Powiat i dekanat Bialski

Stoi wioska w płomieniu, tu trupy tam trupy,
Ziemia cała zbroczona krwią męczeńską, świeżą,
I z kościoła zostały czarne tylko słupy
A na mogiłach krzyże połamane leżą...

Parafia Bialska
dusz 3000

Miasto Biała, dzięki ofiarności magnackiej książąt Radziwiłłów, oprócz łacińskiego kościoła parafialnego, miało kościół i klasztor księży Reformatów, i wspaniałą cerkiew z klasztorem księży Bazylianów, wszystko fundacji tychże książąt Radziwiłłów. Była tu pełnia życia katolicyzmu i unii, uosobiona w dwóch bratnich zakonach reformackim i bazyliańskim, lud zaś wysoce religijny. Księży wszystkich z parafialnymi było tu 18 - tu. W bazyliańskiej cerkwi spoczywały relikwie św. Jozafata arcybiskupa połockiego, a na straży świętych kości męczennika i unii razem, stał wierny Bazylianów zakon.

Ponieważ Biała była sercem unii, więc rząd rosyjski postanowił naprzód wymierzyć w nie swoje śmiertelne ciosy. Jak złodziej gdy chce spichlerz okraść, w dzień jasny stojąc przy nim, wobec ludzi udaje, że się nań nie patrzy, tak rząd chcąc pozbawić Białę dwóch najwspanialszych świątyń, i zabrać je na prawosławne cerkwie, udawał, że mu są one niepotrzebne, pomimo ogólnego wszystkich przekonania, że cerkiew bazyliańska przed prawosławiem się nie ustoi. Od 1867 roku gubernator Gromeka chce założyć prawosławną parafię w Biały dla wojska, urzędników i ruskich uczniów, po calem mieście szuka odpowiedniego planu na budowę nowej prawosławnej cerkwi, i znaleźć go nie może. Corocznie nowe nakazuje plany i nowe dla budowy cerkwi oznacza miejsce, aby lud utwierdzić w tern mniemaniu, że rząd na unię nie ma wrogich zamiarów.

Do czasu jak rząd ustanowił proboszczem w cerkwi bazyliańskiej Mikołaja Liwczaka, galicjanina apostatę, i takiegoż renegata osadził przy tym kościele reformackim, parafia unicka licząca blisko 3.000 dusz, i po większej części składająca się z mieszczan, zmuszoną była opuścić cerkiew swoją, przy której jak przy twierdzy jakiej we dnie i w nocy uwijać się poczęło zbrojne żoldactwo. Mieszczanie byli w najwyższy sposób strzeżeni przez Liwczaka, policyę i żandarmów, żołnierze i artyleria kwaterowała w mieście, a kozactwo snuło się po ulicach. Kilkudziesięciu wpływowych mieszczan zostało uwięzionych w kryminale bialskim, na innych nałożono karę pieniężną, zabroniono naradzać się i zbierać pomiędzy sobą, i rzuciwszy tym sposobem ogólne przerażenie pomiędzy lud, wzięli się moskale do uprzątnięcia nocną porą naprzód obrazu św. Jozafata, a potem, przy pomocy kilku świaszczenników nowego ducha i kroju, wynieśli do grobów cerkiewnych trumnę z relikwiami tego świętego męczennika.

Straż wojskowa od tej pory we dnie i w nocy nie odstępowała cerkwi i pilnowała roboty w grobach, jako też robót i przewrotów w samej cerkwi. Żydzi zwozili wapno i cegłę, żołnierze podawali je robotnikom, ci zaś wszyscy byli aresztanci, zbrodniarze wzięci z kryminału bialskiego, którzy też po skończonych robotach wywiezieni zostali do Rosji, zapewne aby przy nich pozostał sekret, że relikwie św. Jozafata są wywiezione z Biały, i zakopane jak szkielet zbrodniarza na stoku fortecy Brześcia. W czasie robót nikomu niewolno było zbliżać się do cerkwi, strzeżonej ciągle przez żołnierzy, którzy też do grobów podziemnych aresztantom przynosili strawę.

Płacz i smutek ludu był wielki w całym mieście, z pogańskiego naruszenia grobu świętego męczennika, że mu zabójcy jego, i po śmierci nie dają spokojności, lecz cudowne prochy jego powtórnie męczą, jakby trup upiora lub potępieńca. Oczekiwano w mieście cudu pomsty Bożej na niewiernych. Były plany wykradzenia świętych relikwii z trumny, poczęto nawet sekretnie zbierać składki na ten cel, lecz szpiegi i ajenci policyjni łazili pod oknami domów, i każdego mieszkańca śledzili, mającego zwłaszcza większy wpływ na innych, tak że porozumieć się, a tym bardziej wykonać tak śmiały zamiar było niepodobieństwem.

W końcu 1874 roku w czasie powszechnego werbunku do zapisania się na prawosławie, naczelnik Aleszko i pomocnik jego kapitan Gubaniew, zwoływali mieszczan do powiatu i wystawiali im potrzebę przyjęcia prawosławia, ponieważ unia już nie istnieje, gdy niema cerkwi ani unickiego księdza, inaczej będą bydlętami bez religii.

Mieszczanie odpowiadali naczelnikom śmiało, że dopokąd Bóg w niebie, dotąd i religia Jego będzie pomiędzy ludem na ziemi, jeżeli zaś oni nie są już unici z cerkwią, to są unitami z Bogiem, a przy pomocy Jego znajdą sobie świątynię i księdza i bydlętami nie będą, więc na prawosławie nie podpiszą się, i do prawosławnej cerkwi nie pójdą.

Gdy naczelnicy zapewnili mieszczan, że wszyscy w okolicy unici przyjęli już prawosławie, i że oni jedni tylko pozostali uparci, odpowiadali mieszczanie, że oni chcą być ludźmi nie bydlętami, i za przykładem innych nie pójdą, ale tak zostaną jak im ich przekonanie i wiara każe, i za to gotowi są cierpieć, chociażby z nich skórę darto nahajkami, jak to robi naczelnik w okolicy z ludem wiejskim, co to niby dobrowolnie przechodzi mu na prawosławie.

Widząc, że zwoływania mieszczan zbiorowo nie prowadzą do celu, i ci w opozycji swojej są coraz śmielsi, począł naczelnik przywoływać do biura każdego z nich pojedynczo, lecz wkrótce przekonał się, że to sprawa i dłuższa, i jak pierwsza nie prowadzi do celu. Gdy wreszcie przekładania i groźby naczelników, że katować będą upartych, licytować ich majętność, a z żonami i dziećmi na Sybir ich wyślą, nie przeraziły upartych mieszczan; nie pozostawało wówczas naczelnikom, jak swoje groźby wypełniać, i bialskich unitów poddać męczarniom.

Tego jednak nie uczyniono, i nie była w tym żadna zasługa starego Aleszki, a tym mniej takich zwierzów jak Gubaniew i gubernator Gromeka, lecz po prostu lękano się głośnym i krańcowym barbarzyństwem swoim w takim mieście jak Biała, rozjątrzać lud unicki i przy grobie św. Jozafata. Kilkudziesięciu jednak mieszczan zaaresztował Aleszko, jednych osadził w Biały, drugich w Siedlcach, a innych w Brześciu, i tam ich trzymał przez pół roku przeszło. Dziesięciu Wpływowych mieszczan z Biały i przedmieścia Woli wysłano za karę w głąb Rosji od żon, dzieci i gospodarstwa, gdzie po dzisiejszy dzień zostają aresztantami za wiarę świętą, i są tak wytrwali, że w listach swoich do żon i dzieci, zachęcają ich również do stałości i przywiązania do swej dawnej religii.

Wypada tu także wspomnieć, że naczalstwo i błagoczynny pop bialski, podejrzewając dziekana i proboszcza katolickiego, księdza Stanisława Struś, nie tylko o moralne wpływy, lecz i sekretne zachęcanie ludu unickiego do oporu przeciwko prawosławiu, sprowadzali nań kilka komisji. w sprawie przyjmowania unitów do kościoła, odprawiania im nabożeństw żałobnych, błogosławienia małżeńskich związków pomiędzy osobami mieszanego obrządku, i wyrobili dekret jenerał-gubernatora usuwający tego zacnego kapłana od obowiązków dziekana i proboszcza, i wydalający go z Biały, gdzie wielki wpływ miał na lud, pozostawił po sobie miłe a wdzięczne wspomnienie, za odnowienie opuszczonej świątyni parafialnej, gdzie powszechnie był szanowany i kochany.

Biała, została wybraną przez rząd, jako punkt, od którego rozpocząć się powinno i poświęcić uroczyste, a urzędowe życie prawosławia na Podlasiu. Tu była jakby główna kwatera dzielnych obrońców unii. Bazylianów, tu był grobowiec prochów, walecznego z prawosławiem hetmana, Jozafata, i przy trumnie męczennika, odnawiał się duch wiary i religijne życie unitów z całego Podlasia.

Więc po rozpędzeniu obrońców, zrównaniu z ziemią grobowca, i rozrzuceniu kości świętego unii patrona, tu w Biały, na orężem a mordem zdobytej pozycji po unitach, nie tylko wypadało zatknąć chorągiew sławnych zwycięstw prawosławia, lecz tu powinien zebrać się główny jego sztab, i ogłosić światu urzędową śmierć unickiego katolicyzmu i polskości, a rozpoczęte życie nowe, od stóp do głów uzbrojonej prawosławnej wiary.

Z Petersburga więc wychodzi rozkaz, aby do Biały zjechał arcybiskup prawosławny warszawski z całym soborowym otoczeniem i chórem śpiewaków, i przy udziale duchowieństwa miejscowego, wobec władz administracyjnych i wojskowych, wobec nadto koniecznie zebranego na tę uroczystość ludu, odprawił w dawnej świątyni Jozafata liturgię, i dokonał akt inauguracyjny dobrowolnego połączenia się unii z prawosławiem. Oznaczono na tę uroczystość Niedzielę, dzień 24 Stycznia 1875 r. i arcybiskup Joanieyusz, chociaż chory i w najwyższym stopniu niechętny, musiał zebrać wszystkie siły swoje i zjechać do Biały ,,po prykazu“.

Gubernator Gromeka ze swej strony postarał się podnieść tę uroczystość przez odpowiednie przygotowania. Wszyscy urzędnicy powiatu odebrali rozkaz znajdowania się na tym nabożeństwie w cerkwi. Wójci gmin, nie tylko bialskiego, lecz i z sąsiednich powiatów, obowiązani byli z sołtysami stawić się na oznaczony dzień, i każdy wójt ze swojej gminy musiał dostarczyć 10 - ciu unitów do Biały, pod karą na każdego włościanina 10 rubli, gdyby nieposłuszny stawić się nie chciał.

O celu takiego zjazdu do Biały, nie tylko włościanie lecz i wójci sami nie wiedzieli, był to sekret, gdyż inaczej nikt by z unitów na tę prawosławną komedię nie przybył. Dla wójtów jednakże zebrać w tym czasie z gminy 10-ciu unickich zdrowych włościan, było niełatwe zadanie, gdyż jedni z nich konali od nahajek kozackich, drudzy leczyli się z ran zadanych i kalectwa, a inni gnili w podziemiach i wieżach więziennych za wiarę. Więc wójci po większej części zabrali ze sobą włościan łacińskich, którym ani się śniło należeć kiedy do religijno-urzędowej sceny „wossojedinienija" odgrywającej się w prawosławnej cerkwi.

W sam dzień uroczystości ,^wossojedinienija'‘, przeszło 30-stu unitów, mieszczan bialskich i włościan, nie chcących iść do cerkwi, odesłano pod konwojem do kryminału. Wojsko i kozactwo wystąpiło w paradnych formach i przy broni strzegło porządku, a także pędziło przed sobą do cerkwi płaczących włościan katolików pospołu z unitami. Cerkiew zapełniła się dygnitarzami przybyłymi z Warszawy^ Siedlec, i miast powiatowych, wreszcie urzędnikami powiatu, a wszystko to w galowych mundurach, i okryte znakami urzędowymi swojej służby; zebranie to, nadzwyczaj urzędowy i prawdziwie rosyjski przedstawiało widok.

Lud ukrył się za filarami cerkwi, więc go strażnicy wyciągali za ręce na środek i ustawiali rzędem przed wrotami carskimi, jakby formując z nich szeregi wojskowych rekrutów. Wiele też przybiegło do cerkwi żydów i motłochu miejskiego, jakby na widowisko a ciekawą komedię, dla szukania bezpłatnych wrażeń.

Cerkiew miała zupełną postać teatru. Turek w meczecie, poganin nawet, inaczej by się zachował w swoim poświęconym gaju, gdzie bóstwo niezdarne odbierało jego czoło - bitność. Wszyscy tu rozmawiali, śmiali się we wszystkich kierunkach przechadzali się po cerkwi, jakby w antraktach scenicznych, jeden tylko lud wiejski, łaciński i unicki, siłą tu przywiedziony jak na rzeź, zakrywszy rękami twarz swoją, płakał gorzko nad swoją i braci jego sąsiadów unitów,biedą.

Lecz zajrzyjmy i na scenę, kiedy jesteśmy w teatrze. Otwierają się wrota carskie i rozpoczyna liturgia. Archirej otoczony 30-stu świaszczennikami, wyłącznie prawie galicjanami, ustrojonymi w bogate ryzy, przywiezione z Warszawy. Wokoło prestoła i archireja uwijają się roztargnieni popi bez żadnego ładu, popychają, śmieją się, zajęci nie nabożeństwem, lecz sobą, brodą i wąsami swoimi, z czym mają ustawiczną zabawkę. Większa część popów była w stanie nietrzeźwym, a jednak w zakrystii, jakby za kulisami sceny, formalny dla siebie urządzili bufet, mensę zakrystyjną zastawiono talerzami zakąsek, kieliszkami, butelkami gorzałki, piwa, wina i tu więcej kręciło się popów, niż przy prestole i archireju. Tu co chwila przychodzili od ołtarza w swoich ryzach zagrzać się gorzałką i zakąsić, i w stanie wesołym wracali na powrót do prestoła i archireja.

Można sobie wyobrazić , z jakiem zgorszeniem a zgrozą przypatrywali się tej niesfornej prawosławnych popów komedii, stojący tu dla ciekawości, dawni cerkiewni bratczycy i do jakiego stopnia zadziwienie ich wzrosło, gdy patrzyli na tych pijackich aktorów, jak w karczemnym humorze przyjmowali „dary“ z rąk swego archireja.

Tu prawosławie stanęło w swojej nagiej rzeczywistości przed oczami ludu, pojmującego inaczej swoją wiarę, świętość ofiary i cerkwi. Czcza forma i ceremonia, wydęta próżnością, przepychem, pijaństwo przy samym prestole i wobec archireja, sprawującego ofiarę, mającą być jakby wieczystym pomnikiem dla prawosławia, wreszcie pijanych popów komunia, to szczyt cechy apostolstwa prawosławia, to nauka i przykład jego dla ludu, a raczej szatańska parodia i negacja wszelkiej religii i ofiary. To też wszystek lud, wyszedłszy z tej nędznej komedii zgorszony, poprzysiągł nigdy już więcej do cerkwi nie zajrzeć.

Błagoczynnyj Liwczak, apostata, uświetnił tę uroczystość religijną mową swoją, nawołując wszystkich prawosławnych do walki przeciw katolicyzmowi, polskości i przeciwko duchowi wrogiemu usuniętego Jozafata, duchowi, który długo jeszcze, podług niego, kołatać się będzie pośród obałamuconych unitów i jak widmo straszyć ich sumienia, przeciwko uznaniu prawdy prawosławia. Wyrazy : Polak, pan, szlachcic, ksiądz, kościół, katolicyzm, Jozafat, wychodziły z ust Liwczaka nieprzyjacielsko zwymyślane, stratowane jak błoto, swoją mowę krasił tylko a brukował ustawicznie powtarzającemi się wyrazami: car, Rosya, prawosławie, cerkow wielikaja, etc.

Całe nabożeństwo wogóle warte było takiej mowy, wszystko tu razem dostroiło się do jednego tonu. Nabożeństwo było niesforną manifestacją cerkiewną, mowa Liwczaka uliczną proklamacyą przeniesioną do cerkwi. To też Liwczak z mową swoją tak się nie podobał Joanicyuszowi, że ten słuchał jej, siedząc jakby na szpilkach. Ustawicznie zżymał się, poruszał, niecierpliwił i oddawał mu zasłużone pochwały, mrucząc głośno do otaczających gojopów: „griaź! ekaja swołocz! a oburzeni wojskowi ruscy obdarzyli mówcę epitetami również odpowiednimi: „durak, podlec, świnija*. A jednakże Liwczak był luminarzem pomiędzy popami i wysadzonym przez władzę duchowną i cywilną, do wypowiedzenia odpowiedniej mowy, musiał więc ją za bardzo silnie dziegciem nienawiści zaprawić, kiedy się nikomu nie podobała.

Po skończonej liturgii, została odczytaną wiadomość urzędowa, że cesarz najmiłościwiej zezwala na przyjęcie unitów do prawosławia. Po czym archirej podług instrukcji przysłanej z synodu, zasiadł na tronie i z kolei doń przystępować poczęli duchowni apostaci do oficjalnego ucałowania go, na znak „wossojedinienija z prawosławną cerkwią, on też każdego z nich ściskał i całował, naśladując tym ojca ewangelicznego, przyjmującego na łono swoje powracających marnotrawnych synów, z tą tylko różnicą, że ci wracający zostali gorszymi łotrami jak przedtem. To też Joanicyusz o nich powiedział gubernatorowi: „ja skoro etuju galicyjskuju swołocz razgoniu.

Po uściskach popów, przyszła kolej i na lud ustawiony przed carskiemi wrotami. Przelękniony, stał jak wryty nie śmiąc poruszyć się z miejsca i prędzej by za drzwi uciekł, niż krok naprzód postąpił, ku całowaniu archireja. Przed archirejem rozłożono poświęcone ikony, krzyżyki do rozdania ludowi na pamiątkę i dano znać, aby unici przystępowali do ucałowania archirejskiej ręki. Lecz naród stał nieporuszony, jakby nie rozumiał wezwania. Z rozkazu gubernatora, naczelnicy powiatu, wójci, pisarze, strażnicy, wmieszali się pomiędzy lud i prowadzili go za carskie wrota. Włościanie, prowadzeni jak aresztanci, stanęli przed archirejem, nie kłaniając mu się nawet i starzec zrozumiał, że to są przywleczone męczeńskie ofiary.

„Wy prynimajetie prawosławije?‘' Zapytał ich łagodnie Joanicyusz.

To był własny dodatek archireja, jakby egzamin uroczysty ludu, nie objęty wcale instrukcją ceremoniału przysłanego z Petersburga, to była obliczona zapłata archireja i jego zemsta nad władzami administracyjnymi, za zmuszenie go do tej cerkiewnej komedii i nieuszanowanie zdrowia starca, że go schorowanego wśród mrozów, ściągnęli „po prykazu" do Biały.

Lud odpowiedział, jak się to po nim należało spodziewać, że prawosławia nie przyjmuje.

Po tej odpowiedzi, na chwilę zaległa cisza. Gromeka od złości posiniał, twarz mu się jeszcze bardziej przeciągła, otworzył usta jak gdyby chciał wydać rozkaz, przywołać kozaków z nahajkami i ukarać na miejscu „praklatych Polaków", co śmieją aż za carskie wrota cerkwi przynosić wzgardę dla prawosławia. Lecz nieszczęściem, miejsce było za poważne na nahajki, sam archierej wreszcie zawinił, egzaminując tę garstkę unitów, już nahajkami dobrze wyegzaminowanych i zamiast tylko wręczyć ikony, wywołał ich protestacyę, która i niweczy prace prawosławia i uroczystość samą sprowadza do prostej a głośnej komedyi.

Lecz sprytny Joanicyusz potrafi sobie radzić, wypełni on prykazy z Petersburga wręczenia ikonów, lecz jednocześnie, jako archierej, da naukę rzekomym apostołom prawosławia. Bierze więc w ręce krzyżyki, ikony i do unitów odzywa się: „Kog da wy nie prynimajetie prawosławia, tak woźmitie eti ikony, byt możet, onie was proświetiat i obratiat w prawosławie".

Więc podług Joanicyusza nie knut i nahajka policji, lecz tylko ikona ma apostołować i prawosławić lud? Jakżeż to różne jest pojęcie od przekonań stojącego blisko Gromeki, który kozaka z nahajką wyżej stawi nad wszelką ikonę i krzyżyki !

Nie wielu jednak unitów przyjęło te ikony i krzyżyki. Tych, którzy odeszli bez ikonów, policja po wyjściu ich z cerkwi, zaaresztowała i osadziła w więzieniu. Niektórzy przyjąwszy pozostawili je w cerkwi, inni pooddawali żołnierzom, inni pogubili je naumyślnie, do domu żaden unita archirejskiej ikony nie przyniósł. Strażnicy kontrolowali, spisywali, dopytywali się o losy każdej ikony, lecz unici odpowiadali zwykle, że nie wiedzą, gdzie się zadziała, że ją zgubili.

Po zakończeniu uroczystości w cerkwi, wszyscy udali się do gmachu gimnazjalnego, gdzie przygotowane było gościnne przyjęcie dla wszystkich dygnitarzy, prawosławnych popów i ludu, na które rząd wydał kilkanaście tysięcy rubli. Urzędnicy prawosławia byli szczęśliwi z tego niby tryumfu, swojej barbarzyńskiej pracy, jedli a jeszcze więcej pili, wznosili toasty ustawiczne na cześć cara, Rosji, cerkwi i prawosławia, wysyłali do Petersburga telegramy jedne za drugimi i w stanie nietrzeźwym wygłaszali mowy, podobne do cerkiewnej mowy Liwczaka. Dwie orkiestry wojskowe grały na przemian, zachęcając do wesołości biesiadników. W rozmaitych punktach miasta palono sztuczne ognie i wypuszczano rakiety, słowem, nic nie pominięto, coby mogło zbytkiem, a blaskiem zewnętrznym przyczynić się do uświetnienia tego dnia, zanotowanego w dziejach prawosławnej cerkwi, coby mogło usunąć unitów nienawiść ku Rosjanom, zagoić ich świeże blizny za cerkiew ich i religię i pomordowanych ofiar imiona zatrzeć w ich pamięci.

Lecz archirej inaczej to wszystko pojmował, inaczej sądził o tym, widać to było z jego nieukontentowania, w czasie tych dwóch, cerkiewnej i biesiadnej uroczystości. Nie dotrwał do końca uczty, lecz chory i zły wyjechał do Warszawy, nie żegnając się prawie z nikim.

Dostojnicy urzędowi, zadowoleni więcej ze świetnego bankietu, niż z religijnej komedii, rozmarzeni trunkiem, dopiero o północy kazali się prowadzić lub odwożono ich do domów, popów pijanych połowa usunięta z sali, legła pod ławy gimnazjalne, lud głodny i zziębnięty z garstką unitów wracał co prędzej do domu, żegnając się i odmawiając po drodze swój pacierz, szczęśliwy, że się wyrwał jakby z piekła, a zaaresztowani unici, leżąc na twardej podłodze kryminału, snem wyznawców najspokojniej zasnęli.


Powiat i dekanat Bialski

Parafia Choroszczynka
dusz 580

Ks. J. K. proboszcz tej parafii, chociaż sam ostatecznie nie przyjął prawosławia, nie okazał jednak silnego ducha i nie poszedł w ślady bohaterskich kolegów swoich, którzy cerkwi świętej nie ważyli się splamić wprowadzeniem form schizmatyckich.

Kapłan ten, którego nazwisko, pozwalało ludowi przypuszczać pokrewieństwa jego ze św. Jozafatem, miał wielki wpływ na parafian, więc wytłumaczył im naprzód spokojne oddanie organów. Zaniechał następnie śpiewów religijnych, różańców, a idąc dalej za wskazówkami Popiela, ks. J. K. usunął monstrancje, komże, dzwonki, a nawet zaniechał przenoszenia mszału

Dla parafian Ghoroszczyńskich, wprowadzone nowości stały się wreszcie wyrzutem ich obojętności grzesznej, z jaką przyjmowali kolejne usuwania przedmiotów cerkiewnych, religijnych zwyczajów, bractw, śpiewów i modlitw uświęconych wiekami. Widzieli, że zezwalając na to, podobni byli bardziej do nierozumnego stada, niż do owiec Chrystusowych, dbałych i gorliwych o całość, czystość i świętość Jego owczarni. Więc idąc za głosem przebudzonego sumienia dnia 13. stycznia 1874 roku, parafianie cerkiew zamknęli, klucze ukryli i otoczywszy ją, dniem i nocą strzegli, aby nie dopuścić w niej nabożeństwa podług nowych przepisów.

Dnia 18. stycznia, w dzień Jordanu, ks. J. K. w asystencji bratczyków i starosty, wyszedł do parafian i prosił ich, aby mu klucze oddali lub sami otworzyli cerkiew. Bratczycy przy tym upewniali lud, że ksiądz był i jest katolickim i odprawiać będzie Mszę podług dawnego przepisu. Parafianie zachowali się biernie, kluczy nie wydali, ale i nie przeszkadzali staroście odbić drzwi cerkiewne i wprowadzić księdza

Po odprawionym nabożeństwie, ks. J. K. wystąpił do ludu z gorącą przemową i powołując się na zgodę, miłość i tyloletnie zaufanie parafian względem niego, rzekł w końcu z goryczą i wyrzutem: „Cóż to wy robicie, że drzwi zamykacie cerkwi, co myślicie? Gzy to w organach, monstrancji, polskich śpiewach, w dzwonku i przenoszeniu mszału, jest wiara nasza? I bijąc się w piersi, dodał: „Tu, u mnie w sercu jest wiara moja, nie w organie, monstrancji, dzwonkach i dopokąd we Mszy będzie wspominany ojciec św. Papież, będziecie katolikami. Jeżeli nie będzie wolno papieża wspominać, to wtedy już i ja nie będę z wami“.

Te słowa ks. Koncewicza oddziałały na lud, uspokoili się parafianie, wydali klucze i pozwolili księdzu odprawiać nabożeństwo.

Ks. K. chociaż nie podpisał się na prawosławie, to jednak zawinił tym, że w końcu 1874 roku złożył naczelnikowi powiatu bialskiego listę swoich parafian, którzy nie podejrzewając nic złego, szli do księdza i w zaufaniu dotykali się końca podanego sobie pióra, podpisując się niby na dawną unię świętą. Parafianom otworzyły się dopiero oczy po wyjeździe tego księdza z parafii i przysłaniu im popa schizmatyckiego, Michała Wachowicza, którego naczelnik wprowadzając w obowiązki proboszcza, przedstawił mu parafian Choroszczyńskich jako wybraną trzódkę, którzy dobrowolnie przyjęli i podpisali się na prawosławie.

Tu dopiero nastąpił płacz unitów, protest i oświadczenia stanowcze, że odtąd do cerkwi nie zajrzą, dzieci swoje w niej chrzcić nie będą, natomiast święta i posty łacińskie będą obchodzić i święcić, a w ruskie uroczystości pracować wszyscy pójdą w pole.

Naczelnik natychmiast zaaresztować kazał tak zwanych „wpływowych unitów“, a Gromeka okutych w kajdany wysłał ich w głąb Rosji. Pomiędzy zesłanymi zanotowani tu są następujący:


Szymon Marczuk,
sołtys ze wsi Ghoroszczynki, pozostawił żonę, jedno dziecię i starych rodziców w największej biedzie i bez opieki.
Jakób Łojewski z Bokinki,
zostawił żonę i 6 - cioro dzieci.
Nicefor Dawidiuk,
zostawił żonę i jedno dziecię.

Innych unitów naczelnik batożyć kazał, sprowadziwszy kozaków i rotę piechoty, na koszt tej małej parafii. Męczył biednych wyznawców, więził w kryminale bialskim. Gubaniew wybijał zęby i tłukł szczęki unitów Choroszczyńskich, w końcu, zniszczonych lecz nienawróconych „proklatych Polaków “ wypuścili z więzienia, po kilku miesiącach dręczenia ich i ze wsi wycofali wojsko.



Parafia Ortel Książęcy
(dusz 600).

Parafia ta, chociaż zostawała pod wpływem księdza J. Ż. proboszcza, to jednak, gdy on począł w rosyjskim języku prawić nauki do ludu i zamierzał wydać strażnikom organy, parafianie zamknęli cerkiew, klucze ukryli i otoczyli świątynię, stojąc we dnie i w nocy na straży, aby nie wpuścić do niej powolnego schizmie księdza, na sprofanowanie jej.

Na raport księdza i strażników, zjechał z Biały do Ortela naczelnik powiatu, pułkownik Dewel, a sądząc, że głównym sprawcą zebrania ludu przy cerkwi i stanowczej jego podstawy jest Konrad Kożuchowski, włościanin, i on zapewne ukrył klucze cerkiewne, pragnąc spokojnie rzecz załatwić, wezwał do siebie Kożuchowskiego.

Naprzód wychwalać począł jego rozum, poczciwość, sprawiedliwość, a potem przystępując do rzeczy, prosił go o oddanie kluczy cerkiewnych i wpłynięcie na parafian, aby zaniechali bezowocnego opierania się rządowi, a do księdza i zarządu cerkwią nie wtrącali się.

Gdy ta próba nie udała się i Kożuchowski oświadczył Dewelowi, że chociaż mu wiadomo jest, u kogo są klucze cerkiewne, to jednak braci swoich unitów nie zdradzi, tym więcej wpływać na nich nie będzie, aby zaprzestali strzec swojej wiary i sumienia. Naczelnik wówczas kusić go począł pieniądzmi i wtykając mu paczkę rubli, zapewniał mu łaskę i opiekę rządu, nad nim i jego dziećmi, za spełnienie prostego obowiązku z jego strony, wpływu i uspokojenia ludu.

Po odrzuceniu tej pokusy przez Kożuchowskiego, Dewel wpadł w gniew, przyskoczył do ócz wiernego unity, groził mu pięściami, zniszczeniem jego majątku, zabiciem go jak psa i jego dzieci, lecz widząc, że Kożuchowski spuściwszy oczy ku ziemi, zdaje się zupełnie na wolę barbarzyńcy, ale bynajmniej nie myśli spełnić jego żądania, bił go pięściami w głowę i twarz, a potem zakrwawionego, otworzywszy drzwi, rękami i nogą pchnął go za próg na ziemię.

Kożuchowski, zalany krwią, poszedł zdać sprawę braciom swoim, stojącym wokoło cerkwi, ze swego posłuchania u naczelnika, a Dewel, przeklinając unię, wsiadł na bryczkę i odjechał do domu, nie rzuciwszy nawet okiem na unitów, zebranych przy cerkwi.

W kilka dni potem przybył znowu naczelnik do Ortela, w towarzystwie pomocnika swego, sekretarza i pisarzów na komisję, wziąwszy do pomocy i księdza proboszcza Z. Komisja ta zwołała parafian na plebanię. Naczelnicy z księdzem zaręczali, że rząd zamierza jedynie oczyścić obrządek słowiański unitów i pozostawić im ich unię nietkniętą, chce tylko wyrzucić z cerkwi polskie organy, śpiewy i kazania polskie, bo to nie ruskie ani nawet słowiańskie i zachęcali parafian do podpisu, że się już więcej buntować nie będą, że uszanują władzę i księdza i przystaną na zmiany, które rząd dla dobra ich religii wprowadzić zamierza.

Kiedy unici i Kożuchowski, pomiędzy nimi obecny, przypomnieli komisji, jakim sposobem zginęła unia za Bugiem, i że tam również rozpoczęto wojnę religijną od wyrzucania organów, śpiewów i kazań, Dewel rozwścieczony, nie zważając na innych unitów, rzucił się ku Kożuchowskiemu, wrzeszcząc: „Mołczy sukin syn, a to z tiebia ja kożuch zdiełaju“.

Ponieważ parafianie Ortelscy nie podpisali się na wymagania komisji i odeszli jedni do domów, a drudzy na straż pod cerkiew, komisja odjechała z niczym, grożąc ludowi nie tylko zagładą unii, lecz i zniszczeniem ich majątków.

Wreszcie, po upływie czterech tygodni od zamknięcia cerkwi, Dewel na rozkaz Gromeki przybył do Ortela z wojskiem i zażądał od parafian wydania sobie cerkiewnych kluczy i organów. „Jużeście się nacieszyli niemi przez cztery tygodnie, rzekł do zgromadzonych unitów, teraz oddajcie je, one do mnie należą“. Kazał przy tym naprzód zaaresztować Kożuchowskiega i Feliksę Marciniukową, zacną i we wsi szanowaną kobietę i przywoławszy ich na plebanię bić ich począł, szczególniej Kożuchowskiego. Wybił mu zęby, zgruchotał szczękę, pokrwawił go straszliwie i wypchnąwszy za drzwi, kazał strażnikom skrępować go razem z Marciniukową i odwieść do kryminału bialskiego.

Załatwiwszy się z Kożuchowskim, Dewel rozkazał wojsku pójść z bagnetami na unitów i od cerkwi ich odpędzić. Następnie odbił drzwi kościelne, organ zniósł i pod konwojem strażników i kozaków odesłał go do Biały, wśród płaczu i przekleństwa unitów. Następnie cerkiew oddał w opiekę parochowi, wokoło niej postawił silną straż z kozaków, wojsko rozkwaterował po domach unitów na ich utrzymaniu i z zadowoleniem zwycięstwa wrócił do domu.

W tym czasie przybył do Biały Popiel z Chełma, w charakterze wizytatora unitów. W towarzystwie miejscowego popa Liwczaka zajechał do powiatu, aby przyjąć przedstawionych mu unitów z kryminału bialskiego, nawrócić ich do przyjęcia zaprowadzających się w cerkwi zmian i umocnić w odszczepieństwie.

Pomiędzy więźniami za wiarę był i Kożuchowski z Ortela, którego Dewel wskazał Popielowi jako nieprzejednanego unitę i Polaka.

„Moje dzieci! rzekł Popiel do więźniów, znam ja was i to mię pociesza, że jesteście dobrzy ludzie i religijni, chcecie Boga chwalić jak i my wszyscy. Lecz my jesteśmy Rusini, po cóż więc my mamy, na przykład, nosić te polskie łatki, (i tu wskazał na szkaplerz wyglądający z zanadrza stojącego unity), albo te łańcuchy, (tu znowu zwrócił uwagę na koronki i różańce, które unici trzymali w ręku lub zawieszone mieli na szyi). Po co my mamy mówić, śpiewać i modlić się po polsku, kiedy my mamy piękniejszą od polskiego języka, ruską mowę, śpiew nasz i modlitwy nasze za cesarza, za ojczyznę naszą i za nas samych. My chcemy być tylko sami w cerkwi naszej, bez Polaków i polskich dodatków, które już dawno powinniśmy wyrzucić. Proszę więc was, moje dzieci, opamiętajcie się, bądźcie posłuszni rządowi, który chce dobra i zbawienia waszego, bo inaczej nie poradzicie i w więzieniu zgnijecie“.

Tu Konrad Kożuchowski, a z nim inni unici odpowiedzieli Popielowi, przerywając mu jego oratorski zapał: „Proszę Wielmożnego Pana! Za prawdę i wiarę mamy już zęby wybite, w głowie od pobicia szum wielki, i w więzieniu siedzieć ustawicznie dnie i noce, ciężko to bardzo człowiekowi. Ale wolimy tak zgnić w kryminale i być wyznawcami Chrystusa, niż na wolności Judaszami być sumienia i zdrajcami religii“.

Urażony Popiel tak śmiałą odpowiedzią unitów, zwrócił się do Dewela i rzekł: „Jeżeli tak wszyscy unici mówią i myślą, jak ci hardzi ludzie, to już duch polski zupełnie ich przejął, z nimi trudna sprawa. Niech sobie wracają do wiary i tam czekają, aż koronki i różańce ich wybawią".

Na drugi dzień po tej wizycie Popiela, kilkunastu unitów z Konradem, wysłanych zostało z Biały do siedleckiego więzienia.

1868 roku w maju, w dzień poświęcenia cerkwi, przybył do Ortela nieznany jakiś pop, zaproszony przez miejscowego parocha i począł odprawiać po schizmatycku Mszę. Parafianie spostrzegłszy to, w jednej chwili odpędzili go od ołtarza i wypchnęli z cerkwi, pomimo gróźb i czynnego oporu obecnych strażników policyjnych. W tym dniu nie było Mszy żadnej, gdyż paroch, z bojaźni swoich parafian, nie przyszedł do cerkwi.

Za ten śmiały postępek, wszyscy mężczyźni i kobiety zapłacić byli zmuszeni kontrybucję od 5 do 10 rs., a niektórych karano jeszcze aresztem. Żypowski wreszcie zbudowany i podtrzymany energią swoich parafian, wrócił do starych zwyczajów i zachowywał je do końca 1873 roku. Lecz był to niestały i zbyt bojaźliwy człowiek i dobre postanowienia prędko go opuszczały.

Gdy z nowym 1874 rokiem świaszczennik ten, idąc za rozkazem Popiela, zabronił dzwonić przy Mszy i takową odprawiać począł podług przepisów schizmatyckich, parafianie sami dzwonili w cerkwi i mszał przenosili mu podług rytuału unickiego. Śmieszną przytym i opłakania godną robili komedię u ołtarza parafianie i świaszczennik ich. Żypowski wobec zebranej policyi postawić chciał na swojem i mszał kładł na jednej stronie, parafianie zaraz mszał przenosili na drugą stronę ołtarza. I zaledwie mszał wrócił znowu podług woli Żypowskiego na wskazane przez niego miejsce, parafianie znowu przerzucali go na właściwą stronę. Policya złościła się w cerkwi, lecz była bezsilną, wobec tej gorszącej sceny ludu i świaszczennika, lud ostatecznie tryumfował i świaszczennik rad nie rad ustąpić mu musiał.

Za swoją śmiałość i samorząd w cerkwi, parafia zapłaciła wysoką kontrybucję i wielu unitów uwięziono. Nie przeszkadzało to im jednak, tę samą smutną komedię powtórzyć w cerkwi drugi raz 17 stycznia, trzeci raz na święto Jordanu, czwarty na Zwiastowanie i piąty raz na kwietną niedzielę. Za każdym razem na upartych unitów wyższą policja nakładała kontrybucję i nowych w kryminale osadzała więźniów. Parafianie Ortelscy tyle jednak zyskali, że Żypowski musiał w końcu odprawiać im Mszę podług rytuału unickiego.

Żypowski ustąpił z parafii, gdy mu kazano podpisać urzędową listę popów, przyjmujących schizmę, wszystko co miał zlicytował, wyjechał ze stron unickich i osiadł w Radomskiem. Na jego miejsce, Aleszko, naczelnik bialski, przywiózł odstępcę wiary i pijaka. Bazylianina Szulakiewicza i jednocześnie do Ortela przybyło wojsko, pod wodzą znanego zwierza, kapitana Gubaniewa, aby dopełnić nawrócenia unitów na prawosławie.

Obaj misjonarze schizmy i piekła razem, Aleszko i Gubaniew, nie ustępowali jeden drugiemu w śrogości dręczenia unitów. Zwołali wszystkich parafian przed plebanię, lecz każdego pojedynczo z listy przywoływali do siebie. Gdy unita odpowiedział na zapytanie, że prawosławia nie przyjmuje, Aleszko kopał go nogami, rzucał o ziemię, obcasami deptał, a Gubaniew pięściami tłukł szczęki i zęby wybijał. Następnie strażacy wywlekali z plebanii zakrwawionego człowieka, a kozacy na rozkaz Aleszki, nahajkami go okładali przed zebraną gromadą.

W przeciągu dziesięciu tygodni każdy unita sześć razy przeszedł i egzamin ten i tę barbarzyńską męczarnię. Po niej wszyscy wyglądali nie jak ranni po wojnie żołnierze, lecz jak niepodobne do ludzi straszydła z czarnymi policzkami, z sinymi i podbitymi oczami, z powyrywanymi włosami i zębami wybitymi, opuchli, owiązani, nie mogąc słowa przemówić. Wielu też zbitych leżało po domach, nie mogąc się ruszyć na swoich barłogach. Policja ich śledziła, czy nie udają choroby, a Gubaniew pulsy ich liczył i wyrokował jak medyk, czy chory może leżeć, lub powinien wstać i tego zaraz kozacy podnosili na nogi.

W końcu nie zapytywali już naczelnicy, czy unici prawosławie przyjmą, lecz czy tylko chodzić będą do cerkwi i popa przeproszą. A kiedy i na to odmowną odbierali odpowiedź, naczelnicy oprócz postoju wojska na żołdzie i utrzymaniu parafian, okładali unitów kontrybucją coraz nową i dopełniali swoją miarę zniszczenia, aby z rąk ich ostatnią okruszynę chleba wydrzeć i ściągnąć z ich karków siermięgę ostatnią.


Konrad Kożuchowski
umarł zamęczony.

Bazyli Głowacki,
gospodarz, powołany przed naczelników i po oświadczeniu, że schizmy nie przyjmuje, trzykrotnie tak był męczony i bity, że zemdlał i siły utracił. Leżał bardzo krótki czas w wielkiej gorączce i skonał także męczennikiem.


Parafia Cicibór
(dusz 360).

Ks. Jan Starkiewicz, proboszcz, zostaJ wywieziony z Cicibóra do siedleckiego więzienia, tam trzymano go parę miesięcy, następnie, jako kapłanowi, mającemu powagę pomiędzy duchowieństwem i wielki wpływ, dano paszport i kazano jechać do Galicji. Na jego miejsce przybył Chojnacki Makary, galicjanin, pijak zawołany, lecz parafianie od tego czasu opuścili cerkiew swoją i na nabożeństwo chodzić poczęli do Biały, do katolickiego kościoła. Wkrótce Chojnacki przeniesiony został do Biały a na jego miejsce przysłany został Grabowicz, również galicjanin, odstępca. Ponieważ parafianie zażądali od niego, aby się wyniósł z Cicibóra, gdyż nie będą żądać od niego żadnych religijnych posług i nie dadzą mu żadnego utrzymania, plebanii, ani gospodarskich budynków poprawiać nie będą. Grabowicz, po takiem oświadczeniu parafian, najął sobie mieszkanie w mieście Biały, odległym od parafii 5 wiorst i natychmiast wyniósł się z Cicibóra, lecz wyjeżdżając chciał z sobą zabrać parafialne metryczne księgi i pieczęcie.

Unici dowiedziawszy się o tern, zebrali się na plebanii, akta metryczne i pieczęcie cerkiewne odebrali, cerkiew zamknęli i klucze świątyni ukryli. Wiele wycierpieć i zapłacić byli zmuszeni za śmiały swój postępek, lecz pieczęci, ksiąg ani kluczów cerkiewnych nie wydali, a Grabowicz lękając się mieszkać pomiędzy nieprzyjaznymi sobie unitami, przebywał w Biały, z tytułem „nastojatela Cicibórskawo“. Gdy wieść radosna, o przyjeździe biskupa unickiego do dyecezyi chełmskiej, obiegła pomiędzy unitami, parafianie Ciciborscy wysłali z pośród siebie deputacyę do Chełma z prośbą, aby biskup do ich parafii przysłał unickiego kapłana, który by im odprawiał nabożeństwo tak samo, jak niegdyś proboszcz ich, ks. Starkiewicza.

Biskup rozpoczął z nimi rozmowę po rusińsku. „Czoho wy moi dity choczete od mene?" zapytał.

„Świaszczennaja Władyko! odpowiedzieli unici. My choczemo i prosimo, szczoby nam uniackoho ksiądza dały, bo toho szczo nam Bilskij naczelnik nasyłaje, to prawosławnyj, na opak prawyt nabożeństwo, borody ne golit i kosu zapuskaje".

Biskup na to odpowiedział im: „Budte moi dity spokojne, chodyte wy do cerkwi i drugim nakażyte nech chodiat. Ne słuchajte szczo on ksiądz prawyt, ono toj sam pacior howoryte szczo nas otec i maty nauczyły, a ja wam nezadowhij czas dam ksiądza takoho, jakij ja sam i jakoho światyj otec nam nakazuje".

Po niejakim czasie zabrał biskup Grabowicza z Cicibóra, a przysłał Michała Orłowskiego, lecz i on nie przyciągnął do siebie ani do cerkwi parafian, był ducha prawosławnego.

W 1875 roku 10 stycznia, przyjechali do Gicibora obaj naczelnicy z Biały, w towarzystwie błagoczynnogo Liwczaka i z konwojem 100 kozaków, chcąc tu koniec położyć wyznaniu unickiemu i wymusić podpis na prawosławie. Po śmiałej i stanowczej odpowiedzi unitów, że nigdy ani oni, ani też dzieci ich prawosławnymi nie będą, nazwali ich naczelnicy buntownikami i bez miłosierdzia bić ich poczęli. Gubaniew po swojemu wybijał zęby, a naczelnik kopał nogami i pięściami tłukł unitów.

Naczelnicy z Liwczakiem widząc, że groza i katowanie za wiarę, wywołuje jeszcze większy opór unitów, obietnicami i łagodnością starali się ich pozyskać dla schizmy. Dawali po 100 rubli każdemu ojcu za ochrzczenie dziecka w cerkwi i złote góry im przyrzekali, byleby wyłudzić ich podpisy. Lecz unici widząc, że interes ich zbawienia i chrztu dzieci ceni się groszem, postanowili przelicytować hojność swoich apostołów i nie 100, lecz 200 rubli przyrzekali im zapłacić z każdego domu i więcej nawet, byleby pozostawiono ich w spokoju przy wierze ojców.

To wywołało znowu wściekłość barbarzyńców i nahajki, a jęki, cierpienia i nieustraszoność ze strony unitów. Zbito więc ciężko tę malutką parafię, zniszczono kontrybucją, a w końcu Liwczak z popem i naczelnikiem, alfabetycznie odczytawszy listę parafian, z kozakami odjechali do domu.



Parafia Zukowce
(dusz 750).

Tutaj ta sama, co i w innych parafiach, męczeńska historia z unitami i to samo przywiązanie ich do religii ojców.

Ze wsi Worgól, godne jest zanotowania nazwisko zacnej i mężnej kobiety, Dominiki Stasiuk, która unosząc swoje dziecię przed strażnikami, chcącymi porwać je do chrztu schizmatyckiego, schwytana przez nich i straszliwie zbita, w kilka dni umarła. Dziecię jej także, w objęciach swojej matki, poszarpane i zmęczone przez strażników, za matką swoją poszło do grobu, będąc już ochrzczone przez kapłana katolickiego.

Mąż jej. Piotr Stasiuk, zniszczony zupełnie na swo8m gospodarstwie i przez kozaków obrabowany, chory przy tym z pobicia, żebrał u sąsiadów wsparcia i umarł w nędzy ostatniej.

Druga kobieta, Agata Szysz, poszła w ślady pierwszej. Jej męża uwięzili za wiarę w kryminale i kontrybucjami niszczyli ich biedną chudobę. Gdy po zlicytowaniu dobytku i sprzętów domowych, przyszli wreszcie strażnicy zabrać krowę, jedyną karmicielkę małych dziatek Agaty, ona widząc, że to grozi głodem jej biednemu rodzeństwu, broniła rozpaczliwie swojej krowy, rzucała się na strażników, z rąk ich wyrywając jedyną dziatek swoich fortunę, lecz ciężko zbita przez barbarzyńców, zachorowała i wkrótce umarła, pozostawiając męża w kryminale siedleckim, a czworo dzieci małych na łasce ludzi.

Trzecią ofiarą w Worgólach padła młoda kobieta Maryanna Stefaniuk. Pobita ciężko przez strażaków i przez nich zawleczona razem z mężem swoim, którego poślubiła w Krakowie, do popa prawosławnego, aby ten swoje nad nimi odmówił modlitwy, z pobicia zachorowała śmiertelnie i skonała.



Parafia Hrud.
(dusz 430).

Malutka to, bo zaledwie 430 dusz unickich licząca parafijka, leży wprawdzie w granicach powiatu i dekanatu konstantynowskiego, lecz ponieważ oddalona jest od Biały tylko 7 wiorst, skąd jako od podstawy schizmatyckiej misji w tym kącie, wychodziły na bohaterski Hrud wszystkie rozkazy Gromeki i prześladowania, opis walki religijnej tej parafii zamieszczam w. rubryce bialskiego powiatu i dekanatu.

Parafia ta miała dzielnego kapłana, Józefa Terlikiewicża, który wcześnie objaśnił parafian swoich, że przychodzą na unię ciężkie czasy i że go niezadługo z parafianami rozłączą.

W 1867 roku, przy końcu Lipca, przyjechał tu Gromeka, gubernator siedlecki i przywiózł z sobą Pawła Pikułę, włościanina, dzierżawcę dóbr Derła, człowieka rozumnego, wpływowego i silnego w wierze świętej unitę. Pikuła, wyjątkowo w tych stronach bogaty i wzbudzający zaufanie u swoich, stał się też przedmiotem pokus ze strony gubernatora, ażali się mu nie uda Pikułę przerobić i duchem prawosławia go natchnąć, a potem przez niego skutecznie uderzyć na unitów. Bierze go więc z sobą gubernator do powozu, rozmawia z nim łaskawie, przywozi do Hruda i zebrawszy unitów, zachęcać ich począł do przyjęcia nowych zmian i obrzędów w cerkwi, wyrzucenia organów, i wyjąwszy książeczkę z psalmami, którą miał z sobą, począł uczyć lud, że w psalmie 150 nie masz wzmianki o organach, chociaż w nim są wymienione rozmaite instrumenta, na których można chwalić Pana, że organy łacinnicy wymyślili i do kościołów je wnieśli.

W tej chwili Łukasz Kowalczuk, gospodarz, śmiało do Gromeki przystąpił i poprosił go o tę książeczkę. Gubernator sądząC;, że prosty chłop czytać nie umie, dał mu książkę z psalmami, lecz jakież było jego zdziwienie i zawstydzenie, gdy wieśniak wyszukawszy 150 psalm, czytać go począł głośno wobec gubernatora i gromady i w końcu rzekł: „Jaśnie Panie gubernatorze! Pan mówi nam, że w piśmie świętem nie masz wzmianki o organach, a tu przeciwnie w tym psalmie, który wylicza rozmaite instrumenta, stoi wyraźnie: „Chwalcie go na strunach i organie".

„Polacy to wydrukowali i słowo to w ten psalm włożyli rzekł gubernator, to ich robota, wszak oni są przyjacielami organów".

„Kiedy książkę tę drukowali księża Bazylianie w Supraślu“, zarzucił Kowalczuk, patrząc na tytułową kartę książeczki.

„Bazylianie byli także Polakami, tak jak i ty, widzę, opolaczyłeś się“, odparł ze złością gubernator i w tej chwili odpędził od siebie Kowalczuka, a przywołał Jana Panasiuka.

70-letni ten starzec przystąpiwszy do gubernatora, pokłonił mu się nisko i rzekł: „Ja już tyle żyć nie będę, com z łaski Bożej przeżył, a bywając w swojej i w innych cerkwiach, słyszałem śpiewających ten sam psalm i to samo słowo o organach. Za Bugiem, pamiętam, przed 30 laty, naszym braciom tak samo tołkować poczęli o organach i wyrzuciwszy je z cerkwi, wyrzucili zarazem i unię świętą. Zły to znak. Wielmożny Panie, dodał, że z cerkwi naszych wyrzucać chcecie organy... A dla nas, (zwracając się do swoich i pociągnąwszy palcem po swojej szyi, dodał :) to już sznurek na prawosławie".

Gromece bardzo się nie podobała ta perora i proroctwo starego Panasiuka, krzyknął więc na niego, zakaszlawszy się przytem jak suchotnik: „Mołczy durak, ja tiebie proszczaju tak, kak ty staryk, inacze ja by tiebie"... tu znowu kaszel nie dał mu dokończyć słowa, lecz stary Panasiuk zrozumiawszy je, ustąpił i ukrył się pomiędzy swoimi.

„Ja z was posłać chcę kilku z Pawłem Pikułą do Galicyi, rzekł gubernator, abyście się tam naszym obrzędom i cerkwiom unickim przypatrzyli i przekonali naocznie, że organów tam nie masz".

„Może Wielmożny Pan poszle nas do jakich prawosławnych cerkwi, odrzekli mu, i do świaszczenników takich, jak tu jest jeden z Galicyi w Giciborze, co nawet nie przeżegna się dobrze, lecz ręką kręci jak gdyby opędzał muchy. I żeby chociaż on raz przykląkł w cerkwi, lecz obraca się przed ołtarzem jak żołnierz na wszystkie strony".

„Cóż wy tak nieprzyzwoicie wyrażacie się o księżach wobec mnie? odparł rozgniewany gubernator. Pamiętajcie, żebym ja tego więcej nie słyszał, gdyż za to poginiecie". I w tej chwili, przyłożywszy laskę swoją do piersi Tomasza Wachowicza, który odpowiadał po polsku, gubernator wypchnął go z pierwszego rzędu stojących i krzyknął: „ty najgorszy Polak i buntownik wszystkich, popamiętasz ty mnie".

Po odpędzeniu i tego trzeciego oratora, zwrócił się Gromeka do wszystkich z ostrzeżeniem, żeby nie słuchali ks. Terlikiewicza, swojego proboszcza, bo on niedobrze myślący i niespokojny człowiek. Ostrzegał przy tym, żeby nie śpiewali po polsku w swojej cerkwi, bo poginą za karę. „Byliście dotąd, dodał Gromeka pod panami, mordercami waszymi, oni was katowali jak zwierzęta, a dziś, gdy skóra na karkach zagoiła się, już nas i cesarza waszego słuchać nie chcecie. Przywykli do bata, chcecie, aby wam za opór znowu waszą skórę poobierać“.

,My najjaśniejszemu Panu do śmierci będziemy wdzięczni, odpowiedzieli unici, ale panów naszych nie mamy za co przeklinać, nie wszyscy oni byli źli. Myśmy nie tylko od nich mieli grunt, domostwo, dobytek, lecz dawali oni nam zboże na zasiew i do życia, gdy go nam zabrakło. Gdy nas kalectwo lub słabość nawiedziła, to zawsze nam przywieźli doktora, kupili lekarstwo, poprosili i księdza ze świętemi sakramentami, aby człowiek nie umierał jak bydlę. Jeżeli kto we wsi upijał się, pana nie słuchał, robił mu szkodę, kradł, lub leniwy był do pracy, takich panowie karali, a niepoprawnych łotrów, oddawali do wojska. Za co ich przeklinać. Wielmożny Panie, dziś jest nam gorzej, niż dawniej bywało.

Gromeka, opuściwszy głowę ku ziemi i lewą ręką ująwszy się pod bok, w prawej trzymając kij, kręcił nim w piasku, lecz zdawał się w tej chwili cierpliwie i z ciekawością słuchać tej niespodziewanej u chłopów apologii swoich panów. Ostatnie jednak, śmiałych obrońców słowa prawdy, wyprowadziły go z pozornej cierpliwości, wstrząsnął głową, kij zarzucił na ramię, spojrzał groźnie na wieśniaków i od gniewu zmienionem głosem, akcentując każdy swój wyraz, rzekł do nich po rosyjsku: „Powtoriaju, czto ja was wsiech opolaczywszychsia istreblu. Ja pryjechał do was kak otiec i pryjatiel, a wiżu czto wy wsie buntowszczyki... Tu z wysilenia zakaszlał się, odszedł rozgniewany i przywoławszy Pikułę, ucieszonego w duszy i podzielającego stałość i śmiałą obronę swych braci, z nim odjechał, nie rzuciwszy więcej okiem na unitów.

28 Września tego roku, do Hruda nadjechały z Biały furmanki strażników i żandarmów, za nimi zaś Popiel, wizytator unitów w karecie z błagoczynnym Kalinowskim, a za karetą ich toczyły się powozy aż trzech powiatowych naczelników.

Lud spostrzegłszy to, zawołał ze łzami: „oj biada nam biada! Księdza nam wezmą odszczepieńcy, a świątynię zamienią na schizmatycką cerkiew, co my nieszczęśliwi poradzimy! co poczniemy!"

Starzy i mali z całej wioski biegli wszyscy jednomyślnie i otaczali z płaczem swoją świątynię, a w tym czasie cały orszak, konwojujący Popiela, zajechał na probostwo i wyszedłszy z powozów, udał się prosto ku cerkwi.

Cerkiew już była otoczona ludem. Ksiądz. Terlikiewicz stanął obok swoich parafian, jako dobry pasterz, na straży owieczek swoich.

Kalinowski błagoczynny, pierwszy zbliżając się ku cerkwi i poruszeniem rąk wskazując ludowi na suknię swoją duchowną, a zarazem zdejmując kapelusz, rzekł głośno: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus".

Lud, kłaniając mu się nisko, odrzekł jednogłośnie: „Na wieki wieków amen".

Kalinowski przez chwilę przypatrywał się ludowi, jakby się namyślał (od czego ma zacząć), wreszcie uśmiechając się, rzekł: „Cóż wy, moi kochani, takeście się tu zgromadzili, czy myślicie nas do cerkwi nie wpuścić?

W tej chwili starszy bratczyk, trzymając klucze od cerkwi i oddając je gromadzie, rzecze: „Bracia i siostry, weźcie te klucze ode mnie, one są wasze, tak, jak i ta świątynia jest waszą i sami teraz radźcie, czy macie otworzyć cerkiew, czy nie".

Lud, porwawszy klucze w swoje ręce, zawołał uniesiony: „Życie czy śmierć, wszystko dla nas jedno, a was, panowie, nie wpuścimy żadnego do naszej cerkwi".

Popiel postanowił użyć swojej powagi i zdobywając się na łagodność, podszedł do ludu i prosił go, aby z nim tylko kilku osobom pozwolili wejść do cerkwi.

„My was i jednego nie wpuścimy do naszej świątyni, odpowiedzieli unici.

„Toż ja wam nie ukąszę waszej cerkwi, odrzekł urażony Popiel, chcę ją tylko zobaczyć".

„Możecie sobie obejść i zobaczyć ją dokoła, rzekli śmiało unici, możecie tu i nas z naszymi dziećmi policzyć, jeżeli się wam spodoba, ale do środka cerkwi naszej, powiedzieliśmy już, że nie wpuścimy was".

Tu Kalinowski uznał za stosowne zaznajomić lud z dostojnym gościem, rzekł więc: „Moi kochani; to jest ksiądz Marceli Popiel, prawie biskup diecezji chełmskiej, przez rząd postanowiony".

„A gdzież się podział nasz biskup Kaliński, zamianowany przez Ojca św.? zapytali parafianie.

Błagoczynnyj nie chcąc wypowiedzieć prawdy i zbywając zapytanie ludu, rzekł krótko: „Nie masz go i koniec, będziecie mieli oto innego biskupa z woli rządu".

„Kiedy nie mamy dziś biskupa Kalińskiego, rzecze lud, to my nie znamy nikogo, oprócz Ojca św. Papieża. On tylko naszym biskupem i pasterzem, albo ten, kogo rzymski Papież do nas przyszłe z oznakami pasterstwa i ze słowem łagodnym, jak do swoich wiernych owieczek. Wy zaś, panowie, przyszliście do nas jak do nieprzyjacielskiego obozu, prowadzicie na nas oddziały wojska z bronią, jakby na zdobycie jakiej fortecy. Czyż Chrystus tak apostołów swoich uzbrajał i posyłał na opowiadanie ewangelii!"

„Pamiętajcie to dobrze, odrzekł Popiel, i zobaczycie, czy mnie nie wpuścicie do waszej cerkwi". To mówiąc, zwrócił się do swojej świty, dał znak i pojechał z nią na powrót do Biały, żandarmi i strażnicy pociągnęli też za nim na tychże samych furmankach.

Nazajutrz, 29 Września, ksiądz Terlikiewicz był w Witulinie, sąsiedniej parafii, z nabożeństwem, i gdy rozpoczął Mszę św., uzbrojeni strażnicy i żandarmi weszli do cerkwi w celu aresztowania go. Gdy po Mszy św. po raz ostatni przeżegnał lud wierny, strażnicy nie pozwolili mu już odejść do zakrystii, lecz rozebranego przy ołtarzu z szat kościelnych zabrali na przygotowaną furmankę i wywieźli do więzienia siedleckiego.

Tego samego dnia włościanie ze wsi Hruda poczuli nad sobą mściwą rękę schizmy i Popiela. 100 kozaków wpadło do wsi i rabowało włościan, dopuszczając się przy tym wszelkiej swawoli szatańskiej i barbarzyństwa. Za kozakami nadciągnęła piechota, na koszt i utrzymanie parafian i rozkwaterowała się we wsi. Odtąd codziennie wszyscy gospodarze wypędzani byli na bezcelowe furmanki i dalekie podróże, a starców, kobiety i dzieci pędzili Moskale do zbierania błota z drogi i gościńców i do wysypywania piaskiem grobli. Włościanin, tak zaprzężony do pracy, razem ze swoim bydlęciem, mógł tylko w jedną niedzielę upiec dla siebie kawałek chleba, wyprać koszulę i wyprosić u kozaków cokolwiek siana i własnego zboża dla swego bydlęcia, wszystkie dnie jego i całej rodziny przeznaczone były na barbarzyńską służebność, którą wypełniać musieli przez dwa miesiące, jako karę za nieuszanowanie Popiela i nieprzyjęcie go do cerkwi.

Oprócz utrzymania wojska i ogromnych ubytków w gospodarstwie, stąd wynikających, oprócz niewolniczych prac przez 3 miesiące, parafia Hrud zapłacić musiała kontrybucję ściągniętą z włościan drogą licytacji pozostałego jeszcze dobytku i gospodarskich sprzętów.

Wszystkich strat w tym roku poniosła parafia około 100.000 złotych polskich. Nadto kilkunastu gospodarzy w kryminale bialskim, kilkumiesięczny odsiedzieć musiało areszt.

Gdy po usunięciu ks. Terlikiewicza, przyjechał do Hruda w 1871 roku, w dzień Zwiastowania, świaszczennik Starosielec, przybyli razem z nim i inni popi tegoż samego ducha, z błagoczynnym Kalinowskim. Parafianie zebrali się na plebanii i cmentarzu cerkiewnym i jednogłośnie oświadczyli, że Starosielca do parafii nie przyjmą, i jeżeli ks. Terlikiewicz nie powróci do nich, żadnego nie chcą świaszczennika. „My nie chcemy tego pana, wołali unici wskazując na Starosielca, bo wiemy o nim, że się oderwał od Rzymu i papieża, my jego znać nie chcemy“.

Wtedy świaszczennik B. ze Sworów, odezwał się do ludu: „Moi kochani, tak nie będzie jak wy chcecie, lecz być musi, jak rząd chce i cesarz rozkazuje".

„A czy Pan Jezus cesarzowi i rządowi oddał władzę nad swoim kościołem, czy św. Piotrowi, którego opoką kościoła nazwał? odrzekli unici. Wyście się panowie już odłączyli od Piotra i Chrystusa, dajcie więc nam przy nich pozostać".

Świaszczennik B., zawstydzony logiką wiernych unitów, odpiera ich zarzut tym, że Chrystus dał władzę rządzenia kościołem nie tylko św. Piotrowi, lecz i innym apostołom i następcom ich patriarchom, mającym równą władzę z papieżem.

A czemuż Chrystus wszystkim biskupom nie zostawił równej władzy rządzenia kościołem, kiedy i oni są następcami apostołów? odparli unici. Po cóż biskupi ojcem świętym nazywają papieża i biorą tylko od niego władzę swoją? Papież nie daje pieniędzy, to za to wyrzekacie się go, a za grosz cesarza obwołujecie go papieżem cerkwi i nas ciągniecie, abyśmy się wyparli wiary i świętej naszej katolickiej cerkwi... Już to panowie róbcie sami jak chcecie, ale nam nie narzucajcie schizmatyka, bo go do plebanii nie wpuścimy.

Delegaci duchowni, z błagoczynnym Kalinowskim, chcieli spisać protokół i zuchwalców oddać pod straż, jako buntowników, lecz po namyśle, zaniechali odgrywać rolę szpiegów policyjnych i nie mając nadziei urzędowego wprowadzenia Starosielca na Hrudzkie probostwo, rozjechali się z niczym, radzili mu tylko unikać zatargów z unitami i prywatnie sprowadzić się do Hruda, jak tego wymagało nieodwołalne rozporządzenie gubernatora.

Starosielec jednak, wobec nieprzyjaznej postawy Hrudzińskich parafian, zwlekał swój przyjazd do nich i dopiero na rozkaz policji, 26 lipca 1871 roku mając dodanych sobie 15 strażników, 6 żandarmów, wójta, gminnego pisarza i nauczyciela, zdecydował się przyjechać na probostwo i wtedy, gdy wszyscy ludzie byli w polu zajęci pracą.

Droga do probostwa prowadziła przez pole już wyżęte, więc unici z łatwością ujrzeli zbliżające się wozy i poznawszy, że to do nich jadą goście, porzucili pracę swoją, kobiety oddały dzieci małe pod opiekę starszym, a same z mężczyznami biegły co tchu przez zagony i pastwiska do cerkwi, aby nie wpuścić na plebanią „narzuta“, jak się powszechnie wyrażali o popach.

Brama na probostwie była zamknięta i ona zatrzymała strażników i bagaże Starosielca, a tymczasem nadbiegli unici z drugiej strony i bronić poczęli jedni plebanii, a drudzy bramy od nieproszonych gości. Obrona była skuteczną, bo strażnicy i żandarmi nie przemógłszy oporu ludzi, coraz bardziej zbiegających się ze wszystkich stron, odjechać musieli z popem i jego bagażami na powrót do Witulina, zdawszy swojej władzy odpowiednie raporty.

Za nieprzyjęcie popa, przysłanych zostało 200 kozaków do parafii Hruda, którzy przez 8 tygodni ciągłego postoju na karku włościan i batożeniu ich nahajkami, przyprowadzili parafię do nędzy, a ze wsi zrobili rzeczywisty szpital. Kozactwo wyprawiało przed domami włościan niesforne orgie, tańce, śpiewy, gdy wewnątrz ich rozlegały się jęki skatowanych i chorych. Kilka też kobiet zbitych nahajkami kilkoro dzieci z nędzy pomarło, lecz o nazwiska ich niepodobna było się dopytać.

Godzi się tu wymienić nazwiska 5-ciu gospodarzy ze wsi Hruda, którzy wytrzymawszy bohatersko nahajki kozackie, oddani zostali jako najgorsi buntownicy do bialskiego kryminału, a następnie od dzieci i gospodarstwa wywiezieni w głąb Rosji. Kilku z nich umarło już na wygnaniu:


1)
Jozafat Połynka,
2)
Onufry Tomczuk,
3)
Piotr Tomczuk,
4)
Michał Tomczuk,
5)
Gabryel Szucki.

Oprócz tego wieś Hrud, licząca do 30 domów, dać musiała za karę 607 furmanek i zapłaciła kontrybucji 20.000 złotych, drogą przymusowej licytacji, która tę wieś, przy postoju kozaków, zrujnowała ze szczętem

W 1874 i na początku 1875 roku, w czasie ogólnego batożenia unitów i parafię Hrud Moskale naszli, ograbili ją z grosza i bydła i po 4-ech tygodniach znęcania się nad unitami, odeszli; wiedzieli dobrze, że im się tu apostolstwo ich nie uda, zresztą, biedny Hrud więcej się już krył w lesie, niż mieszkał w domach swoich.

W 1876 roku, nowa plaga spadła na bohaterski Hrud. Z Biały przymaszerowały tu trzy roty wojska w miesiącu Kwietniu, aby zmusić unitów do ochrzczenia dzieci. Lecz jak tylko kobiety spostrzegły nadciągających żołnierzy, domyśliły się w jakim celu goście przybywają, zabrały więc dzieci swoje i co prędzej pobiegły ukryć się z niemi w sąsiednim lesie. Kto pamięta ten miesiąc Kwiecień i następny Maj, mroźny, słotny i wietrzny, — kto wie, że biedne kobiety w pośpiechu nie mogły z sobą zabrać dostatecznie ciepłej odzieży do otulenia dziatek i siebie, a o Chlebie i pokarmie ani pomyślały, — kto pamięta, jak żołnierze we wsi strzegli pilnie, aby nikt z domu nie wydalał się z kawałkiem chleba do lasu, lub ciepłą odzieżą, chcąc tym sposobem zmusić głodne i opuszczone matki do wyjścia z lasu, jakby z fortecy, i poddania się na łaskę i niełaskę zwycięzców, — ten może sobie wyobrazić, ile te heroiczne kobiety wycierpiały fizycznie i moralnie na tym koczowisku leśnym, w obronie nieskazitelności wiary i świętości niemowląt swoich, i to przez sześć tygodni, dłuższych dla nich, niż sześć wieków.


Oto imiona tych bohaterskich, a świętobliwych, polskich niewiast:

1)
Prakseda Szucka,
2)
Julianna Juwko,
3)
Anastazya Wachowicz,
4)
Prakseda Juwko,
5)
Anna Juwko,
6)
Anna Szucka,
7)
Maryanna Filipiuk
8)
Magdalena Popełowska,
9)
Anna Panasiuk,
10)
Anastazya Juwko,
11)
Zofia Juwko,
12)
Joanna Szucka,
13)
Anna Pokomed,
14)
Cecylia Połynka,
15)
Akwilina Markiewicz,
16)
Apolonia Szucka.

Przez te sześć tygodni wojsko ogłodziwszy wieś ze szczętem, powróciło do Biały, nie dopiąwszy swego celu, a matki z dziećmi wyszły ze swoich kryjówek leśnych, powróciły w tryumfie do domów, lecz podobniejsze do szkieletów, niż do ludzi, tak były wyschłe i ogorzałe. Bóg tylko sam dawał im ten niezłomny hart ducha i krzepił je zdrowiem codziennie, a lud poczciwy z okolicznych wiosek, tym matkom ukrytym w lesie, nocną porą donosił czasami chleb i żywność.

Policja uradziła jednak spróbować przymusowego chrztu dzieci. W tym celu dziesięciu ludzi zbrojnych otacza w nocy dom Apolonii Szuckiej, której męża poprzednio wywieziono w głąb Rosji. Wybijają drzwi i dostawszy się do domu, chwytają kilkoletnie jej dziecię z pościeli i niosą je do chrztu. Dziecię płacze przerażone, matka w jednej prawie koszuli biegnie w rozpaczy za strażnikami, jak za zwierzętami, co porwały rozszarpać jej dziecko.

Na krzyk boleści matki i przekleństwa jej rozpaczy, porywają się wszyscy mieszkańcy ze snu, wybiegają z domów i radzi by siłą powrócić sąsiadce, podstępem wyrwane jej dziecię, lecz broń milicjantów odstrasza ich. Wreszcie pop, przygotowany w cerkwi, dopełnia już chrztu nad dziecięciem spłakanym, a drzwi cerkwi zamknięte przed ludem i matką. Trzyletnie dziecię rwie się na rękach milicjanta odpycha, drapie, bije go w twarz i z płaczem woła: „ja nie chcę, ja nie chcę waszego chrztu, mamo! mamo!“. Lecz matka już nie słyszała tego wołania dziecka, za drzwiami cerkwi padła, zemdlała.

I nic nie pomogło, ani wzruszyło, ani wstrzymało popa przed przymusową administracją tego sakramentu, jakie bowiem apostolstwo schizmy, taki też powinien być i chrzest jego. Bat nawraca na schizmę, więc bat i chrzcić powinien. To też zbawienne skutki takiego chrztu okazały się natychmiast. Dziecię z płaczu i przerażenia zachorowało śmiertelnie, i do trzeciego dnia zakończyło życie, będąc już poprzednio w kościele ochrzczone. Lud całej wsi, z płaczem, o północnej godzinie wyprowadził ciało aniołka na cmentarz i sam go pochował, jak kapłan i dzielny stróż swojej wiary i uklęknąwszy, pomodlił się do męczennika i patrona swojej wioski. Pop, ani strażnicy, nie śmieli temu poważnemu orszakowi stawić przeszkody.

Jako dowód ogromnej nienawiści włościan ku prawosławiu i stałości ich w wierze świętej, posłużyć może z Hrudu fakt następujący:

Pop prawosławny, w dzień Trzech Króli, podług dawnego zwyczaju w Hrudzie, poświęcić miał wodę w studni najbliższego gospodarza, gdyż innej wody, rzeczki lub sadzawki, w bliskości cerkwi me było. W wigilię dnia, w nocy, włościanie grubymi balami zakryli i gwoździami zabili tę studnię, chcąc zmusić popa, aby sobie swój Jordan na probostwie oświęcił. Nazajutrz lud, jak zwykle, udał się do kościołów na nabożeństwo, a pop w otoczeniu strażników, gdy przyszedł do studni włościanina i znalazł ją zabitą, poszedł z procesją na drugi koniec wsi do innej studni i tam wodę poświęcił. Włościanie, powróciwszy z kościoła, gdy się dowiedzieli, że woda w innej studni została poświęconą, natychmiast naznosili śmieci, piasku i kamieni, i prawosławnym obrzędem poświęconą wodę zasypali, zawalili studnię i zrównali ją z ziemią, aby nie tylko ludzie, lecz i ich bydlęta nie kosztowali wody, którą oświęcił pop prawosławny. Ludzie biedni wiedzieli dobrze, że ich czekają kontrybucje, więzienia, za ten, tak jawnie okazany czyn nienawiści i wzgardy dla obrządku prawosławnego, a jednak nie powstrzymało to ich przed wykonaniem postanowienia, ponad wszystkim była drażliwość ich o zachowanie katolickiej religii i nieustraszoność spodziewanych cierpień. Tłumaczyli się przed naczelnikami i sędziami, że uczynili to wskutek bojaźni, aby woda, poświęcona przez popa nie wprowadziła do duszy ich ducha schizmy i prawosławia.



Wieś Kłoda

Mała to wioska, należąca do parafii Horbów, stała się głośną przez straszliwie tragiczny wypadek, jaki miał miejsce przy końcu 1874 roku, który swoją nadzwyczajnością zaalarmował policję i władze sądowe, oddziałał na wszystkich przygnębiająco, a unitom dodał jeszcze więcej siły do wytrwania przy swojej religii i poświęceniu.

Pomnik rodziny Koniuszewskich w Kłodzie Małej

We wiosce tej, leżącej na pograniczu powiatów bialskiego i konstantynowskiego mieszkał biedny wyrobnik, nazwiskiem Józef Koniuszewski, człowiek charakteru bardzo spokojnego, trzeźwy, pracowity. Ukaz cesarski zastał go na kilku morgach gruntu, na którym Koniuszewski zbudował sobie domek i stodołę, a mając kawałek pewnego chleba, ożenił się, i został ojcem dwojga dziatek. Jedno dziecię ochrzcił w cerkwi unickiej, drugie ochrzczone z wody, kazano mu nieść do prawosławnej cerkwi, na co jednak zdecydować się nie chciał.

Wszystkie przekonywania i pogróżki ze strony policji, kary pieniężne, więzienia w Biały, areszty gminne, żadnego na obojgu małżonkach nie odniosły skutku, i ci, nie widząc pośredniej drogi wyjścia ze swego trudnego położenia, i zmuszeni albo ulec woli policji i dziecię w prawosławnej ochrzcić cerkwi, albo poddać się całej surowości ruskiego barbarzyństwa, zdecydowali się oboje na następujące rzewno tragiczne rozwiązanie tej trudności.

W wigilię wypadku, napiekli chleba z ostatniej miary mąki, jaka im jeszcze pozostała, nagotowali strawy, wybielili i oczyścili mieszkanie, zastawili stół pieczywem chleba, solą i potrawami, a późnym wieczorem pożegnali się z sąsiadami, jak gdyby nazajutrz rano mieli wyjść do kościoła. Nic tu nie było nadzwyczajnego w zachowaniu się Koniuszewskich i żegnanie się ich z sąsiadami nie zdziwiło nikogo.

Zginęli 10 grudnia 1874 roku
Rodzice Józef i Anastazja
Córki Ewa i Łucja

O północnej godzinie jasna łuna pożaru oświeciła wioskę i postawiła wszystkich na nogi. Biegło co żyło do zabudowań Koniuszewskiego na ratunek, jego stodoła stała w płomieniach. Otworzono drzwi domu właściciela, lecz w domu tym nie było nikogo. Na środku stancji stół, założony Chlebem i potrawami, jak gdyby do uczty, zadziwił wszystkich. Włościanie otoczyli stodołę, lecz zbliżyć się do niej z ratunkiem było niepodobieństwem. Zagadkowy pożar pochodził z wewnątrz. Powszechne było przekonanie, że biedni gospodarstwo z dziećmi są w drodze, i litowali się nad niemi sąsiedzi, że po powrocie nie zastaną swojej stodółki.

Lecz co za okropne było przerażenie wszystkich, gdy Koniuszewscy nazajutrz nie wracali, a w zgliszczach zgorzałej stodoły odgrzebano zwęglone ciała dwojga ludzi, trzymające na rękach dwoje zwęglonych własnych małych dzieci. Byli to Koniuszewscy. Dobrowolnie spalili siebie i dzieci, i w przekonaniu swoim stawali się ofiarą. Uciekając przed śmiercią ducha i schizmą, woleli wpaść w odmęt okropnej śmierci ciała.

Dąb Pamięci Rodziny Koniuszewskich

Na miejsce tej strasznej śmierci zbiegła się policja, naczelnicy, zjechał rząd i lekarze, aby sprawdzić i obejrzeć fakt ten niesłychany, i wyśledzić jego powody. Lecz żadne śledztwo nie było tu potrzebne. Powody tej śmierci znała dobrze policja, wójt gminny, naczelnicy, znał je rząd barbarzyński, co potrafił kościołowi polskiemu przysporzyć i męczenników za wiarę, i biednych tych ludzi pchnąć w okropną samobójczą śmierć, w obronie tejże wiary świętej.

Ten wypadek niezmiernie silnie podziałał na unitów, i w wierze świętej jeszcze bardziej ich utwierdził. Zewsząd zbiegali się włościanie zapłakać i zmówić pacierz na grobie familii, która broniąc swej wiary, żywcem spaliła się.



Parafia Łomazy.

Miasteczko Łomazy, przeważnie unickie, liczące około 3.000 parafian, z otaczającymi je wioskami, przechodziło kilkakrotnie straszne prześladowania za wiarę.

W 1867 roku, gdy Kalinowski, proboszcz z Łomaz, jako błagoczynny bialski, chciał reformy Wójcickiego od swojej rozpocząć cerkwi, parafianie sprzeciwili się temu, zamknęli cerkiew i nie pozwolili na wprowadzenie żadnych obrzędowych nowości. Kalinowski, jako zięć biskupa Kalińskiego, miał jeszcze cokolwiek wpływu i zachowania u parafian, lecz, że był słaby wiarą i duchem i jako błagoczynny uległy Wójcickiemu, parafianie odjęli mu zarząd cerkwi i stanęli na straży świętości dawnych obrzędów. Komisje policyjne, jedna po drugiej, wysyłane z Biały, do wykrycia i schwytania przywódców, nie mogły dojść do końca, gdyż w miejsce jednego wezwanego do indagacji, parafianie szli tłumnie i zeznawali, że są jednakowo winni, że wszyscy są gotowi odpowiadać, i razem ponosić karę.

Gubernator Gromeka kazał użyć siły zbrojnej, i z Biały przybyły dwie roty piechoty i dwieście kozaków. Wielu poaresztowano mieszczan i odstawiono ich do bialskiego kryminału, resztę rozpędzono kolbami i nahajkami, a wtedy komisja przystąpiła do indagacyjnej roboty. O kim wiedziano, że ma wpływ jaki pomiędzy ludem, lub gdy śmiałem odezwał się słowem, batożono go bez miłosierdzia. Byli tacy gospodarze, którzy po 400 i 600 nahajek naraz odbierali, i gdy ich później pytali naczelnicy, czy przyjmują zmiany cerkiewne i do cerkwi chodzić będą, odpowiadali, że na sąd Boży prędzej staną zabici, niż pójdą do sprofanowanej cerkwi.

Przez dwa tygodnie trwały batożenia i indagacyjne te roboty, gdyż wszyscy parafianie byli winni i wszyscy chętnie przyznawali się do winy swojej. Więc krew się lała nieustannie, i dopiero po dwóch tygodniach mordercy spracowani, pomęczeni, zaniechali swojej roboty i odjechali z niczym. Do strzeżenia cerkwi, diaka i proboszcza, pozostali kozacy. Miasteczko, oprócz srogiej daniny krwi swojej, męczarni, wołów na rzeź dla żołnierstwa, furmanek na bezcelowe służebności, musiało jeszcze zapłacić 20.000 złotych polskich kary, ściągnięte drogą przymusowej licytacji dobytku.

Łomazscy parafianie nie chodzili do cerkwi swojej, aż do nominacji ks, Aleksandra Starkiewicza, byłego prefekta szkół bialskich, na proboszcza do Łomaz. Światły ten kapłan był powszechnie szanowany i znany ze swego przywiązania do cerkwi i unii św. On u parafian zupełne pozyskał zaufanie i do cerkwi wszystkich wprowadził. Lecz to bardzo krótko trwało. W 1872 roku, Popiel wskazał rządowi księdza Starkiewicza, jako systematycznego nieprzyjaciela rusycyzmu i prawosławia, i kapłan ten na wielką szkodę osieroconej parafii swojej, a więcej jeszcze diecezji, usunięty został z kraju, i wydalony za granicę. Parafianie po wywiezieniu ich proboszcza opuścili cerkiew i do dnia dzisiejszego nie uczęszczają do niej.

W 1874 roku, w czasie ogólnego wymuszania podpisów na prawosławie, parafianie łomazscy wezwani zostali do przyjęcia nowej religii. Wszyscy jednogłośnie i stanowczo odpowiedzieli, że przygotowani są na podobne cierpienia jak i w 1867 roku, i nikt z nich, podpisem na schizmę, nie skala swojej ręki i sumienia.

Więc na rozkaz kapitana Gubaniewa i Aleszki, naczelnika powiatu, spróbowano przypomnieć parafianom rok 1867. Od lat 16 do lat 80, wszyscy bez różnicy wieku i płci byli batożeni i dostawali od 100 do 600 nahajów kozackich. Krew męczenników lała się strumieniami, ciało odpadało od kości, więzienia bialskie i brzeskie były przepełnione tymi wyznawcami unii świętej. Oprócz tego Moskale mrozili naród po nocach, trzymali go spędzonego na placach publicznych, aby zgłodniały i przeziębnięty, namyślił się przyjąć prawosławie. Trzy roty wojska i 300 kozaków przez 10 tygodni katowali, grabili i niszczyli miasteczka.

Żadna srogość najbardziej barbarzyńskiej wojny, nie może iść w porównanie ze zniszczeniem a tyranią, jakich dokonywało wojsko na rozkaz naczelników powiatowych i swojej starszyzny w Łomazach. Miałeś przed sobą wizerunek istnego piekła, widziałeś szatanów walczących z kościołem Bożym. Wszystko bydło, trzoda chlewna, owce, drób, zboże, poszło na wypas żołnierzy, a domowe sprzęty, konie, wozy, odzież, wszystko zostało zlicytowane na opłacenie kontrybucji. 40 gospodarzy z parafii łomazskiej, przeszedłszy okropny czyściec krwi własnej, wtrąceni zostali do więzienia bialskiego i stąd po roku wywiezieni do Rosji. Wielu z nich nie daje żadnej wiadomości o sobie, zapewne straciwszy zdrowie, skonać już musieli męczeńską śmiercią.

Oto niektórych nazwiska i imiona:

1)
Filip Sydejko,
2)
Jan Sienkiewicz,
3)
Jakób Krywczuk,
4)
Onufry Kartosiewicz,
5)
Antoni Szatałowicz,
6)
Piotr Bielecki
7)
Leon Żukowski,
8)
Jan Gharycki,
9)
Antoni Marchewicz,
10)
Aleksander Gizewicz,
11)
Jan Terlikiewicz,
12)
Michał Syszewski,
13)
Jan Syszewski,
14)
Jan Sienkiewicz,
15)
Jakób Krywczuk,
16)
Tomasz Raczyński,
17)
Jan Szostakiewicz,
18)
Joachim Szostakiewicz,
19)
Michał Gizewicz,
20)
Filip Terlikiewicz,
21)
Andrzej Szalułowicz.

Samej kontrybucji pieniężnej ściągnięto z Łomaz drogą licytacji dobytku i gospodarskich przedmiotów 150.000 złotych polskich, nie licząc już strat innych.


Wieś Lubenka,

Należąca do parafii Łomazy, przez dziesięć tygodni postoju wojska straciła swój dobytek, trzody, zboże i drób. Jedna połowa wsi po barbarzyńskim obatożeniu wysłaną została do więzień, lub wypędzoną była na furmanki, druga również batożona, znosić musiała rękami śnieg z pola na drogę i odnosiła go na powrót na pole.

Wywiezieni w głąb Rosyi, z których kilku już umarło:

1)
Ludwik Szatałowicz,
2)
Jan Koczyński,
3)
Julian,
4)
Mikołaj Zalewicz,
5)
Marek,
6)
Eliasz,
7)
Wiktor,
8)
Antoni Karpowicz.

Oprócz tego ściągnięto kontrybucji ze wsi Lubeńka 8.000 złotych.

Dzieje Unii na Podlasiu wyraźnie obrazuje wiersz z tamtych czasów. Odtworzyła go z pamięci Anna Arseniuk z Wyczółek, urodzona w Lubence zmarła w 1954 roku. Wiersz ten pochodzi ze zbiorów ks. kanonika Romana Soszyńskiego.


Polak


Jeszcze Polaku chcesz żyć utrapiony
A przecież toniesz we łzach, poniżony!
Kiedy Ojczyznę, ach trudno dać wiary
Na długie lata kładą na mary!

Dziś schizma wzięła moc nad Polakami,
A cary wciąż nas biją ukazami,
Lud wypędzają z rzymskiego kościoła
Padają trupy, ach nieszczęsna dola!

Zdradził nas Francuz , zdradziła Austria
W Królestwie Polskim męczy się Unia.
Ale Polaku będziesz pocieszony
Co Cię wywożą w schizmatyckie strony

Nie smuć się wiele. Jeszcze Bóg na niebie.
I choć o wodzie i o suchym chlebie
Choć wszystko wzięli i pusto w komorze
Jeszcze zobaczysz miłosierdzie Boże!

Każdy znał Boga swego jak należy
Co dzień pobożnie odmawiał pacierze,
A teraz w cerkwiach popy się kłaniają,
Carską familię tylko wyliczają.

Ksiądz Kalinowski mówił do nas śmiało
„Bracia Unici” – aż serce truchlało,
Ciemny narodzie osiadły nad Bugiem
Co nic nie umiesz tylko orać pługiem

Idź Uniacie do kościoła śmiało
Na Jasną Górę, jeśli ci tu mało
Tam Cię pocieszy Królowa Maryja
Powróci kiedyś ta święta Unia

Albo się udaj do Gułowskiej Woli
Proś o ratunek w tej ciężkiej niedoli
Śpiewaj różaniec ten wieniec Maryi
I proś o powrót tej świętej unii

Z osady Łomaz i wsi zwanej Kozły
Tam nie jednego na Sybir wywiozły
We wsi Lubenka Tam ludzie Cierpieli
Wyjadło wojsko co tylko tam mieli!

Choć tym biedakom dać by było trzeba
Pięćdziesiąt rubli brali za pogrzeby
Z tej wielkiej biedy płakali mój Boże
A kto nie płacił musiał siedzieć w kozie

W Radziwiłłowskich dobrach, mieście Biały
Tam trzy kościoły Księstwo zbudowały
Jeden dla chwały Bazyla Wielkiego
Drugi u fary dla Jana Kantego

A trzeci zakon Ojców reformatów
Leśna i Kodeń przez książąt magnatów,
Pobudowane, w nich Maryi obrazy
A lud się modli koło tych ołtarzy

Ziemio Podlaska czemuś tak nie godna
Żeś utraciła święty obraz z Kodnia
Obraz cudowny, śliczny, honorowy
Przewieziony został , aż do Częstochowy

Książę Sapieho coś stawiał Kościoły
Z twoich już kości sypią się popioły

Cudowne obrazy z ołtarzy wydarte.

Wstań Radziwille! Popatrz na swą pracę
Jak prosty naród nad kościołem płacze!
A tyś chciał żeby do świata skończenia
W Twoich kościołach brzmiały święte pienia

Ciało Świętego Józefata w Biały
Leżało w trumnie przez czasy nie małe
Gdzie nieme, głuche odbierały mowę
Ślepe i chrome już tam były zdrowe.

Ale Moskale w niego nie wierzyły
Bo go w Witebsku toporem zabiły
Wzięły z ołtarza te klejnoty drogie
Zamurowały w lochu pod podłogę.

O jak szczęśliwa, Ty Książęca Biało
Co Witebsk stracił tobie się dostało
I zabłysnęło wielkimi cudami,
Opiekowało się uniatami.

O Józefacie w Litwie i Koronie
Ciebie błagamy cudowny patronie
Przyczyń się, przyczyń za nami grzesznymi
Tyś Ojcem Naszym a my dziećmi Twoimi.

Maryjo! Matko i Królowo nasz
Cały kraj Polski do Ciebie się zgłasza
Ratuj nas ratuj jak swoje własności,
Nie daj nam zginąć od Moskiewskiej złości

Schylcie ramiona rozturchajcie włosy
Śpiewajcie różaniec płaczliwymi głosy
Ach módl się, módl się Królowa Maryja!
Niech się nam wróci ta święta unia.

Zachowała się również pieśń religijna unitów podlaskich będąca trawestacją pieśni „Boże, coś Polskę”.

Modlitwa

Boże, szczoś Polszu czerez douhi lita
Protiw każdomu bronił wordzu,
A potem daweś nas na pośmiech świta
Nasław nes hodu newolu trewdzu.

Prosim Tia Boże I twajoho Syna
Nech Wsi znów budem jednaja rodyna

Kołyś to Lachy na wojni stawły
Płatyły hroszy na patreby kraju.
Za to my pole im , sobi orały
Byłyśmo w zhodi żyłośmo jak w raju.

Prosim Tia Boże...

Pryszły Moskali i wsio pomeszały
Wsio nam moskowski paradok zawiły
Wecznu newolu nas panom oddały
I na zahuby z nimi posfaryły.

Prosim Tia Boże...

Iszcze ne chodi naszej horkoj doli
Bo te per wiru od nas odbirajut,
A kto z nas jedno ne sluhaje woli
To honiat w Sybir , albo zabiwajut

Prosim Tia Boże...

Mnoho już naszyh , tyi worodi zły
Hdeś tam daleko od nas pohnały
To w szczo obernutsia sieroty tyi
Kotorym batków moskali zabrały.

Prosim Tia Boże...

Wże pratulińskie i Drelowski lude
Zawiru naszu krow swaju dały
Oświatyj Boże ! Pokul toho bude
Douho nas budut muczyły moskali?

Prosim Tia Boże...

Zal sia, Żal Boże, z tej naszej peczeli,
Nech majem swoje i pola i chaty!
Nech dity nasze neberut w moskali
A pany dla nas nech budut jak braty

Prosim Tia Boże...

Werny, nam Boże! Werny dobru dolu.
Dawniejszu sławu i dawnyj dostatok
Daj nam prawdiwu nemoskowsku dolu
Nechaj ze dworu i malenkij chatok

Prosim Tia Boże...

Nelekko dawna powernetsia dola
Chrystus krow leju, sam odkupyw ludy!
To koły taka, Boże twoja wola
Nech desiat zhynie – sto szczastliwych bude!

Prosim Tia Boże i Twojoho Syna
Nech zmiłowania pryjde hodyna.


Wieś Kozły,

Należąca także do parafii Łomazy, wycierpiała bohatersko przez 10 tygodni chłostę od wojska i kozaków. Śnieg na ulicy rumienił się codziennie krwią batożonych ofiar, bez względu na wiek i płeć ludzi. Wszystkie płoty i parkany poszły na opał dla wojska. Przeszło 8.000 złotych ściągnięto kontrybucji przez licytację gospodarskich sprzętów i pozostałego dobytku, woły i trzodę najlepszą pożarło żołnierstwo. Do Rosji wywiezionych zostało pięciu gospodarzy.


Wieś Kopytniki.

I w tej wiosce wchodzącej w skład parafii łomazskiej, to samo męczeństwo, to samo jawne wyznanie wiary i nieprzyjęcie schizmy. Heroiczne kobiety i dzieci katowane były po kilka razy dziennie, gdy na zapytanie, czy przyjmują prawosławie, odpowiadały przecząco, lub dziękowały katom, słowami bohaterskiej wdzięczności: „Bóg wam zapłać za to, że cierpimy za świętą wiarę naszą“. Tak katowanych okładano śniegiem, gdyż wśród srogiej kaźni, ofiary mdlały w rękach oprawców swoich. Dobytek, trzodę, zboża, pożarło wojsko, pół wsi przeprowadzono do więzienia i pięciu gospodarzy wywieziono do Rosji. Przeszło 8.000 złotych kontrybucji, oprócz innych strat i zniszczenia, wieś musiała zapłacić za opór swój i nieprzyjęcie schizmy.

Rząd widząc, że łomazscy parafianie wszyscy przeszli do łacińskiego kościoła parafialnego, kościół w Łomazach zamknął, proboszcza wypędził, a parafię łacińską przyłączył do Biały, o 16 wiorst odległej. Jednocześnie też zamknął kościół i w miasteczku Rossoszu, odległym od Łomaz siedem wiorst, stąd księdza również wypędził, aby zmusić łomazskich i okolicznych unitów uczęszczać do miejscowej cerkwi prawosławnej. Lecz i te środki barbarzyńskiego rządu, dławiącego życie katolicyzmu i polskości, były bezskuteczne; cerkiew łomazska i okoliczne stoją pustkami do dnia dzisiejszego, a parafianie jak mrówki za robotą, rozchodzą się do dalszych kościołów, szukając dla siebie ewangelicznej nauki i Sakramentów.



Parafia Piszczac.

Miasteczko Piszczac, przeważnie unickie, liczy około dwa tysiące parafian. Od 1867 roku, przechodziło kilka razy ciężkie prześladowcze próby za wiarę ojców i świętości cerkwi, lecz z każdej próby wyszło zwycięsko. W czasie wyrzucania organów i wprowadzenia nowości prawosławnych do cerkwi, parafia Piszczacka stanęła w obronie nietykalności dawnych obrzędów, za co musiała przenieść nahajki kozackie, więzienia, wygnania do Rosji, oprócz dokonanego zniszczenia w gospodarstwach postojem wojska, strzegącego bezpieczeństwa świaszczennika i powagi prawosławnych zawiązków w cerkwi. Rok 1867 kosztował piszczackich parafian około 50.000 złotych zniszczenia.

W 1874 roku, gdy pop Lisowskij wprowadzał prawosławne obrzędy i odzywać się począł do parafian w duchu schizmatyckim, parafianie prosili go, aby zaniechał nowości prawosławnych, albo im natychmiast z cerkwi ustąpił. Pop gdy się ociągał zadośćuczynić wezwaniu ludu, ten śmiało wszedł za carskie wrota i popa opierającego się wyniósł z cerkwi, a następnie rzeczy jego i meble wyrzucił z plebanii, cerkiew i plebanię zamknął, a klucze pomiędzy sobą ukrył.

Ten fakt piszczackich parafian nadzwyczaj śmiały, przeleciał jakby gońcem wszystkie parafie unickie i w wielu miejscach, jak już wiemy, odbyła się jedna i ta sama historia w cerkwi i na plebaniach, z wielkim przerażeniem popów i zadziwieniem władz rządowych.

I znowu parafianie ciężko odpokutować musieli ten krok śmiały, połowa blisko gospodarzy po okropnym batożeniu wpędzoną została do więzień, kilka secin kozaków przez dwa miesiące musiała parafia żywić i kontrybucji zapłaciła około 60.000 złotych.

W czasie zbierania podpisów na prawosławie, parafianie piszczaccy przez 13 tygodni przechodzili ciężką próbę nahajek kozackich i niewolniczych służebności i nie było nikogo, kto by nie oblał się z nich krwią męczeńską, nie wyłączając dzieci od lat 16, starców i kobiet. Każdy z tych parafian był wyznawcą męczeńskim Chrystusa. Przez 13 tygodni żywić musieli parafianie dwie roty piechoty i 300 kozaków. Wielu mieszczan osadzono w brzeskim i bialskim więzieniu, kilkunastu wywieziono w głąb Rosji od dzieci i gospodarstwa, i parafianie zlicytowani jeszcze zostali z dobytku i sprzętów gospodarskich do wysokości 36.000 złotych, za niepodpisanie się na prawosławie.

Kościół parafialny i tu stał na przeszkodzie prawosławiu. Chcąc zmusić mieszczan unickich do uczęszczania do cerkwi, rząd zamknął kościół katolicki w Piszczacu, księdza wypędził, a parafię przyłączył do Biały o 20 wiorst odległej. Lecz parafianie uniccy, po dzisiejszy dzień, potrafią sobie radzić w wyszukaniu Sakramentów katolickich i pomimo, że ich policja śledzi, aresztuje, okłada coraz nową kontrybucją, do cerkwi prawosławnej nie zajrzą.



Parafia Kodeń.

Miasteczko Kodeń, z przyległem! wioskami, liczące, około 3.000 parafian unickich, w roku 1874 i 1875 przez 3 miesiące blisko kąpało się we krwi własnej, bardziej jeszcze, niż sąsiedni Piszczac. Smagano parafian kodeńskich rózgami na placach publicznych przez wojsko i batożono nahajkami kozackimi. Oprócz postoju trzech rot piechoty i 200 kozaków na utrzymaniu parafian, oprócz częstego licytowania gospodarskich fantów, na kupno zbytkownych rzeczy dla naczelników, wojskowej starszyzny i żołnierzy, jak np. gorzałki, kart, papierosów wina, oprócz przepełnienia fortecznych więzień brzeskich, kodeńskimi aresztantami za wiarę świętą i strasznej kary głodzenia ich, oprócz wywiezienia kilkunastu wpływowych gospodarzy do głębi Rosji, parafia zlicytowaną jeszcze została z reszty dobytku i domowych fantów, do wysokości blisko 40.000 złotych polskich, jako karę za upór nieprzyjęcia prawosławia, a więc za bunt przeciwko woli cara.

Odznaczyli się tu jako apostołowie szatańscy, naczelnik powiatu Aleszko i naczelnik straży ziemskiej Gubaniew, który nabył wielkiej wprawy w wybijaniu zębów unitom w czasie szerzenia prawosławia. I zwierz ten, szatańską rozkosz znajdował w swoim barbarzyńskim rzemiośle, przechwalając się w okolicy, z jaką on łatwością ludzi pozbawia zębów i zaręczając, że unici, katolickiego chleba nie będą mieli czem gryźć.

Ducha katolickiego unitów w Kodniu i całej okolicy podtrzymywało miejsce, słynące łaskami obrazu Matki Boskiej, sprowadzonego z Rzymu, częste odpusty we wspaniałym kościele parafialnym, fundacji książąt Sapiehów, pielgrzymki ludu z dalekich i zabużańskich okolic, wpływ miejscowego duchowieństwa i powaga tutejszych proboszczów, infułatów, w ważniejsze uroczystości pontyfikalnie celebrujących, przy licznym zjeździe łacińskiego i unickiego duchowieństwa.

Wszystko to rządowi prawosławnemu stanęło na zawadzie w przeprowadzeniu jego planów, nie podobała mu się także patriarchalna osobistość infułata, kanonika katedry podlaskiej, księdza Tytusa Zegarta, magistra św. Teologii. Powstanie z 1863 roku, dało sposobność rządowi do uwięzienia sędziwego starca w fortecy Brześcia, lecz nie mając przeciwko niemu żadnych kompromitujących dowodów, po długim czasie wypuścił go rząd z więzienia, podupadłego na zdrowiu, nałożywszy nań wysoką kontrybucję.

Gdy już zbliżała się pora, urzędowego ogłoszenia prawosławia w miejsce unii, rząd rozkazał wywieźć infułata Kodeńskiego w głąb Rosji, wspaniałą świątynię kodeńską zamknąć czasowo, a następnie zabrał i przerobił ją na cerkiew prawosławną. Obraz Matki Boskiej kazał przewieźć razem z kosztownymi wotami do Częstochowskiego kościoła i sądził, że unici będą spełniać obowiązki religijne w majestatycznych murach, dawnej katolickiej świątyni.

Lecz unici, to nie stado owiec, jak rząd mniemał. Z zaborem świątyni na prawosławie i po wywiezieniu cudownego obrazu, ustały dawne pielgrzymki ludu do Kodnia. Do cerkwi powstałej z katolickiej świątyni, oprócz żołnierzy ruskich, pisarzy i popów prawosławnych, nikt więcej nie wstąpił, miasteczko straciło nawet dawny ruch i życie, gdzie się przez wieki zbierało i tłoczyło tylu pobożnych pielgrzymów.

Parafie unickie: Woskrzeniec, Goleszew, Hanna, Horbów, Koszoty, Dobratycze, Kostomłoty, Dobryń, Kościniowice, Dokudów, Korczówka, Jabłonie, Kopytów, Kobylany, Kijowiec, Jabłeczna, Ortel - królewski, Terespol, Sławatycze, Połoski, doświadczyły takiegoż samego prześladowania za wiarę, wytrzymały chrzest krwi własnej, zapłaciły razem około 450.000 złotych kontrybucji, ściągniętej drogą licytacji dobytku i rzeczy gospodarskich. Około 60 - ciu niewolników, najpoważniejszych gospodarzy, wybranych zostało z tych parafii i popędzonych w głąb Rosji, z których kilku zwątlonych ciężkim więzieniem, skonało zaraz w drodze, na samym wstępie swojego wygnania, kilkunastu umarło w Rosji, a reszta, pozbawiona wszelkich środków utrzymania, w miarę sił swoich, albo pracuje na opędzenie pierwszych potrzeb życia, albo złamana wiekiem, srogimi katuszami za wiarę, więzieniem, a także tęsknotą za dziatkami i kościołem, nie mogąc pracować, wyciąga rękę do obcych o jałmużnę chleba, którego od swoich, przywiedzionych również do ostatniej nędzy, dostać nie może.

Lecz szatan prawosławia nie poprzestał na tym, on broni swojej nie składa w walce z kościołem, chociaż i przegrywa. Policja w Rosji i niewolnikom nie daje spokoju i pracuje nad unitami, chcąc ich stałość zwyciężyć i sprawosławić, 1 - go i 15 - go dnia każdego miesiąca, wygnańcy ci wzywani są do urzędów i każdym razem policja daje im do wyboru, albo dalej pozostać niewolnikami i żebrakami, lub przyjąć prawosławie i na koszt rządu wracać natychmiast do swoich i dzieci. Pomimo jednak tej pokusy z jednej strony, a nędzy materialnej z drugiej, nikt jeszcze z tych wyznawców po dzień dzisiejszy nie został apostatą i na swoim Szczytnem stanowisku za świętą wiarę, zostają nadal wyznawcami.

W powiecie bialskim i dekanacie obejmującym 29 parafii i unitów około 30.000, pomimo szatańskich wysileń naczelnika Aleszki i pomocników jego, zwłaszcza Gubaniewa i dowódców oddziałów wojskowych, zebrano tylko około 1000 podpisów i to sposobem jak już wiemy, szachrajskim, unitów nie przyjmujących prawosławia, lecz przepraszających niby zagniewanego popa swojego.

Z powiatu bialskiego przeszło 100 unitów zostało wywiezionych w głąb Rosji, kontrybucji ściągnięto około 850.000 złotych polskich.


Dnia 17/30 kwietna 1905 roku ukazu o tolerancji, mówiącego o wolności sumienia.

„ Ukaz Tolerancyjny z 17/30 kwiecień 1905 roku”

"Rozkazujemy uznać, że odpadnięcie od religii prawosławnej do innej chrześcijańskiej religii lub nauki nie podlega prześladowaniu i nie powinno pociągać za sobą żadnych następstw szkodzących pod względem praw osobistych i cywilnych.
"Mikołaj
Po ogłoszeniu Ukazu ludność zaczęła masowo przechodzić na katolicyzm. Tego procesu nie mogła już zatrzymać żadna siła zaborcy. Na polskie pola i drogi znów powróciły krzyże. A medalików, szkaplerzy i różańców już nie nosili w ukryciu.

* * * * *

Ks. Józef Pruszkowski, pseud. P.J.K. Podlasiak
Przedruk z:
Martyrologium: czyli Męczeństwo Unii na Podlasiu