Błogosławiona
Rodzina Ulmów
Kościół Rzymskokatolicki pw. św. Doroty w Markowej
Krzyż na cmentarzu w Markowej
Grób Błogosławionej Rodziny Ulmów
4
5
6
7
8
9
10
11
12
Ks. Prał. dr Roman Chowaniec. Proboszcz.
Ks. Wikariusz mgr Rafał Ziajka
15
16
OŁTARZ Z RELIKWIAMI BŁOGOSŁAWIONEJ RODZINY ULMÓW
18
19
Relikwiarz
21
22
Teren muzeum
Muzeum
Warsztat stolarski Józefa Ulmy
Ul zbudowany przez Józefa Ulmę
Aparaty fotograficzne i książki techniczne Józefa Ulmy
Oryginalne łóżko i stół
29
Oryginalny Piec. Gablota z podręcznikami technicznymi
Ordery Wiktorii i Józefa Ulmów - Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski, nadane pośmiertnie przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata
Błogosławione - Nienarodzone
Błogosławiona - Marysia 1,5 roku
Błogosławiony - Antoś 3 lata
Błogosławiony - Franuś 4 lata
Błogosławiony - Władzio 5 lat
Błogosławiona - Basia 6 lat
Błogosławiona - Stasia 8 lat
Błogosławiona - Wiktoria 32 lata
Błogosławiona - Józef 44 lata
42
Gwoździe z trumny dzieci
Obraz z domu Błogosławionych Ulmów
Obraz z domu Błogosławionych Ulmów
MORDERCY
Eilert Dieken - Niemiecki morderca
Markowa na Podkarpaciu. Tu w nocy z 23 na 24 marca 1944 roku wydarzył się niewyobrażalny dramat niewinnych osób. Niemcy byli tego dnia dosłownie panami życia i śmierci. Jeszcze nie wstał świt, gdy niemieccy żandarmi okrążyli gospodarstwo Józefa i Wiktorii Ulmów. Rozkazy wydawał por. Eilert Dieken – szef posterunku żandarmerii w niedalekim Łańcucie. Pomagało mu czterech innych Niemców: Josef Kokott, Michael Dziewulski, Gustaw Unbehend i Erich Wilde.
U Ulmów zjawiło się też kilku tzw. granatowych policjantów (funkcjonariuszy utworzonej przez Niemców formacji Polnische Polizei im Generalgouvernement, w której służyli Polacy). Od jednego z nich – Włodzimierza Lesia – wszystko się zaczęło. To on najprawdopodobniej doniósł Niemcom na Ulmów…
Najpierw z rąk Niemców zginęło ośmioro Żydów – członkowie rodzin Goldmanów, Gruenfeldów i Didnerów, w tym matka z małym dzieckiem. Później przyszła kolej na Polaków. Oprawcy wyprowadzili wielodzietną rodzinę przed zabudowania. Pierwszy od kuli zginął Józef Ulma – 44-letni żywiciel rodziny. Niemcy strzelili też do młodszej o 12 lat żony gospodarza, Wiktorii. W chwili śmierci była w ostatnim miesiącu ciąży.
Nastąpiła chwila przerwy, bo kaci nie wiedzieli, co zrobić z dziećmi zamordowanego małżeństwa. Ale Dieken szybko rozwiał ich wątpliwości rozkazując strzelać. W krótkich odstępach czasu Niemcy zabili jeszcze: 8-letnią Stanisławę, 6-letnią Barbarę, 5-letniego Władysława, 4-letniego Franciszka, 3-letniego Antoniego. Najmłodsza ofiara – Maria – miała zaledwie 1,5 roku…
Tymczasem człowiek, który 24 marca 1944 roku decydował o życiu i śmierci Ulmów, Goldmanów, Gruenfeldów i Didnerów, po wojnie… piął się po szczeblach kariery. Był... stróżem prawa – inspektorem policji w Esens w Niemczech Zachodnich. Umarł w zaciszu domowym piętnaście lat po wojnie, w poczuciu bezkarności za popełnione zbrodnie. Wydawało się, że tajemnicę z przeszłości zabierze do grobu. Jego rodzina i znajomi jeszcze długo żyli w niewiedzy.
Josef Kokott - Diabeł z Łańcuta
– Patrzcie, jak giną polskie świnie, które przechowują Żydów! – wykrzyknął żandarm Josef Kokott, najwyraźniej dobrze bawiący się przy masakrze Polaków, którzy dali schronienie żydowskim potrzebującym. Sam z zimną krwią zamordował kilkoro dzieci.
Gdy było już po wszystkim, oprawcy urządzili alkoholową libację. Potem okradli zwłoki i… po prostu odjechali. – Tego mi było potrzeba – rzucił Kokott, przywłaszczając sobie kosztowności znalezione przy zwłokach Goldy Goldman.
Ale niemieccy oprawcy mieli się dobrze. Z jednym wyjątkiem. Szeregowy Kokott wpadł przypadkowo, mieszkając po wojnie w Czechosłowacji. W 1958 roku wydano go Polsce i osądzono w Rzeszowie. Media nazwały go „diabłem z Łańcuta”. Kokott nigdy nie przyznał się do zabicia dzieci Ulmów
Josef Kokott (inna wersja zapisu nazwiska: Kokot), urodził się 17 października 1921 r. w miejscowości Koblów (czes. Koblov) nieopodal Ostrawy. Po zajęciu Czechosłowacji przez III Rzeszę został jako zadeklarowany Niemiec powołany w 1940 r. do wojska, z którego przeniesiono go do służby pomocniczej w niemieckiej policji. Od stycznia 1941 r. do lipca 1944 r. był żandarmem w Łańcucie. „Diabeł z Łańcuta” – jak mówili o nim mieszkańcy miasta i okolic – osobiście, z zimną krwią zamordował wielu Żydów i Polaków. W trakcie rozstrzeliwania Ulmów oraz ich kilkuletnich dzieci krzyczał do świadków zdarzenia: „Patrzcie, jak giną polskie świnie, które przechowują Żydów!”. Postawę Kokotta w znamienny sposób obrazuje to, że w 1942 r. w kasynie żołnierskim w Łańcucie wspólnie z kolegami żandarmami „miał świętować” zamordowanie swojej czterechsetnej ofiary.
Pod koniec okupacji Kokott został wcielony do Wehrmachtu. Dostał się do sowieckiej niewoli, ale jako obywatel czechosłowacki został zwolniony z obozu i powrócił w rodzinne strony. Po wojnie przez rok służył w wojsku czechosłowackim. Mieszkał w Darkowicach nieopodal Ostrawy, gdzie pracował jako ślusarz. Na wniosek Prokuratury Wojewódzkiej w Rzeszowie w 1957 r. został aresztowany i przekazany polskim władzom. Kiedy w 1958 r. stanął przed sądem w Rzeszowie, bronił się jak wszyscy niemieccy zbrodniarze. Mówił, że działał na rozkaz przełożonych, że został zindoktrynowany i bał się o własne życie. Kiedy zarzucano mu strzelanie do małoletnich, odpowiedział, kłamiąc: „Nie zrobiłem tego i nigdy bym nie zrobił. Dzieci były, są i będą moją słabą stroną”. Płacząc, prosił w imieniu żony i dwójki swojego potomstwa o sprawiedliwy wyrok.
1 września 1958 r. Sąd Wojewódzki w Rzeszowie skazał go na karę śmierci, z czasem zamienioną na dożywocie, a następnie zmniejszoną do 25 lat pozbawienia wolności. Od 1973 r. Kokott wielokrotnie występował o warunkowe przedterminowe zwolnienie, którego jednak mu nie udzielono. Zmarł w wieku 59 lat, 16 lutego 1980 r., w areszcie śledczym w Bytomiu.
Cz zadenuncjował? - Włodzimierz Leś
Z obchodów 62 rocznicy zbrodni na rodzinie Ulmów.
...Jedną z rodzin, które zdecydowały się na bohaterską decyzję ukrycia Żydów, byli Józef i Wiktoria Ulmowie. Józef, urodzony w 1900 r., znany był doskonale w całej wsi. Wszechstronnie utalentowany, jako pierwszy w Markowej prowadził szkółkę drzew owocowych. Propagował nierozpowszechnione jeszcze wówczas uprawy warzyw i owoców. Jego nowatorskie metody gospodarowania znane były nie tylko w tej dziedzinie. Zachowały się dyplomy, które otrzymał w 1933 r. na Powiatowej Wystawie Rolniczej w Przeworsku - jeden "za pomysłowe ule i narzędzia pszczelarskie własnej konstrukcji", drugi "za wzorową hodowlę jedwabników i wykresy ich życia". Zwłaszcza to jego ostatnie zainteresowanie wzbudzało ciekawość nie tylko całej wsi, ale i okolicy, a nawet ziemianina Andrzeja Lubomirskiego, który odwiedził gospodarstwo Ulmów, by obejrzeć jedwabniki i drzewa morwowe.
Józef nie stronił także od działalności społecznej. Angażował się w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży, później działał w Związku Młodzieży Wiejskiej "Wici", w którym był bibliotekarzem i fotografem. Jego największą pasją było właśnie fotografowanie. Wykonał tysiące zdjęć, w znacznej mierze zachowanych do dziś, przechowywanych w wielu szufladach nie tylko markowskich domów. Pięknie fotografował swoją małżonkę i dzieci. Zachowały się także zdjęcia samego Józefa.
Wybranką Józefa stała się najmłodsza córka Jana i Franciszki Niemczaków - Wiktoria, urodzona w 1912 r. jako ich siódme dziecko. Matka osierociła ją, gdy miała 6 lat; ojciec też nie doczekał ślubu córki - zmarł rok wcześniej.
Małżeństwo było dobrze dobrane i darzyło się miłością. Na jednym ze wspólnych zdjęć widać Józefa trzymającego Wiktorię na swoich kolanach, przytulonych do siebie. Szybko doczekali się potomstwa. W ciągu siedmiu lat małżeństwa urodziło się im sześcioro dzieci: Stasia, Basia, Władzio, Franuś, Antoś, Marysia. Gdyby nie tragedia, na wiosnę 1944 r. cieszyliby się siódmym maleństwem. Wiktoria zajmowała się domem - na jednym ze zdjęć widać, jak rysuje lub pisze dzieciom w zeszycie, na innych stoi otoczona dużą i zadbaną gromadką, trzymając najmłodsze dziecko.
Dokładnie nie wiadomo, kiedy (prawdopodobnie w drugiej połowie 1942 r.) i jak do tego doszło, że w domu Ulmów znalazło się ośmioro Żydów: pięciu mężczyzn z Łańcuta o nazwisku Szall - znany przed wojną handlarz bydłem z synami, oraz bliscy sąsiedzi domu rodzinnego Józefa: Gołda i Lea Goldman, ta ostatnia z małą córką.
Trudno też określić, jakie motywy kierowały Ulmami. Józef znany był z życzliwości dla Żydów. Wcześniej innej rodzinie żydowskiej pomógł sporządzić kryjówkę w jarach. Zapewne kierowały nimi miłość do drugiego człowieka, współczucie i świadomość tego, co czeka Żydów, jeśli nie otrzymają pomocy. Ulmowie na własne oczy widzieli, jak w 1942 r. na sąsiedniej parceli Niemcy rozstrzelali co najmniej kilkadziesięcioro Żydów z Markowej i okolic.
Jak doszło do dekonspiracji kryjówkiω Szallowie ukrywający się u Ulmów mieszkali przed wojną w Łańcucie. Zdając sobie zapewne sprawę ze zbliżającego się "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej", rozpoczęli poszukiwania schronienia. Obiecał im je Włodzimierz Leś, posterunkowy granatowej policji w Łańcucie. Pochodził z Białej koło Tyczyna. Tak jak jego dziadkowie, którzy przybyli z Galicji Wschodniej na Rzeszowszczyznę, był uważany za Ukraińca. Mieszkał na przedmieściach Łańcuta nieopodal Szallów, z którymi przed wojną utrzymywał bliskie kontakty.
Pomagał im w ukrywaniu się przed Niemcami. Gdy sytuacja się zaostrzyła i sam zaczął obawiać się dekonspiracji, spowodował, że Szallowie musieli sobie szukać innej kryjówki. Udali się wtedy do Ulmów, znajomych gospodarzy z Markowej, którzy ich ukryli. Szallowie jednak nadal nachodzili Lesia, domagając się od niego wsparcia, gdyż najprawdopodobniej u niego zostawili znaczną część majątku. Ponieważ od pewnego czasu odmawiał im pomocy, sami próbowali odzyskać swoją własność lub przejąć w zamian inne jego dobra. Wiele wskazuje na to, że wtedy Leś zdecydował się zdradzić kolegom z żandarmerii niemieckiej miejsce ukrywania się żydowskiej rodziny.
Dzięki zachowanym aktom postępowania sądowego przeciwko jednemu ze sprawców - Josephowi Kokottowi, można z dużą dokładnością ustalić przebieg okrutnej zbrodni. Dowódcą grupy ekspedycyjnej był szef posterunku żandarmerii niemieckiej w Łańcucie porucznik Eilert Dieken. Inni żandarmi to: Joseph Kokott, Michael Dziewulski i Erich Wilde. Z policjantów granatowych udało się ustalić dwa nazwiska: Eustachy Kolman oraz Włodzimierz Leś.
Na krótko przed porankiem 24 marca 1944 r. żandarmi dotarli do zabudowań Józefa Ulmy, położonych na krańcu wsi. Pozostawiwszy na uboczu furmanów z końmi, Niemcy wraz z obstawą złożoną z granatowych policjantów udali się pod dom. Wkrótce rozległo się kilka strzałów - jako pierwsi zginęli Żydzi.
Naocznymi świadkami pozostałych rozstrzeliwań byli furmani, którzy zostali przez Niemców przywołani rozkazem, by przyglądać się, jaka kara może spotkać wszystkich ukrywających Żydów. Jeden z furmanów, Edward Nawojski, podaje, iż widział, jak wyprowadzono z domu gospodarzy - Józefa i Wiktorię Ulmów - i rozstrzelano ich. Jak podaje świadek: "W czasie rozstrzeliwania na miejscu egzekucji słychać było straszne krzyki, lament ludzi, dzieci wołały rodziców, a rodzice już byli rozstrzelani. Wszystko to robiło wstrząsający widok".
Po zastrzeleniu rodziców wśród krzyków żandarmi zaczęli się zastanawiać, co zrobić z dziećmi. Po naradzie Dieken zdecydował, że należy je rozstrzelać. Nawojski widział, jak trójkę lub czwórkę dzieci własnoręcznie rozstrzelał Joseph Kokott. Słowa tego zgermanizowanego Czecha wypowiedziane po polsku do furmanów wryły się głęboko w pamięć Nawojskiego: "Patrzcie, jak polskie świnie giną - które przechowują Żydów". Zginęli: Stasia, Basia, Władzio, Franuś, Antoś, Marysia i siódme w łonie matki, na kilka dni przed planowanym urodzeniem. W ciągu kilkudziesięciu minut zginęło siedemnaście osób. Niemieccy zbrodniarze dokonali tej zbrodni własnoręcznie, wykorzystując granatowych policjantów do obstawy.
Po zamordowaniu ostatniego dziecka na posesję Ulmów przybył wezwany sołtys Teofil Kielar, przyprowadzając na rozkaz Niemców kilka osób do grzebania ofiar. Zapytał dowódcę, znanego mu z częstych kontroli w Markowej, dlaczego zamordowane zostały także dzieci. Dieken odpowiedział mu cynicznie: "Żeby gromada nie miała z nimi kłopotu".
Po zbrodni Niemcy przystąpili do rabunku. Kokott zabrał jednego z tych, których przyprowadzono, by kopali grób, i nakazał mu dokładnie przeszukać zamordowanych Żydów. Sam nadzorował, świecąc latarką. Gdy Kokott zauważył przy zwłokach Gołdy Goldman schowane na piersi pudełko z kosztownościami, stwierdził: "Tego mi było potrzeba", i schował je do kieszeni. Po zakopaniu zwłok zgromadził Polaków i oświadczył: "Nikt nie śmie wiedzieć, ile osób zostało zastrzelonych, tylko wiecie wy i ja!". Mimo surowego zakazu w ciągu tygodnia pod osłoną nocy pięciu mężczyzn odkopało grób Ulmów i w trumnach pochowało ich w tym samym miejscu. Jeden z nich podaje: "Kładąc do trumny zwłoki Wiktorii Ulmy stwierdziłem, że była ona w ciąży. Twierdzenie to opieram na tym, że z jej narządów rodnych było widać główkę i piersi dziecka".
Dużo więcej szczęścia mieli inni Żydzi ukrywający się w Markowej i przechowujące ich rodziny. Mimo okrutnych wieści o rodzinie Ulmów mogli cieszyć się gościną do końca okupacji. Przeżyło łącznie co najmniej siedemnaście osób (w 2004 r. siedem żyło w Izraelu, Kanadzie i USA). Józef i Julia Barowie wraz z córką Janiną przez dwa lata przetrzymywali pięcioosobową rodzinę Riesenbachów. Rodzice Jacob i Ita zmarli niedawno. Joseph, Jenni i Marion żyją do dzisiaj w Kanadzie wraz z dziećmi i wnukami. Podobnie było u Antoniego i Doroty Szylarów żyjących z piątką dzieci. W ich stodole pojawili się uciekający przed Niemcami Żydzi z rodziny Weltzów. Uprosili gospodarza, by pozwolił im pozostać kilka dni. Nie wyprowadzili się jednak i, upraszając gospodarzy, pozostali. Przeżyła wojnę cała siedmioosobowa rodzina. U Michała Bara przetrwała trzyosobowa rodzina Lorbenfeldów. U Jana i Weroniki Przybylaków przeżył Jakub Einhorn. Helena i Jan Cwynarowie ukrywali jako pastucha pod fałszywymi papierami mieszkańca Radymna Abrahama Segala. Żyje obecnie na przedmieściach Hajfy. Cieszy się dwanaściorgiem wnuków. Utrzymuje kontakty z mieszkańcami Markowej i interesuje się sprawami wsi.
Po wojnie, 10 września 1944 r. podziemie wykonało wyrok na gorliwym policjancie granatowym Lesiu - zginął zastrzelony w Łańcucie. Szef śmiertelnej ekspedycji porucznik Eilert Dieken uniknął doczesnej sprawiedliwości. Gdy w latach 60. zebrano w RFN obciążający go za zbrodnie materiał dowodowy, okazało się, że już zmarł. Trudno określić, co stało się z Dziewulskim i Wildem.
Wiadomo natomiast, że odszukany i osądzony został Joseph Kokott. W 1957 r. odnaleziono go w Czechosłowacji. W 1958 r. sąd w Rzeszowie uznał go za winnego dokonywania zabójstw i skazał na karę śmierci. Na wniosek Kokotta Rada Państwa PRL skorzystała z prawa łaski i zamieniła mu karę na dożywocie, a następnie 25 lat pozbawienia wolności. Zmarł w więzieniu w 1980 r. ...