys Pawła Pikuły
Wybór i opracowanie: Piotr Pikuła
W Polatyczach 15 listopada 1836 r. urodziny Pawła Pikuły, syna włościanina Misieya (lat 20) i Maryanny z domu Buczyło (lat 20). Ochrzczony 16 listopada w Kobylanach.
1867
– (lipiec) Paweł Pikuła, jako dzierżawca Derła, wezwany przez gubernatora Gromekę do „nawracania” parafian z miejscowości Hrud – zawiódł jego oczekiwania; Gromeka zapowiada wyjazd Pikuły do Galicji w celu zapoznania się z położeniem tamtejszych unitów
1874
– (13 stycznia) Marianna Pikuła z Derła ukrywa u siebie klucze kościoła w Pratulinie
1874
– (styczeń) – Paweł Pikuła broni kościoła w Pratulinie, za co trafia do więzienia w Białej
1878
– (25 marca – 2 kwietnia) Henryk Jackowski SJ rozpoczyna tajne misje jezuitów na Podlasiu
1885
– (sierpień) – Paweł Pikuła i jego syn, Konrad, wspierają misję Józefa Grużewskiego SJ
1885
– (październik) – Paweł Pikuła wspiera misję Teodora Sozańskiego SJ
1886
– (luty) – Paweł Pikuła wspiera misję Teodora Sozańskiego SJ
1886
– (27 lutego) – osadzenie Józefa Grużewskiego SJ w 10. Pawilonie Cytadeli Warszawskiej
1886
– (lipiec) – Paweł Pikuła osadzony w 10. Pawilonie Cytadeli Warszawskiej (zdradzony przez ks. Marcelego Sikorskiego); wezwany jako świadek w sprawie Józefa Grużewskiego SJ;
Paweł Pikuła po miesiącu zachorował i wszedł w układ z Dobrjańskim, wskutek czego wpłacił 200 rubli i poszedł do cerkwi; uznany przez miejscowych za zdrajcę przechodzi wewnętrzne załamanie;
śmierć synowej, żony Konrada Pikuły;
1987
– Wezwanie do Janowa; Paweł Pikuła woli więzienie od zdrady; wyjazd do Warszawy; trzydniowa pielgrzymka na Jasną Górę; rozmowa z Dobrjańskim, list uwierzytelniający, okres względnego spokoju;
1887
– (wrzesień/październik) Paweł Pikuła zesłany do Kiryłowa
1888
– (12 czerwca) Józef Grużewski SJ wyjeżdża z Kiryłowa; Paweł Pikuła zostaje
1893
– data powrotu Pawła Pikuły z Kiryłowa wg Józefa Czerniaka (służącego)
1894
– (listopad) Paweł Pikuła otrzymał pamiątkowe zdjęcie od grafa i grafini Nirod.
1896
– prawdopodobna data małżeństwa z Michaliną z domu Usakiewicz
1903
– (21 kwiecień) w Łobaczewie urodził się Anzelm, syn Pawła i Michaliny
1904
– (sierpień) Paweł Pikuła wspiera misję Apoloniusza Kraupy SJ na Podlasiu
1904
– Paweł Pikuła, z inicjatywy ks. Teofila Kowalskiego, finansuje orkiestrę dętą w Janowie Podlaskim
1905
– (20 stycznia) w Łobaczewie urodził się Marian, syna Pawła i Michaliny
1905
– (30 kwietnia) ogłoszenie edyktu tolerancyjnego i amnestii za przewinienia religijne
1909
– Paweł Pikuła, jako właściciel majątku w Malowej Górze, zamawia organy dla nowo wybudowanego w tej miejscowości kościoła
1912
– Paweł Pikuła kupuje majątek Pacjany vel Pacyniany
1918
– 26 czerwca (starej daty) Paweł Pikuła przebywał w Stawropolu (wg wspomnień przekazanych przez Mariana Pikułę był tam na zesłaniu)
1918
– ustny podział majątku Pacjany
1921
– (marzec) Paweł Pikuła był w Janowie, kupił modlitewnik „Dobra spowiedź misyjna” (zachowany wśród rodzinnych pamiątek z odręczną adnotacją, zapewne sporządzoną przez Pawła)
1926
– 27 stycznia Paweł dokonał podziału majątku Pacjany
1926/1927
– Księga Adresowa Polski (wraz z w. m. Gdańskiem) dla handlu, przemysłu, rzemiosł i rolnictwa, Warszawa wymienia Pawła Pikułę jako włościanina w gminie Nowa Mysz.
1928
– (1 stycznia) Paweł Pikuła umiera w Pacjanach, pochowany 3 stycznia na cmentarzu w Pacjanach.
Wielki patriota
W 1912 r. kupił folwark Pacjany, gdzie odszedł do wieczności 1 stycznia 1928 r. Według aktu zgonu miał wtedy 98 lat.
Lud Podlaski posiada wielką siłę i stałość charakteru. Szczególniej na gruncie przekonań religijnych jest niewzruszonym, każdy więc z wpływowych wieśniaków, gdyby dał się ująć, pohańbiłby się na próżno, bo gdzie bezsilnemi były kule, bagnety, nahajki, Syberia i kontrybucje, tam skutku odnieść nie mogło słowo, i to jeszcze słowo splamionego odstępcy.
Jednym z takich wpływowych wieśniaków, na których Moskwa szczególniejszą baczność zwróciła, był gospodarz ze wsi Derło, stary Paweł Pikuła.
Ośmdziesięcioletni blisko ten starzec miał wielkie poważanie nie tylko między sąsiadami, ale i w całej okolicy, na które w zupełności zasługiwał.
Był to człowiek rzadkiej uczciwości, przytem pilny, pracowity, trzeźwy, gdyż żadnego z trunków upajających nie używał, nadto rozumny. Nauki nie mając prawie żadnej, gdyż zaledwie czytać i jako tako stawiać litery umiał, co ostatnie mu nawet z pewną trudnością przychodziło, stara ręka bowiem zesztywniała od pługa i siekiery; lubiąc wszakże nad wszystkim się zastanawiać, przez ciąg długiego życia znacznie powiększył zasób posiadanych wiadomości Nadto mając naturalny wrodzony rozsądek, czyli tak nazwany chłopski rozum, rozwinięty tak długiem doświadczeniem, jako też czytaniem pożytecznych książek, co bardzo staruszek lubił, choć nie zawsze oczy służyły. Pikuła słusznie uchodził za bardzo rozumnego człowieka.
Był on dość zamożnym, bogatym nawet; posiadał bowiem spory kawał gruntu, który raczej za folwarczek, niż włościańską zagrodę mógł uchodzić, do tego porządnie zabudowany, piękne inwentarze, a także zapasik grosza na czarną godzinę. Że zaś pilnie i starannie około roli chodził, z widzianych gdziekolwiek ulepszeń gospodarskich korzystał, tak że gospodarstwo jego nie tylko wieśniakom, ale i wielu dworom za wzór służyć by mogło; nadto nie próżnował chwilki, choć miał się kim wyręczyć, gdyż w domu nie tylko synowie, ale i wnuki dorosłe były; to też dostatek się mnożył. Nie tylko sam, ale nikt z rodziny jego do karczmy nie uczęszczał, potrzeb miał mało, na próżno grosza nie trwonił, mógł więc co rok coś odłożyć.
W tym razie Pikuła nie postępował jednak wzorem wielu wieśniaków, którzy zaoszczędzone pieniądze, zmieniwszy na złoto lub srebro, zakopują w ziemi, tam sądząc je najbezpieczniejszymi, choć w ten sposób właśnie najczęściej przepadają. Podpatrzy je bowiem złodziej, sam właściciel zapomni o miejscu, w którem były zachowane, albo też umierając, nie powić o nich nikomu z różnych powodów, i tak marnują się.
Pikuła znał się na papierach procentowych; za oszczędzone więc pieniądze kupował zastawne listy Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, które słusznie za najpewniejszy papier uważał; pieniądz więc przyrastał nawet w szkatułce.
Do majątku tego doszedł twardą pracą całego życia; wszystko co miał było uczciwie i w pocie czoła zebrane, i mógł sumiennie z ręką na sercu powiedzieć, że w całej fortunie nie posiada ździebełka, ani grosika, na których by łza lub krzywda ludzka ciążyły. Iluż to znajduje się bogaczy, którzy by tego samego powiedzieć nie mogli?
- Albo mi to źle w sukmanie? Człowieka uczciwego, to i w sukmanie każdy uszanuje, a łotrem, choćby w surducie, pogardzają.
Nikt też nie widział Pikuły ubranego inaczej, jak w sukmanie z grubego sukna, takiej, jako noszą na Podlasiu wieśniacy, do której zimą dodawał kożuch z baranów swojego chowu. Tego też przestrzegał u dzieci i wnuków swoich, wdrażając im od małego poszanowanie stanu, do jakiego należeli i karcąc surowo wszelką pychę.
Choć tak zapobiegliwy i oszczędny, nie był wszakże skąpym, lecz chętnie dzielił się z potrzebującymi. Nie widziano nigdy, aby ubogi lub proszący udawał się do staruszka na próżno, a jeżeli którego z sąsiadów lub znajomych dotknął nieurodzaj, grad, pomorek lub pożar, Pikuła pierwszy, często nawet nieproszony, zjawiał się z pomocą; udzieliwszy zaś jej, uchodził co prędzej, chroniąc się od podziękowań, na które odpowiadał:
- Nie masz czego dziękować, sąsiedzie, ja i nie swoje daję, tylko Bozkie. Bóg mi na to dał, abym się z potrzebującym dzielił. Jak ja będę w potrzebie, boć co tobie dziś, mnie może być jutro, to ty mi pomożesz, albo kiedy, jak mnie nie stanie, a moje dzieci i wnuki będą w biedzie, to ich podratujesz, jeżeli ci Bóg pobłogosławi.
Sąsiedzi też znając dobre serce staruszka, w każdej potrzebie szli doń, jak do swego bankiera. On też rad wygadzał, nie dając mówić nawet o procentach, na które inni tak nieraz bywają łakomi.
- Cóż to - mawiał do ofiarującego mu takowy - starego Pikułę masz za żyda, że procent mi dajesz?
- Oddajno, bratku, tylko to, coś pożyczył, a będzie z ciebie dość; na co masz dopłacać? Na co mi twoje? Czy to wieki staremu żyć; toż i tego co mam do trumny nie zabiorę, a dzieciom i wnukom kawałek chleba zostanie; jak im będzie mało, niech pracują, to Bóg da. Jakby tak na tamtym świecie się pokazało, żem obdarł biedniejszego, toby dopiero było źle z Pikułą. Idźże sobie, sąsiedzie, i wstydź się takie rzeczy mówić.
Nie odmawiając nikomu pomocy, grosza próżniakowi i pijakowi nie pożyczył.
- Popraw mi się, bratku, pierwej - odpowiadał na prośby - dopóki cię bies do karczmy ciągnie i robić się nie chce, grosza ode mnie nie dostaniesz; bo ja nie na to całe życie zbierałem, aby grosz, w pocie czoła zapracowany zabierali Herszki i szynkarze. Ja nie chcę pomagać do zguby twojej duszy, na którą i tak bies czyha. Jak się poprawisz i na porządnego człowieka wyjdziesz, to przychodź śmiało, bo stary Pikuła zawsze gotów poratować sąsiada.
I tak odprawiony odchodził ze wstydem, wiedząc dobrze, że żadne prośby nie skłonią staruszka do zmiany zdania, a nieraz napomnienie takie skutkowało.
Nic więc dziwnego, że staruszek tak poczciwy, którego życie czystem było jak woda kryniczna, wielki i dobry wpływ na sąsiadów wywierał.
Kochali go też i szanowali, a słuchali więcej pewnie, jak wszystkich razem naczelników, choć Pikuła zburczał niejednego, jak co zbroił, młodszym szczególniej to i laską pogroził, ba! nawet za ucho pociągnąć potrafił. Tak jednak skarcony nie tylko się nie gniewał, ale owszem dziękował za napomnienie; wiedział dobrze bowiem, że to dla jego dobra.
Żaden spór czy to o granice, czy o co innego, nie obszedł się bez wdania Pikuły; on zwykle rozstrzygając go z zadowolnieniem obu stron, godził zwaśnionych. Nie było wypadku, aby przeciwnicy przez niego pogodzeni, kłócili się jeszcze, bo wyroki jego szanowano lepiej od wójtowskich i sądowych, gdyż wiedziano, że sprawiedliwe.
Granice zaś nie tylko w swojej wsi, ale w całej okolicy pamiętał stary tak dobrze, że łatwiej ich znaleźć umiał, niż niejeden jeometra, patrzący na mapie.
Kiedy w chacie jakiej przyszła na świat dziecina, z pewnością proszono starego w kumy; państwo młodzi idąc do ślubu, nie zapomnieli nigdy wstąpić do jego chaty po błogosławieństwo; zapomnienie bowiem podobne uważaliby za grzech. Gdzie znowu zdarzył się pogrzeb, sam on bez proszenia się zjawiał, nie na stypę, bo hulanek nie lubił, lecz pamiętając na przykazanie Boże, że smutnych cieszyć należy. Spieszył też z pocieszeniem, a gdzie widział tego potrzebę, z czynną pomocą, bo ratować bliźnich w nieszczęściu, było dla niego prawdziwą rozkoszą.
W święta i Niedzielę chata jego pełną bywała; staruszek lubił gości i rad był, gdy go nawiedzali.
Schodzili się więc nie tylko powiernicy jego, starzy, jak on gospodarze, ale i młodzież, a spożywszy co Bóg dał, przy szklance piwa lub lampeczce miodu domowej roboty, spędzali czas na wesołej gawędce, tak że ani się obejrzeć, jak przeleciał wieczór.
Staruszek opowiadał zgromadzonym co przeczytał w książkach, których dość miał u siebie, lub też czytał głośno z nich niektóre ciekawe rzeczy, objaśniając je i dodając nieraz przykłady, z własnego życia i doświadczenia wzięte, albo też tak gawędzono o gospodarstwie i różnych innych sprawach, mogących obchodzić wieśniaków.
Cała okolica, jednem słowem, uważała Pikułę za ojca i patryarchę; wieśniacy nie tylko w każdym wypadku udawali się do niego, ale nic zupełnie bez jego porady nie przedsiębrali, tak że niejeden dalej mieszkający wolał kilka wiorst drogi przebyć, niż coś ważniejszego przedsięwziąć bez rady starego.
Człowiek taki musiał koniecznie zwrócić na siebie uwagę Moskali, którym zwykle ludzie uczciwi wpływowi są solą w oku. Od dawna szukali sposobu, aby go użyć za narzędzie do nawracania innych, lecz jak trafić do niego? Jakim sposobem skłonić go, aby został apostołem schizmy? Był to sęk, nad którym od dawna łamali sobie głowy.
O przekupstwie ani myśleć.
Pikuła był zamożny i bardzo nawet, zresztą nie chciwy, nie pijak, ni hulaka, przeciwnie skromny, oszczędny i pracowity, tak mało mający potrzeb, wzgardziłby więc ofiarowanemi rublami.
Drogą perswazyi go skłonić także niepodobna.
Wierny Ojców wierze, nie odstąpiłby jej za nic; jakże więc mógł zgodzić się namawiać innych do apostazyi. Zbyt znowu był rozsądnym, aby się dał obałamucić Moskalom i nie przejrzał ich sideł.
I groźba żadnego by na nim wrażenia nie wywarła.
Starzec, nad grobem stojący, śmierci się nie bał, owszem, jako dobry chrześcijanin każdej chwili był na nię gotów. Pletniby pewnie nie wytrzymał; dla oszczędzenia sobie kilkugodzinnego może cierpienia, czyż chciałby plamić odstępstwem ostatnie chwile długiego, nieskazitelnego dotąd żywota?
Na to wszystko zwracano uwagę Naczelnika Kutanina, ile razy tylko wspomniał Pikułę, mówiąc, że chciałby go użyć do przekonania wieśniaków, aby próżnego sporu zaniechali.
"Nawracanie" Unitów
Pewnego dnia przybył do Derła Kutanin z eskortą kozacką i zatrzymawszy się przed domem sołtysa, polecił zawołać Pikułę.
Stawił się starzec ciekawy, co potrzebować może naczelnik.
- A to ty, stary - rzekł do niego Kutanin - co cię tak wszyscy chłopi kochają i szanują, żeby za tobą w ogień i w wodę poszli.
- Wielmożny naczelnik żartuje - odrzekł Pikuła - jużci siwe włosy to i młodzi szanują; słuchają ta mnie czasami, boć wiedzą, że do złego nie namówię. Zresztą człowiek nie dzisiejszy, nie z jednego pieca chleb jadł, to więcej wiedzieć może od młodszych; ale żeby tam aż w ogień za mną mieli iść, to do tego jeszcze daleko.
- No mniejsza o to, tak, czy nie - rzekł Kutanin - dość, że cię słuchają i masz wpływ na nich; dla tego też przyjechałem do ciebie za interesem od samego cesarza,
- Od cesarza? - zapytał zadziwiony Pikuła - a cóż cesarz może mieć do chłopa za interes? Wszak on od nas nic więcej nie chce, jak tylko abyśmy podatki regularnie płacili i rekruta dawali, a jedno i drugie może wziąć beze mnie? Wszak mamy urzęda, co tego pilnują, i jak kto w porę nie odda, nie tylko zagrabią, ale i karę jeszcze zapłacić każą.
- Nie o rekruta, ani podatki tu idzie - rzekł Kutanin - na to nie trzeba twojej pomocy, jest inna rzecz. Słyszałeś pewnie, że car nasz miłościwy chce, abyście jedne z nim wyznawali wiarę. Wiesz o tem?
- Słyszę, Wielmożny naczelniku - odpowiedział Pikuła.
- Tak jest z pewnością - rzekł Kutanin - car miłościwy chce tego koniecznie. Pragnie on chłopów wydobyć raz na zawsze z pod złych wpływów szlachty i ksiondzów polskich, co ich na zatracenie prowadzą, nadto w swej niewyczerpanej łasce tych co go posłuchają, sowicie wynagrodzi, ale nieposłusznych za to karać będzie. Te zaś głupie muzyki nie rozumieją własnego interesu; nie chcą pojąć, że carowi opierać się nie wolno, a przez ten upór swój na wielkie nieszczęście mogą się narazić, czego zresztą już trochę doświadczyli. Otóż trzeba, żebyś zaraz jechał ze mną do Pratulina, gdzie z rozkazu mego zebrali się chłopi i tam przemówiwszy do nich rozsądnie, jak to nieraz robiłeś, nakłonił ich, aby cara słuchali, i nauczył, co mają robić. Siadajże ze mną i jedziem.
- Ale, Wielmożny naczelniku - odpowiedział Pikuła - co pomoże moje namawianie. Wszak namawiają ich już dawno księża, co tu z Galicyji poprzyjeżdżali, urzędnicy, Wielmożny naczelnik sam nawet, i karzą ich za nieposłuszeństwo, a jednak to wszystko nic nie pomaga, więc cóż ja tutaj poradzić mogę. Jeżeli o to idzie, Wielmożny naczelniku, to ja nie mam po co jechać.
- Nic nie pomoże, musisz jechać! - krzyknął Kutanin - ja w imieniu cesarza każę! Słyszysz! Siadaj i jedziemy.
Na powtórzony rozkaz siadł starzec na kozioł i z eskortą kozacką przybyli do blizkiego Pratulina.
Gromada włościan, spędzona przez straż ziemską, czekała od dawna. Kutanin wysiadszy z bryczki, zbliżył się do nich z Pikułą.
- Oto macie - rzekł - człowieka, którego znacie i szanujecie, a który też na to w zupełności zasługuje. Przywiozłem go tu umyślnie, aby wam powiedział, że źle postępujecie, nie słuchając naszego miłościwego monarchy, który jedynie waszego dobra pragnie. On wam powie, co macie robić i powie dobrze, bo to człowiek rozumny, o czem zresztą wiecie; co więc powie, tego święcie słuchajcie.
Zebrani wieśniacy spojrzeli z zadziwieniem na Pikułę i Kutanina. To co słyszeli nie mogło się im w głowach pomieścić.
Jak to! Pikuła, ten zacny kochany staruszek, którego dotąd za ojca uważali, od którego zawsze same dobre tylko i uczciwe rady i przestrogi słyszeli, mógł się do tego stopnia zapomnieć i podjąć się namawiania ich do schizmy?
On, co tak zdawał się być przywiązanym do wiary Ojców, co niedawno jeszcze zachęcał ich do wytrwałości w cierpieniach?
Ale co to mogło się zrobić? Zkąd przyszła nagle ochota Pikule pokumać się z Kutaninem?
Czyżby starzec nad grobem stojący, zamożniejszy od nich wszystkich, ułakomił się na ruble moskiewskie?
Czy nie pojmował hańby, jaką na swoje siwe włosy ściąga?
To zdaje się nie do uwierzenia. Coś jednak musiało się zrobić; słyszeli bowiem dobrze, co mówił naczelnik, że Pikuła ma ich namawiać, aby cara słuchali. Wiadoma przecież, że car żąda przyjęcia schizmy; stary więc już widać został Moskalem.
Tak myśleli wieśniacy, którzy zasmuceni i zadziwieni czekali co im powie Pikuła, będąc przygotowanymi, w razie gdyby ich do odszczepieństwa nakłaniał, plunąć mu w oczy, wytknąć hańbę, jaką nie tylko siebie, ale całą zacną rodzinę okrywa i nie słuchając więcej, rozejść się.
Po chwili milczenia śmiało znosząc badawcze wejrzenia wieśniaków, stary w te odezwał się słowa:
- Chciałeś pan, panie naczelniku, abym nauczył mojich sąsiadów, jak mają obecnie postępować. Dobrze! jestem gotów spełnić pańską wolą, choć to co im mogę powiedzieć, od dawna dobrze wiedzą sami. Dla nas wszystkich jest jedna tylko droga, trzymać się wiernie naszej św. wiary, cokolwiekbądź za to czeka.
Tu starzec dobywszy z pod sukmany krzyżyk, który zawsze nosił na piersiach, ukląkł i podniósł go w górę, a za nim padła na kolana zebrana gromada.
- Przysięgam na moje siwe włosy - mówił - na zbawienie duszy, jak pragnę szczęścia mych dzieci i Boga przy skonaniu oglądać, że wiary Ojców moich nie odstąpię i wy, sąsiedzi, nie róbcie tego. Święci męczennicy tyle wycierpieli za nię, nasi bracia niedawno krew swoję dla niej przelali, naśladujmy ich przykład. Przeklęty ten, kto wiarę zmieni.
Wieśniacy z uniesieniem powtarzali przysięgę Pikuły i łzy radości zwilżyły ich oczy.
Ukochany staruszek był godnym ich szacunku, jak dawniej, a przemowa jego bardziej jeszcze wzmocniła ich stałość.
Kutanin stał osłupiały, niemy, nie pojmąc co to się dzieje.
Znów nowa, straszliwa spotkała go kompromitacya; wszak rozkazał wieśniakom słuchać i spełniać, co powie Pikuła, uznając to naprzód za dobre; lecz któżby przewidział podobne zuchwalstwo?
Ochłonąwszy wreszcie, krzyknął na kozaków, a ci podbiegłszy, porwali klęczącego jeszcze starca i wielu innych, co bronić go chcieli, pokrępowali, następnie przywiązawszy między konie, powlekli do Białej, nagląc nahajkami do pochodu.
Omdlały ze zmęczenia, pokaleczony pletniami, przywlókł się ciągnięty na sznurku przez kozaków Pikuła do tego miasta, gdzie w więzieniu wraz z sąsiadami długo pokutował za to, że poszedł za głosem obowiązku i sumnienia, nie zaś za podszeptami wrogów.
Wreszcie, kiedy w czasie bytności cara w Warszawie ułaskawiono część wieśniaków trzymanych w turmach, uwolniono i jego.
Zacny staruszek powrócił do rodzinnej wioski, gdzie dotąd żyje w większem jeszcze poszanowaniu i miłości tak sąsiadów i znajomych, jako też rodziny.
Hrud. Mała wieś wielka wiara
Jeszcze jeden przykład przywiązania ludu unickiego do wiary ojców, przytaczamy:
Malutka to, bo zaledwie 430 dusz unickich licząca parafijka, leży wprawdzie w granicach powiatu i dekanatu konstantynowskiego, lecz ponieważ oddalona jest od Biały tylko 7 wiorst, skąd jako od podstawy schizmatyckiej misyi w tym kącie wychodziły na bohaterski Hrud wszystkie rozkazy Gromeki i prześladowania, opis walki religijnej tej parafii zamieszczam w rubryce bialskiego powiatu i dekanatu.
Parafia ta miała dzielnego kapłana, Józefa Terlikiewicza, który wcześnie objaśnił parafian swoich, że przychodzą na unię ciężkie czasy i że go niezadługo z parafianami rozłączą.
W 1867 roku, przy końcu Lipca, przyjechał tu Gromeka, gubernator siedlecki i przywiózł z sobą Pawła Pikułę, włościanina, dzierżawcę dóbr Derła, człowieka rozumnego, wpływowego i silnego w wierze świętej unitę. Pikuła, wyjątkowo w tych stronach bogaty i wzbudzający zaufanie u swoich, stał się też przedmiotem pokus ze strony gubernatora, ażali się mu nie uda Pikułę przerobić i duchem prawosławia natchnąć, a potem przez niego skutecznie uderzyć unitów. Bierze go więc z sobą gubernator do powozu, rozmawia z nim łaskawie, przywozi do Hruda i zebrawszy unitów, zachęcać ich począł do przyjęcia nowych zmian i obrzędów w cerkwi, wyrzucenia organów, i wyjąwszy książeczkę z psalmami, którą miał z sobą, począł uczyć lud, że w psalmie 150 nie masz wzmianki o organach, chociaż w nim są wymienione rozmaite instrumenta, na których można chwalić Pana, że organy łacinnicy wymyślili i do kościołów wnieśli.
W tej chwili Łukasz Kowalczuk, gospodarz, śmiało do Gromeki przystąpił i poprosił go o tę książeczkę. Gubernator sądząc, że prosty chłop czytać nie umie, dał mu książeczką z psalmami, lecz jakież było jego zdziwienie i zawstydzenie, gdy wieśniak wyszukawszy 150 psalm, czytać go począł głośno wobec gubernatora i gromady i w końcu rzekł: „Jaśnie Panie gubernatorze! Pan mówi nam, że w piśmie świętym mniemasz wzmianki o organach, a tu przeciwnie w tym psalmie, który wylicza rozmaite instrumenta, stoi wyraźnie: „Chwalcie go na strunach i organie”.
„Polacy to wydrukowali i słowo to w ten psalm włożyli, rzekł gubernator, to ich robota, wszak oni są przyjacielami organów”.
„Kiedy książkę tę drukowali księża Bazylianie w Supraślu”, zarzucił Kowalczuk, patrząc na tytułową kartkę książeczki.
„Bazylianie byli także Polakami, tak jak i ty, widzę, opolaczyłeś się”, odparł ze złością gubernator i w tej chwili odpędził od siebie Kowalczuka, a przywołał Jana Panasiuka.
70-letni ten starzec przystąpiwszy do gubernatora, pokłonił mu się nizko i rzekł: „Ja już tyle żyć nie będę, com z łaski Bożej przeżył, a bywając w swojej i w innych cerkwiach, słyszałem śpiewających ten sam psalm i to samo słowo o organach. Za Bugiem, pamiętam, przed 30 laty, naszym braciom tak samo tołkować poczęli o organach i wyrzuciwszy je z cerkwi, wyrzucili zarazem i unię świętą. Żły to znak, Wielmożny Panie, dodał, że z cerkwi naszych wyrzucać chcecie organy… A dla nas, (zwracając się do swoich i pociągnąwszy palcem po swojej szyi, dodał:) to już sznurek na prawosławie.
Gromece bardzo się nie podobała ta perora i proroctwo starego Panasiuka, krzyknął więc na niego, zakaszlawszy się przytem jak suchotnik: „Mołczy durak, ja tiebie proszczaju tak, kak ty staryk, inaczej ja bych tiebie… tu znowu kaszel nie dał mu dokończyć słowa, lecz stary Panasiuk zrozumiawszy je, ustąpił i ukrył się pomiędzy swoimi.
„Ja z was posłać chcę kilku z Pawłem Pikułą do Galicyi, rzekł gubernator, abyście się tam naszym obrzędom i cerkwiom unickim przypatrzyli i przekonali naocznie, że organów tam nie masz”.
Może Wielmożny Pan poszli nas do jakich prawosławnych cerkwi, odrzekli mu, i do świaszczenników takich, jak tu jest jeden w Galicyi w Ciciborze, co nawet nie przeżegna się dobrze, lecz ręką kręci jak gdyby opędzał muchy. I żeby chociaż on raz przykląkł w cerkwi, lecz obraca się przed ołtarzem jak żołnierz na wszystkie strony”.
„Cóż wy tak nieprzyzwoicie wyrażacie się o księżach wobec mnie? Odparł rozgniewany gubernator. Pamiętajcie, żebym ja tego więcej nie słyszał, gdyż za to poginiecie”. I w tej chwili, przyłożywszy laskę swoją do piersi Tomasza Wachowicza, który odpowiadał po polsku, gubernator wypchnął go z pierwszego rzędu stojących i krzyknął: „ty najgorszy Polak i buntownik wszystkich, popamiętasz mnie”.
Po odpędzeniu i tego trzeciego oratora, zwrócił się Gromeka do wszystkich z ostrzeżeniem, żeby nie słuchali ks. Terlikiewicza, swojego proboszcza, bo on niedobrze myślący i niespokojny człowiek. Ostrzegał przytem, żeby nie śpiewali po polsku w swojej cerkwi, bo poginą za karę. „Byliście dotąd, dodał Gromeka, pod panami, mordercami waszemi, oni was katowali jak zwierzęta, a dziś, gdy skóra na karkach zagoiła się, już nas i cesarza waszego słuchać nie chcecie. Przywykli do bata, chcecie, aby wam za opór znowu waszą skórę poobierać”.
„My najjaśniejszemu Panu do śmierci będziemy wdzięczni, odpowiedzieli unici, ale panów naszych nie mamy za co przeklinać, nie wszyscy oni byli źli. Myśmy nie tylko od nich mieli grunt, domostwo, dobytek, lecz dawali oni nam zboże na zasiew i do życia, gdy nam zabrakło. Gdy nas kalectwo lub słabość nawiedziła, to zawsze nam przywieźli doktora, kupili lekarstwo, poprosili i księdza ze świętymi sakramentami, aby człowiek nie umierał jak bydlę. Jeżeli kto we wsi upijał się, pana nie słuchał, robił mu szkodę, kradł, lub leniwy był do pracy, takich panowie karali, a niepoprawnych łotrów, oddawali do wojska. Za co ich przeklinać, Wielmożny Panie, dziś nam gorzej, niż dawniej bywało”.
Gromeka, opuściwszy głowę ku ziemi i lewą ręką ująwszy się pod bok, w prawej trzymając kij, kręcił nim w piasku, lecz zdawał się w tej chwili cierpliwie i z ciekawością słuchać tej niespodziewanej u chłopów apologii swoich panów. Ostatnie jednak, śmiałych obrońców słowa prawdy, wyprowadziły go z pozornej cierpliwości, wstrząsnął głową, kij zarzucił na ramię, spojrzał groźnie na wieśniaków i od gniewu zmienionym głosem, akcentując każdy swój wyraz, rzekł do nich po rosyjsku: „Powtoriaju, czto ja was wsiech opolaczywszychsia istreblu. Ja przyjechał do was kak otiec i pryjatiel, a wiżu czto wy wsie buntowszczyki… Tu z wysilenia zakaszlał się, odszedł rozgniewany i przywoławszy Pikułę, ucieszonego w duszy i podzielającego stałość i śmiałą obronę swych braci, z nim odjechał, nie rzuciwszy więcej okiem na unitów.