Wierny lud Podlasia
Pierwszymi apostołami u Słowian byli wyświęceni na biskupów przez papieża Hadriana II , Metody i Cyryl. Grecy z urodzenia, wysłani w 867 roku do nawracania narodów północnych. Ruś więc od początku katolicką była, bo jeszcze greckiej nie było schizmy.
Przekład biblii słowiańskiej, która dziś Rusinom służy, nie schizmatyk Focjusz ale Jan VIII papież zatwierdził, jak również księgi liturgiczne i obrzędowe, z greckiego na słowiańskie tłumaczone.
Że apostołowie słowiańscy, śś. Cyryl i Metody, uznani byli przez wszystkich Słowian, całą Ruś, wiernie trzymali się katolickiej nauki, papieża czcili jako głowę Kościoła. Świadectwem ich życie, ciągłe do Rzymu odnoszenia się we względzie użycia języka słowiańskiego, w obrzędach liturgicznych, skarg na nich zanoszonych przez niemieckich biskupów, stawienie się na sąd na rozkaz papieża, przyjęcie godności biskupiej. Śmierć obu: w Rzymie Cyryla w roku 869 i Metodego 985 w Welehradzie na Morawach.
Włodzimierz Wielki książę kijowski, nawrócony, wszystkich do prawdziwej wiary pociągnął, do tej samej wiary, którą Cyryl i Metody na Rusi zaszczepiali, a babka jego Św. Olga i wielu innych wyznawali i utrzymywali nieprzerwany związek ze Stolicą Apostolską w Rzymie.
Dla czegóż dziś Moskwa czci Focjusza za świętego prawodawcę i prawego patriarchę? Sam Cerularyasz, jeszcze występniejszy herezjarcha, z Rzymu przyjmował sakrę. uznawał władzę papieża, bo się do niego odniósł, żądając przyznania sobie godności ekumenicznego czyli powszechnego patriarchy, a kiedy nie otrzymawszy tego, czego niesłusznie pragnął przeciw prawom Kościoła, powstał dumnie przeciw władzy prawej Kościoła.
Lecz pomimo to Ruś, należała do patriarchatu greckiego, pozostała wierna Kościołowi; cała kijowska metropolia, do. której księstwo moskiewskie należało, nie zachwiała się w wierności. Świętopełk, książę kijowski, prosi Papieża o dyspensę jeszcze w 1102 r. dla swej córki Zbisławy, mającej zaślubić Bolesława III.
Po zdobyciu Kijowa przez Gedymina 1320 r.. Piotr, metropolita kijowski, dla swych cnót nadzwyczajnych świętym nazwany, obawiając się pogańskiego zdobywcy, przenosi stolicę swoją do Moskwy, ufając więcej pobożnemu księciu Iwanowi: stamtąd on i jego następcy rządzili Kościołem całej Rusi, wtedy już politycznie rozdzielonej na polską, litewską i moskiewską, ale zupełnie w duchu jedności katolickiej.
Ruś północna, moskiewska, jak odrzuciła swojego metropolitę Izydora po powrocie z konsylium florenckiego, wybrawszy sobie schizmatyka Jonasza, biskupa Kazańskiego, antymetropolitę 1457 r.
Od tego czasu datuje się zupełny rozdział Rusi na dwie metropolie i odpadnięcie zupełne metropolii moskiewskiej od jedności z Kościołem.
Po Jonaszu było sześciu metropolitów aż do Michała Rahozy, i nikt nie przypuszczał , aby na mocy tego prawa świeżo postanowionego mogli być schizmatykami; wszelako złe nasiona, przez Jonasza rozrzucone, mogły przyczynić się do osłabienia miejscami jedności, lecz jej nie zerwały, a Michał Rahoza (późniejszy Unita), uchylając złe, nadal uroczyście odnowił jedność z Rzymem 13 grudnia 1593 r., przez posłów Hipacyusza Pocieja, Ih'zeskiego, i Cyryla Terleckiego Łuckiego, biskupów, za Klemensa VIII. Papieża.
Pragnąc polączy religię z polityką Przenieść rząd Kościoła na swoją głowę, ujęli w swe żelazne ręce opiekę nad Kościołem, aby go bardziej zabić przez odłączenie od wszelkiej zagranicznej władzy stosunków z patriarchami konstantynopolitańskimi, stworzyli siebie patriarchat i nim kierowali, i Job pierwszy nim został za Teodora Iwanowicza 1588 r. Zaledwie dziesięciu ich przeszło, a już ich powaga stała się niebezpieczną samowładnym tyranom. Piotr Wielki w roku 1720 zniósł patriarchat, utworzył Synod a właściwie swoją duchowną kancelarie z jedenastu głów duchownych złożoną, z prezydenta, metropolity Nowogrodzkiego, dwóch wiceprezydentów czterech doradców, czterech asesorów, i oberprokuratora cywilnego czyli swego reprezentanta, którym mógł być luter, Tatar, byle dygnitarz lub jenerał; decyzja wszelkich spraw nawet czysto duchownych i dogmatów, tylko od zatwierdzenia cara zależała.
Tak powstał nowy potworny kościół moskiewski, gdzie zasady religii, nakręcone do posługi. W kościele w imię Boga i religii kazano bezczelnie kłamać radzie kościoła moskiewskiego, apostołami i nauczycielami żołnierze z bronią w ręku, pod władzą tyrana państwa i razem Kościoła egzekwujący nie tylko postanowienia duchowne, religijne i dyscyplinarne, ale często występki i zbrodnie, nakazane w imię swej wiary na zasadzie najwyższej woli Cara, bez względu na chrześcijańskie zasady.
Z tego krótkiego historycznego przebiegu , któż nie widzi jasno, jaka była wiara Greków. Słowian i Rusi całej, jak długo Ruś moskiewska jeszcze wyznawała wiarę zresztą katolickiej Rusi i jeden Rząd duchowny z nią miała aż do Grzegorza, metropolity kijowskiego? (1457 r.) Kto od prawej wiary i jedności z Kościołem odstąpił, kto został zdrajcą, i czy rząd moskiewski może nawet tym nędznym pozorem zasłonić "się w prześladowaniu unitów?
Gdyby nie stosunki i zgubne wpływy Moskwy, machinacja Heleny a raczej Moskwy przez nią. jedność z Kościołem między unitami aniby naruszoną nie była.
Każdy widzi, że sami odstąpili od czystych wiary zasad, przyjęli odstępstwo i spodlenie Greków, których we wszystkim złym naśladowali, a potem przewyższając ich w spodleniu, odstąpili i od nich, tworząc nowy kościół, właściwy sobie, moskiewski, w którym zgasły wszystkie cechy wolnego i prawego Kościoła, zgasła wolność sumienia, błąd, ciemnota i niewola rozpostarły panowanie, zabiły równie ducha, sumienie jak i godność człowieka obywatela i chrześcijanina.
Kościół moskiewski zupełnie odłączył się od schizmy greckiej, to nie przeszkadzało wszelakoż carom, pod pozorem opieki dla swoich jednowierców, wdzierać się w obce rządy, wpływ swój szerzyć między Polakami nie unitami.
We wszystkich prawie traktatach z Polską, widzimy carów moskiewskich upominających się o prawa, nadania i przywileje nie unitów, zapewne nie z powodu ludzkości, bo tej nigdy nie pokazała Moskwa, a pod rządem polskim nikt prawnie nie mógł być krzywdzonym dla samego wyznania, a przeciwnie dyzunici bardzo często wysokie piastowali godności w kraju.
Nienawiść prawdy, zapartej przez herezję, chciwość nienasycona zaborów, były postępowania ich podnietą; tymi powodowany zasadami dziki i okrutny reformator Moskwy, Piotr I, co w Sorbonie czynił nadzieje przyjęcia Unii wchodzi do Polski jako sprzymierzeniec 1705 r. na pomoc Augustowi II przeciwko Szwedom ; wszedłszy do kościoła Bazylianów w Połocku, zabija własną ręką Teufona Kolbieczyńskiego, kaznodzieję; przełożonego Jakuba Kizikowskiego, po całonocnych torturach skazuje na szubienicę ; dwóch innych księży. Konstantego Zajączkowskiego i Knyszewicza, podobnież morduje! resztę zakonników katować i do więzienia wtrącić każe, klasztor wraz z kościołem zrabować żołdakom pozwala, grozi takiem postąpieniem ze wszystkimi unitami, a na prośby i przełożenia swego sprzymierzeńca, Augusta, pobudzonego do tego przez Papieża Klemensa XI, odpowiada rozkazem uwięzieniu biskupa łuckiego Dionizego Żabokrzyckiego, odstawiwszy go związanego do Moskwy, gdzie go do śmierci przez sześć lat w więzieniu trzymał, a to, że przed siedmiu laty Unią przyjął, i gorliwie ją w diecezji dla dobra dusz szczepił.
Dziedziczka tronu równie i systemu rządowego, Katarzyna, owa głośna ukoronowana rozpustnica, hańba kobiet, podłością, łzami i krwią prowadziła swoje apostolskie rzemiosło. Za jej wiedzą, opieką i zachętą została usnuta rzeź humańska, głównie przeciwko unitom skierowana.
Łzy, jęki, płacze, krew, liczne i okropne mogiły, to skutki jej apostolstwa. Pięćdziesiąt kilka wsi, trzy miasta, oprócz Humania, gdzie 26000 osób w pień wycięto, to trofea piekielnej sławy moskiewskiego rządu. Padło wtedy smutną ofiarą zbrodni heretyckiej przeszło 200000, ludzi najwięcej unitów i wydarto okrucieństwami Kościołowi około osiem milionów nieszczęśliwych katolików. Potomek Katarzyny car Mikołaj Skończywszy z unią, postanowił w całej Litwie i Rusi zagładzić katolicyzm w łacińskim obrządku, mówiąc, że nie będzie spokojnym, dopóki choć jeden Dominus vobiscum pozostanie w jego państwie.
Postanowiony zamiar zagłady unii w Królestwie i naznaczyć w historii ostatnie jej czasy. Wszystko na to wytężono, aby ją stopniowo osłabić, przez znieważenie praw kościołowi służących, lub dobór ludzi do steru, słabych albo nikczemnych.
Pratulin
W 1867 roku, społeczność unicka za opór swój i nieprzyjmowanie rozporządzeń chełmskiego konsystorza, płaciła kontrybucje, pokutowała w więzieniu za obronę swojego kapłana, którego rząd często aresztował, jako nieposłusznego Wójcickiemu.
(Zarząd diecezją chełmską przekazano kanonikowi Józefowi Wójcickiemu, jako przewodniczącemu konsystorza. Duchowny ten już wcześniej, zwłaszcza w czasie powstania, dał się poznać jako gorliwy wykonawca poleceń władz rosyjskich. Natychmiast też po objęciu rządów diecezją potępił usuniętego biskupa - biskup sufragan Jan Kaliński, sprawujący od roku 1863 funkcję administratora diecezji chełmskiej, aresztowany w pałacu biskupim w Chełmie 23 września 1866r., za udział w Powstaniu Styczniowym i opór wobec żądań władz. Wywiezionego do Cesarstwa, do Wiatki, gdzie zmarł 19 października tego samego roku. - Wójcicki zarządził wprowadzenie daleko idących zmian liturgicznych, do czego zresztą, podobnie jak i do administrowania diecezją, w myśl prawa kanonicznego nie posiadał żadnych uprawnień.(tt))
Naczelnik Kościoła, Papież Pius IX, nigdy nie uznał wyboru Wójcickiego i w encyklice wysłanej do wszystkich Biskupów 17 października I867 r. tak się wyraził:,.Lecz najboleśniejszym jest to. że znalazł się jakiś ksiądz Wójcicki, człowiek podejrzanej wiary, który wzgardziwszy karami i cenzurami kościelnymi i nie zważając na straszny sąd boży. nie lękał się przyjąć zarządu tej chełmskiej diecezji z rąk władzy świeckiej i wydać różne rozporządzenia, które jako przeciwne karności kościelnej sprzyjają nieszczęsnej schizmie".
Wypędzaną była na furmanki (wywożenie daleko poza miejsce zamieszkania) i inne ponosiła kary, zwłaszcza za obronę organów cerkiewnych. Pominąwszy przeciąg lat siedmiu, ciągłej takiej walki parafian pratulińskich z prawosławiem, wspomnę już tylko o 1874 i następnym roku, które w historii tej parafii i unii świętej upamiętniły się krwawemi zbrodniami prawosławia.
Unicki ks. Józef Kurmanowicz proboszcz w Pratulinie, nie godząc się na zaproponowane przez okupanta rosyjskiego przejście na prawosławie i przewidując w związku z tym aresztowanie, dnia 26 grudnia 1873 r. a według kalendarza unickiego 8 stycznia 1874 roku zbiegł do Galicji. 25 grudnia 1873 roku w Pratulinie odprawił Nabożeństwo Bożonarodzeniowe i na koniec zalany łzami nie mogąc wypowiedzieć słowa drżącą ręką pobłogosławił swe owieczki. A parafianie swego umiłowanego proboszcza na zawsze pożegnać byli zmuszeni, kapłana który ich wychował i wykarmił słowem świętej wiary i przywiązał do niej.
Po ks. Józefie Kurmanowiczu, na początku 1874 roku, parafię i cerkiew pratulińską objął prawosławny pop, starszy katedralny kanonik, administrator diecezji Chełmskiej Leoncjusz Urban, pochodzący z Galicji. Urban był wyświęcony przez biskupa bułgarskiego Sokolskiego. Pochodził z sąsiedniej parafii, zaczął urzędowanie począwszy od 1 stycznia odprawiając nabożeństwo wedle „oczyszczonego” przez rząd obrządku. Oczywisty to był znak przyjętej schizmy. Lud pratuliński nienależący do społeczeństwa katolickiego zamknął probostwo i schował klucze aby nowego intruza do probostwa i cerkwi nie wpuścić.
PERWSZA MOGIŁA MĘCZENNIKÓW PRATULIŃSKICH
Pop prawosławny zawiadomił o tym incydencie gubernatora siedleckiego Stiepana Gromekę, a ten nałożył obowiązek na carskim naczelnika powiatu Bialskiego Kutanina, odznaczonego przez cara za tłumienie Powstania Styczniowego, żeby lud przyprowadził do porządku i cerkiew oddał przysłanemu przez rząd Świaszczennikowi (prawosławny kapłan). Nakazał mu także ażeby pozyskał dla schizmy cieszącego się powagą starszego gospodarza Pawła Pikułę, zamieszkałego we wsi Derło, należącej do parafii pratulińskiej. Sądził przecież, że Pikuła koniecznie oświadczy się publicznie za carską wiarą.
22 stycznia naczelnik powiatu Kutanin, przyjechał z rotą piechoty do Pratulina i zagroził parafianom, że zniszczy wszystkich, jeśli opierać się będą przyjęciu popa. Gdy usłyszał od zebranych włościan, że popa obecności nie zniosą, a tym bardziej prawosławną liturgią, sprofanować ich cerkwi nie pozwolą. Po tym oświadczeniu naczelnik zażądał, aby do rozmowy z nim wystąpili tylko mądrzy parafianie.
" My wszyscy mądrzy jesteśmy, odpowiedzieli, potrafimy cierpieć i bronić naszej cerkwi".
Widząc naczelnik, że parafianie nie zlękli się jego, ani roty wojska, którą przyprowadził na ich koszt i utrzymanie, dnia 23 stycznia z Brześcia i Białej (Biała Podlaska) sprowadził jeszcze dwie roty, z dowódcą pułkownikiem Steinem i stu kozaków.
Parafianie, gdy ujrzeli te zbrojne siły, walące się na nich, nie ulękli się, lecz oblegli cerkiew swoją i postanowili bezbronni wokoło niej leżeć i klęczeć,aby schizmatycy tylko po ich ciałach i trupach mogli wejść do ich świątyni.
24 stycznia, około 10 godziny z rana, wszystkie wojska obstąpiły cmentarz i cerkiew, naczelnik zażądał od parafian, aby mu dali klucze cerkiewne, przyjęli popa, jako proboszcza i ludzi wezwał do rozejścia się.
Nerwowe pertraktacje nie rozwiązały sprawy.
"Panie naczelniku! powiedział Daniel Karmasz, jeden z autorytetów parafialnych, dziś błogosławiony Męczennik " gdyście zabierali nam organy z cerkwi, a myśmy ich wydać wam nie chcieli, lękając się sprawosławienia naszej świątyni, wtedy zaręczyłeś, że rząd nie ma zamiaru narzucać nam prawosławia, że chce tylko oczyszczenia naszej cerkwi i wyrzucenia z niej organów. Powiedziałeś pan, że gdyby kto kiedyś od nas, lub od naszej cerkwi, zażądał czegoś więcej, to wtedy możemy wszyscy, starzy i mali, wziąć kołki i za wieś przepędzić każdego, chociażbyś nawet ty sam był tym wtrącającym się do naszej wiary i cerkwi. Tyś sam więc nas nauczył i upoważnił, że dziś stoimy w obronie naszej cerkwi i wiary, gdy nam przez popa schizmatyckiego chcecie narzucić prawosławie, a cerkiew świętą sprofanować. Dziś, sądzisz panie swoją własną sprawę i słowa twoje. Nie wzięliśmy jednak z sobą kołków, jakeś to nam nakazał, wolimy stać i umrzeć tu bezbronni, przy świętym progu naszej cerkwi".
Naczelnik zawstydzony, chciał wybrać kilku włościan z pratulińskiej parafii i połać ich do Zabłocia lub Drelowa, aby tam przypatrzyli się ofiarom, poległym przy cerkwiach i przekonali się naocznie o straszliwych skutkach oporu przeciwko rządowi.
Odpowiedzieli mu parafianie: "Po co my mamy gdzie chodzić i na cudzą krew patrzeć, niech lepiej stamtąd przyjadą i na naszą krew popatrzą i przekonają się, że ten sam duch, co w nich mieszka, ożywia i nas i ta sama wiara jak dla nich, i dla nas jest drogą".
Wrócił do Pratulina 24 stycznia 1874 r. z sotnią kozaków pod dowództwem pułkownika Steina, niemieckiego luteranina. Przy cerkiewce zebrała się prawie cała parafia. Naczelnik zażądał kluczy, by otworzyć cerkiew i wprowadzić nowego proboszcza, anty-unitę, ks. Leontyna Urbana. Zebranych straszył wojskiem, które ustawiono tuż za parkanem przykościelnym.
Naczelnik począł wzywać po kilku włościan z gromady i namawiać ich, aby wpływali na resztę i zachęcali do odstąpienia od cerkwi, lecz gdy ci zadość żądaniu uczynić nie chcieli, kazał ich aresztować i do więzienia odsyłać, a następnie z gromady wzywał innych.
Pułkownik Stein tymczasem wydał rozkazy i przegrupował żołnierzy. Ci ustawiali bagnety na karabinach, chcąc przemocą zająć unicką świątynię.
Wśród jej obrońców byli dawni żołnierze z carskiej armii. Oni znali zasady wojskowego rzemiosła. Wiedzieli, że prawem jest zabroniona brutalność wojska. Dlatego Feliks Osypiuk, nie tak dawno jeszcze służący w armii cara, powiedział: „Wiemy, że według postanowienia carskiego nikogo bić nie wolno. Dlatego, jeśli napadać nas i bić będziecie, będziemy się bronić, czym kto może. Ale jeśli car upoważnił was do zabijania nas, lud gotowy jest zginąć za Boga i wiarę i nie cofnie się ani kroku przed śmiercią”. Wojsko jednak przekroczyło parkan i bijąc łudzi kolbami karabinów oraz kłując bagnetami torowało sobie drogę do cerkwi. Odpowiedzią na brutalność kozaków były rzucone kamienie i bojowo podniesione, znalezione w pobliżu, kołki.
Tu wystąpił dowódca siły zbrojnej, pułkownik Stein, Niemiec i luter zarazem, i narodowi tłumaczyć zaczął,że ze wszystkich religii, prawosławna jest najlepsza. Lecz gdy mu lud na jego argumenty o prawosławnej religii odpowiadał ze śmiechem i pytał go, dlaczego on sam tej najlepszej religii nie przyjmie, a tylko innym każe ją przyjmować, rozgniewany, bliżej otoczył cmentarz wojskiem, rozwinąć kazał sztandar, nabić broń, uderzyć w bębny, zatrąbić na alarm, pójść do szturmu i zdobyć cerkiew, otoczoną dookoła niby wałem, otwartych na strzał piersi i duszą gotową do ofiary życia, bezbronnych jej dziatek.
Daniel Karmasz, który trzymał duży krzyż zawołał do współobrońców świątyni: „Odrzućcie wszystko, kołki i kamienie, pod kościół. To nie bitwa o kościół. To walka za wiarę i za Chrystusa!” Ktoś zaintonował pieśń: "Kto się w opiekę… " inni "Pod Twą obronę", "Przed oczy Twoje Panie", a wszystkie te te pieśni i głosy zlewają się w jedną modlitwę, w jeden chór, w jeden jęk do Boga. Wszyscy byli gotowi przy cerkwi skonać i krew swoją dać na świadectwo wiary. "Po trupach naszych pójdziecie do świątyni", zawołali parafianie i zaparli drzwi cmentarza.
Pułkownik widząc, że żołnierze rozkazu jego nie mogą spełnić , wskutek przeszkód stawianych im przez parafian, kazał powtórnie zatrąbić i zabębnić, wojsku odstąpić na 10 kroków i otworzyć ogień.
Padła komenda: ognia! W tym momencie żołnierze otworzyli ogień. Unici przestali się bronić i zaczęli modlić się na kolanach.
Padły strzały. Upadł zabity Wincenty Lewoniuk. Śmiertelnie został postrzelony Daniel Karmasz. Upadł na krzyż, który jeszcze przed chwilą trzymał wysoko nad głowami. Krzyż podniósł Ignacy Frańczuk z Derła, ale i on zaraz martwy osunął się na ziemię. Śmiertelna kula dosięgła 19-letniego Aniceta Hryciuka z Zaczepek, który przyniósł obrońcom jedzenie. Wychodząc z domu powiedział: „może i ja będę godny, że mnie zabiją”. Teraz leżał martwy. Jego martwe ciało podniósł z ziemi Filip Geryluk, sąsiad młodego męczennika, wołając do kozaków: „już narobiliście mięsa, możecie go mieć więcej, bo wszyscy jesteśmy gotowi umrzeć za naszą wiarę”. Za chwilę sam padł rażony kulą. Onufrego Wąsyluka, który rok temu za 800 rubli został wykupiony od służby wojskowej, kula trafiła w głowę, rozrywając czaszkę. Świadkami jego śmierci była żona i matka, która opłakiwała swego syna. — „Matko, nie płaczcie swego syna jak ja nie płaczę straty męża — pocieszała synowa; wszak on ani za zbrodnię, ani za występek został zabity. Owszem, cieszmy się, że poległ za wiarę. O, gdybym ja była godna umrzeć z nim.” Od kul kozackich zginęło na miejscu dziewięciu unitów, czterech ciężko rannych umarło tej samej doby w domach.
ZGINĘLI
Bł. Wincenty Lewoniuk, lat 25, żonaty.
Ur. w Krzyczewie w 1849 r. Represjonowany wraz z całą rodziną za trwanie przy Unii. Był człowiekiem pobożnym i szczerze przywiązanym do Kościoła. Cieszył się uznaniem u ludzi. Ożenił się w Woroblinie z Marianną. Przeniósł się do świątyni pratulińskiej po zbezczeszczeniu ich własnej w Krzyczewie i czynnie uczestniczył w życiu parafialnym. Dosięgła go kula podczas pierwszej salwy.
Bł. Daniel Karmasz, lat 48, żonaty.
Pochodził ze wsi Łęgi. Ur. w 1826 r. Odznaczał się inteligencją i pobożnością, bez wykształcenia. Rozmiłowany w Bogu tercjarz, z domu rodzinnego wyniósł ukochanie cerkwi. Pracował na roli, i był poważany we wsi prze ludzi. Miał opinię człowieka roztropnego, zrównoważonego i życzliwego. Podpora proboszcza Kurmanowicza. Dnia 24 stycznia 1874 r. trzymając krzyż w ręku, zachęcał obrońców cerkiewki unickiej do sprzeciwu wobec zaborców. Wzywał zgromadzonych do modlitwy, ponieważ tutaj „dokonuje się nie bitwa o kościół, ale walka o wiarę i dla Chrystusa”. Dosięgła go śmiercionośna kula, zostawił pięcioro dzieci.
Bł. Łukasz Bojko, lat 22, kawaler.
Urodził się w Zaczopkach w 1852 r. Syn Dymitra i Anastazji z d. Wojda. Mieszkał w Łęgach, gdzie uprawiał rolę. Był człowiekiem religijnym, o łagodnym usposobieniu. Wychowywał się w cieniu Daniela Karmasza. On rozniósł wiadomość po okolicy o konieczności obrony cerkiewki Pratulińskiej i był przy niej 24 stycznia 1874 r. Na polecenie Daniela zaczął bić w dzwony. Lud natychmiast zaintonował: „Kto się w opiekę…”. Dosięgła go przed drzwiami kościoła kozacka kula. Zginął na miejscu.
Bł. Bartłomiej Osypiuk, lat 30, żonaty.
Syn Wasyla i Marty z d. Kondraciuk. Urodził się w Bohukałach w 1844r. Co niedziela uczestniczył w liturgii, uczestniczył jako pielgrzym w uroczystościach sprowadzenia relikwii św. Wiktora do Janowa Podlaskiego. Był żonaty, miał dwoje dzieci. Rolnik. Odznaczał się pracowitością i troską o dom. Pełnił straż przy świątyni parafialnej. Podczas obrony cerkwi został śmiertelnie ranny. Zmarł w domu. Przed śmiercią wyznał, że jest szczęśliwy oddając swe życie za wiarę w Boga. Nie narzekał na okrutne cierpienia. Umierając modlił się za prześladowców.
Bł. Onufry Wasyluk, lat 21, żonaty.
Ur. w 1853 r. we wsi Zaczopki. Jego rodzice chcąc go uchronić przed zrusyfikowaniem w wojsku carskim zapłacili ogromną wtedy sumę 800 rubli. Onufry, pełen młodzieńczego temperamentu, we wsi uważany był jednak za człowieka statecznego. Był sołtysem i Rycerzem Niepokalanej. W dniu męczeństwa nie spodziewał się krwawego zakończenia wydarzeń. Sądził, że prowokację tę uda się rozwiązać przepędzeniem kozaków. Dlatego w pierwszym szturmie czynnie bronił dostępu wojska do cerkwi. W chwili, gdy padł rozkaz strzału, rozwinięto wojskowy sztandar i uderzono w bębny, zrozumiał, że nie jest to awantura, lecz „bitwa za wiarę i dla Chrystusa”. Padł trafiony kulą w głowę. Świadkiem tego była jego żona.
Bł. Filip Geryluk, lat 44, żonaty.
Urodził się w Zaczopkach 26 listopada 1830 roku. Był rolnikiem. We wsi rodzinnej cieszył się nieskazitelną opinią. Z własnej woli przyszedł z Zaczopek, aby dołączyć się do parafian, którzy modlitwą i śpiewem wyznając wiarę, zagrzewali się do wytrwałości w obronie swojej świątyni. Na jego oczach zginął najmłodszy bohater pratulińskiej masakry Anicet Hryciuk. Jego sąsiad. Filip, widząc co się dzieje zawołał do żołnierzy: „Już narobiliście mięsa, możecie go mieć jeszcze więcej, wszyscy jesteśmy gotowi umrzeć za nasza wiarę”. Za chwilę padł śmiertelnie raniony.
Bł. Konstanty Bojko, lat 49, żonaty.
Urodził się 25 sierpnia 1826 roku w Derle. Swoje dzieciństwo i dorosłe lata spędził w Zaczopkach. Był ubogim rolnikiem. Wraz z rodziną pracował na maleńkim gospodarstwie, które z trudem mogło zabezpieczyć podstawowe środki do życia. Korzystał więc czasem z pomocy zasobniejszych sąsiadów, którzy tak właśnie rozumieli i realizowali swoje chrześcijaństwo. Konstanty był człowiekiem bogobojnym, karmiącym się Eucharystią w chwilach pokusy. Ta prosta i żywa wiara zawiodła go aż do męczeństwa.
Bł. Anicet Hryciuk, lat 19, kawaler.
Urodził się w Zaczopkach w 1855 roku. Jego rodzice Józef i Julianna troszczyli się o rodzinną atmosferę. Dbali o swego jedynaka. Wychowywali go jednak do wierności Bożemu prawu, które jest fundamentem mądrego, chrześcijańskiego życia. Anicet coraz bardziej świadomie przeżywał swą więź z Bogiem. Kochał Chrystusa i Jego Kościół. W dniu męczeństwa idąc do Pratulina z żywnością dla obrońców świątyni powiedział: „Może i ja będę godny, że mnie zabiją”. Tak też się stało. Został śmiertelnie raniony w głowę i umarł na miejscu. Ojciec powiedział o nim po śmierci: „Niech będzie miłą Bogu ofiarą”.
Bł. Ignacy Frańczuk, lat 50, żonaty.
Pochodził z Derła (ur. w 1824). Jego rodzice Daniel i Akacja, katolicy obrządku greckiego, ochrzcili go w miejscowej cerkwi. Był ojcem siedmiorga dzieci, które wraz z żoną Heleną wychowywał w duchu miłości Boga i bliźniego. Świadkowie zeznali, że „był dobrym gospodarzem, a wierność wierze przedkładał ponad wszystko”, należał do bractwa cerkiewnego. Dlatego idąc do Pratulina, w styczniu 1874 roku przebrał się w czystą bieliznę i ze wszystkimi się pożegnał, gdyż miał przeczucie, że już nie wróci. Stanął w obronie swej cerkwi w Pratulinie. Kiedy obok niego padł rażony kulą Daniel Karmasz, trzymający w rękach krzyż, podjął go i stanął na czele broniących świątynię. Tak utwierdzał swoich współbraci we stałości w wierze. Zginał jako jeden z pierwszych.
Bł. Jan Andrzejuk, lat 26, żonaty.
Urodzony w Derle 9 kwietnia 1848 roku. Umiał pisać i czytać. Był formowany przez Pawła Pikułę, mieszkańca Derła, który swą inteligencją, rozwagą i życzliwością kształtował oblicze nie tylko swej wioski, ale i całej parafii. Był ożeniony z Maryną i miał dwóch synów. Wybrano go śpiewakiem w unickiej cerkwi. Będąc bliżej spraw parafialnych, łatwiej niż inni wyczuwał zbliżające się niebezpieczeństwo. Idąc do Pratulina, aby bronić ukochanego kościoła, żegnał się z rodziną tak, jakby to było ostatnie pożegnanie. W tym dniu został śmiertelnie postrzelony przy kościele. Przewieziono go rannego do domu w Derle, niebawem zmarł.
Bł. Konstanty Łukaszuk, lat 45, żonaty.
Przyszedł na świat w Zaczopkach. Był rolnikiem. Został zabity na cmentarzu kościelnym, prawdopodobnie przebity bagnetem. Osierocił żonę Irenę i siedmioro dzieci, dla których przelał krew za prawdę.
Bł. Maksym Hawryluk, lat 34, żonaty.
Urodził się 22 maja 1840 r. Rolnik, prowadził gospodarstwo we wsi Derło. Podobnie jak Jan Andrzejuk, przy boku Pawła Pikuły uczył się bardziej rozumieć sprawy Kościoła. Żonaty z Dominiką, miał troje dzieci. Cieszył się opinią człowieka uczciwego i pobożnego, nosił święcę podczas procesji. Wcześniej już protestował wraz z parafią przeciwko wyrzuceniu organów z cerkwi. Dlatego dzień 24 stycznia 1874 nie zaskoczył go. Podczas obrony kościoła został ranny w brzuch. Umarł w mękach w domu, gdzie przewieziono go nocą. Żona Dominika z dziećmi przyjęła ten krzyż mężnie i z wiarą.
Bł. Michał Wawryszuk, lat 21, żonaty.
Urodzony w Derle w 1853 roku. W jego młodym sercu od wczesnych lat rozbrzmiewały słowa Pawła Pikuły: „Życie krótkie, wieczność bez końca”. Czciciel Maryi i posługujący w procesjach. Ożenił się w Olszynie. W dzień męczeństwa przyłączył się do obrońców świątyni. Zginął na miejscu.
Masakra zapewne trwałaby dłużej, gdyby nie wypadek postrzelenia żołnierza przez współatakującego kozaka z przeciwnej strony. Przerwano więc ogień.
Następnie siekierami porąbali żołnierze słupy cmentarza, przewalili parkan i z bagnetami w ręku rzucili się na lud bezbronny. Strzelanie zamieniono na tratowanie leżącego ludu, kolbowanie, kaleczenie go, wreszcie wszystkich, zdrowych i rannych, wiązali sznurami i pakowali ich na noc do chlewów, tymczasowych więzień.
Po katastrofie naczelnik sprowadził natychmiast popa, odbił drzwi cerkiewne i nie pozwolił włościanom pogrzebać ich męczenników, lecz sam z popem pochował ich, w jednej mogile, następnie kazał zrównać mogiłę z ziemią i udeptać ją.
Lecz pomimo tych surowych środków i ostrożności ze strony naczelstwa, pomimo ofiar krwi, obecności wojska, strażników i żandarmów, mężni parafianie idą do swojej cerkwi pod wodzą Konrada Greczuka, znakomitego człowieka. Stają przed ołtarzem i wobec swoich nieprzyjaciół odzywają się głośno do popa, zbliżającego się do ołtarza: Wilku! po coś tu wszedł do naszej owczarni. U nas są klucze świątyni, a ty wlazłeś tu przez okno jak złodziej, lub wyłamałeś drzwi jak zbójca. My nie owce twoje, a ty nie nasz pasterz. Daj nam pokój, prosimy cię w imieniu ojców i dzieci naszych, w imię krwi męczenników naszych, pójdź sobie precz z naszej świątyni, zostaw nas samych.
Do świątyni wprowadzono rządowego proboszcza. Tymczasem rozproszony lud zbierał swoich rannych, których było ok. 180 osób. Ciała zabitych zaś leżały na cmentarzu przez całą dobę. Potem pogrzebano je, bezładnie wrzucając do wspólnej mogiły, którą zrównano z ziemią, aby nie pozostawić żadnego śladu po pochówku. Miejscowi ludzie jednak dobrze zapamiętali to miejsce.
Około 80 osób zostało aresztowanych i osadzonych w więzieniach w Siedlcach, Radzyniu i Białej, wspólnie z unitami z Drelowa. Pomimo wielu zabitych, grekokatolicy podlascy byli dumni i pełni entuzjazmu z powodu tego, że mogli uczestniczyć w prześladowaniach i świadczyć o swej wierze.
1. Tutaj, po męczeństwie unitów w dniu 24 stycznia 1874 r., do wspólnej mogiły, o wymiarach 13m x 3,5m, carscy prześladowcy wrzucili bez trumien, ciała unickich Męczenników.
2. Dnia 18 maja 1990 r., dokonano, w obecności bp. Wiesława Skomoruchy, ekshumacji ich doczesnych członków. Znaleziono je, rozrzucone w nieładzie, na głębokości około 1,5 m. W rozpoznaniu szczątków uczestniczyło siedmiu lekarzy.
3. Znalezione 13 czaszek i 13 kompletów kości, umieszczono w trumnie z blachy miedzianej (dł. 165cm, szer. 60cm i wys. 60cm) którą zalutowano i włożono do trumny dębowej.
4. Trumna z relikwiami bł. Wincentego Lewoniuka i 12 Towarzyszy znajduje się w pratulińskim kościele parafialnym.
Następnie zaludniły się więzienia brzeskie,bialskie i siedleckie, spokojnym i pracowitym pratulińskim ludem, a kontrybucją obłożył Gromeka i najbiedniejszych. Trzy roty piechoty zostawił naczelnik na żołdzie i utrzymaniu pratulińskich parafian dla bezpieczeństwa popa i diaków.
BEZ LITOŚCI
W końcu 1874 r. i na początku 1875 roku spadła na biednych mieszkańców Pratulina, druga ciężka próba, zbierania podpisów na prawosławie. Naczelnik i wojskowi przywódcy, dopuszczali się strasznych tyranii na biednych parafianach pratulińskich, zmuszając ich do podpisów na schizmę i to przez ciężkich dwa miesiące. Zasłużony i sędziwy łaciński proboszcz z Pratulina ks. Tomasz Bujalski, został w tym czasie rozporządzeniem Kotzebuego wydalony, a kościół w Pratulinie zamknięty z obawy, aby unici nie byli podtrzymywani przez kościół i proboszcza w swoim uporze i przywiązaniu do ich świętej wiary. Krew Unitów lała się strumieniami i od tej kaźni nie był wolny starzec, ani kobieta, ani dziecię, wszyscy przechodzili ten czyściec i jak pratulińska unicka świątynia, podziurawiona kulami żołdactwa, tak też ciało biednych pratuIińskich parafian poszarpane było nahajkami srogich siepaczów prawosławia.
Zboże, dobytek włościan, poszedł na wypas darmozjadów żołnierzy, konie zaprzężone były ciągle do wozów i gospodarze pędzeni na bezcelowe furmanki o mil kilka, potem konie zostały sprzedane na licytacji, na zapłacenie zaległej kary. Śnieg i błoto z dróg i gościńców zbierali rękami wyznawcy, ich kobiety i dzieci. Więzienia zapełniły się pratulińskimi parafianami, a niektórych z nich trzymano po siedem lat w ciężkim zamknięciu. Bito ich okropnie, a następnie te szkielety ludzkie, jeszcze dyszące życiem, o czarnej skórze a z duszą anielską, wysyłano w głąb Rosji.
Oto nazwiska i imiona niektórych wywiezionych do Rosji z pratulińskiej ziemi.
1) Jakub Niczyforuk, wysłany w głąb Rosji z żoną i starszymi dziećmi. 2) Jerzy Makarukz Derła, przebył 7 lat ciężkich w więzieniu bialskiem, w tym czasie stracił żonę, pozostawił gospodarstwo i troje dzieci – sierotek na opiece sąsiadów. 3) Jawdokim Maciukz Derła, przecierpiał siedem lat więzienia, pozostawił żonę i dwoje dziatek. 4) Stefan Matfiejuk z Łęgów, zniszczony na gospodarstwie, po siedmiu latach więzienia, wywieziony na wygnanie, pozostawił żonę i dwoje dzieci. 5) Andrzej Tomaszuk z Łęgów, siedział w więzieniu bialskiem i jego żona także, on wywieziony został po 7 latach do Rosji, a żona powróciła do dzieci sierotek 6) Jozafat Łazaruk z Zaczopek, przecierpiał 6 lat więzienia wywieziony pozostawił osieroconą rodzinę. 7) Emiljan Semeńczuk , wywieziony po 6 latach więzienia, pozostawił żonę i 4 dzieci. 8) Polikarp Pyżuk , zrujnowany na gospodarstwie i więziony długo, wreszcie od dzieci sierot wysłany do Rosji. 9) Andrzej Osypiuk z Zaczopek. 10) Teofil Szaniawski. 11) Jan Mieluńczuk. 12) Andrzej Kaczan, wyznawcy wiary i wysłani Rosji więźniowie.
Parafia oprócz tego, że każdy z gospodarzy, przez kilka miesięcy, tracił wszystko co miał na utrzymanie żołnierzy, jako to: dobytek, trzodę, drób, zboże, kartofle, etc., musiała za upór swój zapłacić kontrybucję, którą ściągano drogą licytacji ze wszystkiego, co tylko przedstawiało jakąkolwiek wartość. Z wywiezionych do Rosji, do 1880 roku, większa połowa zmarła już na wygnaniu.
W owym czasie murowany kościół pratulińskl został zabrany na cerkiew gdyż unicki kościół drewniany był obsiany jak makiem kulami żołnierzy, strzelających do unitów. Piszący to, zbierał wiadomość na miejscu, wówczas był dziekanem i delegatem biskupa do Pratulina.
I bardzo ważna informacja liturgiczna: w greckim obrządku dniem poświęconym Wszystkim Świętym jest pierwsza niedziela po Zielonych świątkach, taki tego sens: Chrystus swym życiem, męką, śmiercią, wysłużył dla nas duchowe bogactwa; kto z nich skorzystał, jest święty; i po odświętowaniu Jego Męki, Zmartwychwstania, Wniebowstąpienia, Zesłania Ducha Świętego, w pierwszą niedzielę po tym Zesłaniu Ducha Świętego świętujemy dzień Wszystkich świętych całego świata (w obrządku rzymskim – 1 listopada); a w drugą niedzielę po Zielonych Świątkach obchodzimy uroczystość świętych swego narodu, regionu. I właśnie my unici w Kostomłotach obchodzimy pamięć naszych unickich Męczenników z Pratulina. Zapamiętamy sobie ten termin: każdego roku druga niedziela po Zielonych Świątkach...
Wieś Kłoda
Mała to wioska, należąca do parafii Horbów, stała się głośną przez straszliwie tragiczny wypadek, jaki miał miejsce przy końcu 1874 roku, który swoją nadzwyczajnością zaalarmował policję i władze sądowe, oddziałał na wszystkich przygnębiająco, a unitom dodał jeszcze więcej siły do wytrwania przy swojej religii i poświęceniu.
Pomnik rodziny Koniuszewskich w Kłodzie Małej
We wiosce tej, leżącej na pograniczu powiatów bialskiego i konstantynowskiego mieszkał biedny wyrobnik, nazwiskiem Józef Koniuszewski, człowiek charakteru bardzo spokojnego, trzeźwy, pracowity. Ukaz cesarski zastał go na kilku morgach gruntu, na którym Koniuszewski zbudował sobie domek i stodołę, a mając kawałek pewnego chleba, ożenił się, i został ojcem dwojga dziatek. Jedno dziecię ochrzcił w cerkwi unickiej, drugie ochrzczone z wody, kazano mu nieść do prawosławnej cerkwi, na co jednak zdecydować się nie chciał.
Wszystkie przekonywania i pogróżki ze strony policji, kary pieniężne, więzienia w Biały, areszty gminne, żadnego na obojgu małżonkach nie odniosły skutku, i ci, nie widząc pośredniej drogi wyjścia ze swego trudnego położenia, i zmuszeni albo ulec woli policji i dziecię w prawosławnej ochrzcić cerkwi, albo poddać się całej surowości ruskiego barbarzyństwa, zdecydowali się oboje na następujące rzewno tragiczne rozwiązanie tej trudności.
W wigilię wypadku, napiekli chleba z ostatniej miary mąki, jaka im jeszcze pozostała, nagotowali strawy, wybielili i oczyścili mieszkanie, zastawili stół pieczywem chleba, solą i potrawami, a późnym wieczorem pożegnali się z sąsiadami, jak gdyby nazajutrz rano mieli wyjść do kościoła. Nic tu nie było nadzwyczajnego w zachowaniu się Koniuszewskich i żegnanie się ich z sąsiadami nie zdziwiło nikogo.
Zginęli 10 grudnia 1874 roku Rodzice Józef i Anastazja Córki Ewa i Łucja
O północnej godzinie jasna łuna pożaru oświeciła wioskę i postawiła wszystkich na nogi. Biegło co żyło do zabudowań Koniuszewskiego na ratunek, jego stodoła stała w płomieniach. Otworzono drzwi domu właściciela, lecz w domu tym nie było nikogo. Na środku stancji stół, założony Chlebem i potrawami, jak gdyby do uczty, zadziwił wszystkich. Włościanie otoczyli stodołę, lecz zbliżyć się do niej z ratunkiem było niepodobieństwem. Zagadkowy pożar pochodził z wewnątrz. Powszechne było przekonanie, że biedni gospodarstwo z dziećmi są w drodze, i litowali się nad niemi sąsiedzi, że po powrocie nie zastaną swojej stodółki.
Lecz co za okropne było przerażenie wszystkich, gdy Koniuszewscy nazajutrz nie wracali, a w zgliszczach zgorzałej stodoły odgrzebano zwęglone ciała dwojga ludzi, trzymające na rękach dwoje zwęglonych własnych małych dzieci. Byli to Koniuszewscy. Dobrowolnie spalili siebie i dzieci, i w przekonaniu swoim stawali się ofiarą. Uciekając przed śmiercią ducha i schizmą, woleli wpaść w odmęt okropnej śmierci ciała.
Dąb Pamięci Rodziny Koniuszewskich
Na miejsce tej strasznej śmierci zbiegła się policja, naczelnicy, zjechał rząd i lekarze, aby sprawdzić i obejrzeć fakt ten niesłychany, i wyśledzić jego powody. Lecz żadne śledztwo nie było tu potrzebne. Powody tej śmierci znała dobrze policja, wójt gminny, naczelnicy, znał je rząd barbarzyński, co potrafił kościołowi polskiemu przysporzyć i męczenników za wiarę, i biednych tych ludzi pchnąć w okropną samobójczą śmierć, w obronie tejże wiary świętej.
Ten wypadek niezmiernie silnie podziałał na unitów, i w wierze świętej jeszcze bardziej ich utwierdził. Zewsząd zbiegali się włościanie zapłakać i zmówić pacierz na grobie familii, która broniąc swej wiary, żywcem spaliła się.
Modlitwa
Boże, szczoś Polszu czerez douhi lita Protiw każdomu bronił wordzu, A potem daweś nas na pośmiech świta Nasław nes hodu newolu trewdzu. Prosim Tia Boże I twajoho Syna Nech Wsi znów budem jednaja rodyna Kołyś to Lachy na wojni stawły Płatyły hroszy na patreby kraju. Za to my pole im , sobi orały Byłyśmo w zhodi żyłośmo jak w raju. Prosim Tia Boże... Pryszły Moskali i wsio pomeszały Wsio nam moskowski paradok zawiły Wecznu newolu nas panom oddały I na zahuby z nimi posfaryły. Prosim Tia Boże... Iszcze ne chodi naszej horkoj doli Bo te per wiru od nas odbirajut, A kto z nas jedno ne sluhaje woli To honiat w Sybir , albo zabiwajut Prosim Tia Boże... Mnoho już naszyh , tyi worodi zły Hdeś tam daleko od nas pohnały To w szczo obernutsia sieroty tyi Kotorym batków moskali zabrały. Prosim Tia Boże... Wże pratulińskie i Drelowski lude Zawiru naszu krow swaju dały Oświatyj Boże ! Pokul toho bude Douho nas budut muczyły moskali? Prosim Tia Boże... Zal sia, Żal Boże, z tej naszej peczeli, Nech majem swoje i pola i chaty! Nech dity nasze neberut w moskali A pany dla nas nech budut jak braty Prosim Tia Boże... Werny, nam Boże! Werny dobru dolu. Dawniejszu sławu i dawnyj dostatok Daj nam prawdiwu nemoskowsku dolu Nechaj ze dworu i malenkij chatok Prosim Tia Boże... Nelekko dawna powernetsia dola Chrystus krow leju, sam odkupyw ludy! To koły taka, Boże twoja wola Nech desiat zhynie – sto szczastliwych bude! Prosim Tia Boże i Twojoho Syna Nech zmiłowania pryjde hodyna.
Parafia Drelów.
Parafia ta, licząca około 2.000 dusz, w 1866 roku, za śpiewanie w cerkwi różańca i koronek, zapłacić musiała ciężką kontrybucję, na co poszły domowe fanty włościan, z każdego do 20-stu rubli wartości i więcej, które za bezcen sprzedawały się w urzędzie gminnym. Oprócz kar pieniężnych, zabroniono włościanom wyganiać dobytek na paszę przez cały tydzień, ani go poić. Ryk bydlęcia i płacz ich właścicieli nie wzruszył tyrańskiego sztabskapitana Andrejewa, jak ze strony ludu niewzruszone było postanowienie, od wiary i obyczaju modlitwy ojców swoich nie odstępować nigdy.
Ks. Jan Welinowicz, zacny i zasłużony kapłan, starzec 70-letni, rzekł od ołtarza do parafian swoich w dzień M. B. Różańcowej: „Moje kochane dziatki! Dajcie mi do nabożeństwa książkę polską, zapewne po raz ostatni w tej świątyni. Niech ją na pożegnanie moimi rękami uścisnę i ucałuję w tej świątyni i ostatnią wam powiem naukę o różańcu świętym, który Wam zabraniają dziś śpiewać w cerkwi i wypędzają go stąd po tylu latach, jego zbawiennego wpływu na podniesienie serca i miłości naszej ku Chrystusowi Panu i Jego Najświętszej Matce. To będzie zapewne ostatnie kazanie i moja do Was ostatnia mowa polska".
Po Mszy św. i kazaniu, w czasie którego gorliwy kapłan do łez i jęku wzruszył obecnych, wywieziony został natychmiast do Chełma, do więzienia Wójcickiego i tam nie przeżywszy roku, życie zakończył w więzieniu jako wierny pasterz owieczek Chrystusa.
Parafianie Drelowscy, oprócz kar powyższych, nałożonych przez naczelnika policji i Andrejewa, siedzieć musieli przez cały miesiąc albo w domowym areszcie i niewolno im było w tym czasie nic robić, nie tylko na polu, lecz i około domu, albo wywiezieni zostali jak kryminaliści do więzienia bialskiego, siedleckiego, lub do Brześcia.
Gdy po usunięciu różańców i śpiewów polskich z cerkwi, przyszła kolej na organy, drelowscy parafianie zapłacili kontrybucji po 5 rubli od osoby, oprócz tego kilkumiesięczne więzienie odsiedzieć musieli, w czasie którego strażnicy organy wynieśli z cerkwi.
W 1874 roku, dnia 13 Stycznia zebrali się parafianie drelowscy do cerkwi na nabożeństwo, lecz zauważyli, że świaszczennik ich, znany pijanica, wyszedłszy do ołtarza, zaczął prawić liturgię po prawosławnemu. Wszyscy obecni w cerkwi ze łzami rzucili się do ołtarza i całując ręce i nogi przewrotnego świaszczennika, prosić go poczęli, aby prawił po dawnemu. „Kiedy tak, odrzekł zmieszany, to ja nie mogę pośród was prawić tak jak rząd każe, ani znowu będę prawił tak jak wy chcecie. Dajcie mi wody, napiję się i pójdę sobie“. To mówiąc, wypił kubek wody, rozebrał się przy ołtarzu i wyszedł z cerkwi, a lud niezmiernie był zgorszony z takiej komedii, przypominającą ową scenę obmycia rąk Piłata, wobec ludu żydowskiego, gdy potępiał Chrystusa, z tą tylko widoczną różnicą, że Piłat wodę wylał, a pop ich, publicznie ją wypił.
Potem lud zamknął swoją świątynię, klucze schował i rozszedł się do domów.
Dnia 17 Stycznia, tego roku, gdy przybyli kozacy bardzo rano i oświadczyli drelowskim parafianom, że cerkiew przemocą otworzą i popa przyprowadzą, aby im służył obiednią prawosławną, parafianie uważali za swój obowiązek zebrać się natychmiast i otoczyć świątynię, zagradzając sobą wstęp kozakom do cerkwi. O godzinie 8 rano był już lud pod cerkwią, a o 9-tej stu kozaków i trzy roty piechoty otoczyły dokoła cerkiewny cmentarz i naczelnik powiatu major Kotow, rozkazał ludowi rozejść się i wydać klucze cerkiewne.
Lud odrzekł, że kluczy od swojej cerkwi oddać nie może, na widoczne sprofanowanie jej i od świątyni nie odstąpi. „Przyszliśmy tu, rzekli, spokojnie się pomodlić, przy swoim domu Bożym".
Wtedy naczelnik rozkazał kozakom wiązać lud i okazało się, że każdy kozak miał ze sobą po kilka sznurów.
Więc ze strony naczalstwa wszystko byto obliczone i przygotowane naprzód.
Lud spokojnie dal się wiązać, lecz gdy poczęli go kozacy wywlekać od cerkwi na ulicę, wtedy oparł się i odprowadzić siebie kozakom nie pozwolił.
Naczelnik zakomenderował nahajki i kozactwo piesze i konne wpadło na cmentarz i rozbijać poczęło głowy ludu i twarze jego raniąc swoimi grubymi batogami. Katowanie to, wywołało płacz ogólny pomiędzy ludem. Kobiety rzuciły się do kozaków i ściągać ich poczęły z koni, a zasłaniać sobą bezbronnych i skrępowanych swych synów i mężów. Mężczyźni znowu w jednej chwili uwolnili się od więzów, wypadli na szarżę kozacką, broniąc słabe, batożone przez nich kobiety. Gdy kozacy zwątpili o swoim męstwie i uciekać poczęli z cmentarza, piechota stojąca za parkanem, wpadła na pomóc kozakom i rozbijać poczęła kolbami, a bagnetami kłuć naród, starszyzna też rycerska, pałaszami rozcinała głowy jego. W chaosie tym, płaczu i jęku, a popychaniu zwierzęcym, ujrzano leżących kilku żołnierzy, upadłych pod nogi koni kozackich, którzy w ucieczce z cmentarza, przewrócili swoich żołnierzy.
Wtedy pomiędzy starszyzną zabrzmiało hasło do odwrotu z cmentarza. Piechota z kozakami, uszykowawszy się za parkanem, o 12 godzinie w południe, otworzyła ogień na bezbronnych wiernych. Szczęściem, że w szeregach piechoty było wielu katolików Polaków, którzy strzelali po nad głowami ludu, w ściany cerkwi, oprócz tego i parkan cmentarza dość wysoki przeszkadzał strzelaniu, stąd liczba zabitych i rannych nie tak liczną się okazała.
Morderstwo to ludu, osiągnęło skutek wprost przeciwny temu, jaki chciano wywołać. Śpiew religijny: „Kto się w opiekę “ i „Święty Boże, rozlegał się żałośnie, a lud padając na kolana, otwierał wojsku pierś swoją do strzału, jakby zazdroszcząc szczęścia męczeństwa, poległych sąsiadów swych i braci.
Ogień wreszcie na komendę ustał, zabici oddawali Bogu ostatnie tchnienie swoje, a jęk rannych mężczyzn, kobiet i dzieci, tarzających się po ziemi, napełniał zgrozą każdego, utwierdzał jego wiarę i pchał na męczeństwo.
Naczelnik ponowił rozkaz, aby lud odstąpił od cerkwi, bo inaczej zagroził im, że ich pobije wszystkich lub żywych okuje w kajdany i wyśle na Syberię. Lud jednak rozkazu nie usłuchał. Wśród zimna zdejmował odzież swoją i okrywał rannych leżących na śniegu, darł koszule swoje, aby przewiązać ich rany, lecz ranni ani słyszeć chcieli o uldze w cierpieniu, lub zatamowaniu krwi swojej i wołali na wojsko: „dajcie i nam śmierć, niech skonamy za wiarę naszą, jako i ci, którzy leżą przy nas trupami. Do domów naszych już nie pójdziemy. Tu nasz dom Boży, tu nasza święta ziemia, tu krew nasza, niech będzie tutaj i grób nasz jeden!“
Starszyzna patrząc na ofiary mordu, słuchając jęku i płaczu rannych, a modlitwy wszystkich przygotowanych na śmierć, nie nalegała więcej na lud, aby się rozszedł z pod cerkwi, kazała tylko piechocie i kozactwu stać wokoło cmentarza z nabitą bronią i nie pozwalać na ukrycie zabitych, których parafianie sami pochować chcieli na cerkiewnym cmentarzu. Przed nadejściem nocy. Kotów jeszcze raz wezwał lud, aby odstąpił od cerkwi i powrócił do domów, lecz gdy wezwania tego nikt nie usłuchał, starszyzna zziębnięta, odeszła do najbliższych domów, wojsku rozdano ciepłą kolację z mięsa zabitych we wsi bydląt, wokoło cmentarza rozłożono ognie i tak stali żołnierze do białego dnia, na swojej pozycji.
Nazajutrz 18 Stycznia przyszedł Katów obejrzeć miejsce swojego mordu. Lud, z odkrytymi głowami, wokoło cerkwi modlił się i klęcząc śpiewał godzinki do N. Maryi Panny, patronki wspomożenia wiernych. Ponieważ krew dookoła cerkwi rumieniła ziemię, więc naczelnik rozkazał żołnierzom nawozić piasku i zasypać wszystkie zbroczone miejsca na śniegu.
Lecz parafianie nie pozwolili deptać barbarzyńskimi stopami męczeńskiej krwi ich braci, rzucili się na nią jak na skarb drogi, zebrali ją ze śniegiem, zeskrobali ziemię i sami ją chcieli pochować przy cerkwi w przygotowanej mogile, śpiewając: „Święty Boże, abyś nam świętą wiarę naszą zachować i nieprzyjaciół kościoła świętego poniżyć raczył".
Katów wściekał się ze złości, widząc poważny spokój i religijny entuzjazm ludu, którego głód, ani zimno ostudzić ani zmniejszyć nie zdołało. Kazał więc wojsku na cmentarz wejść i nahajkami a przykładami wypędzić naród od cerkwi i z cmentarza. Jakie się wtedy rozpoczęły okropności barbarzyństwa, jaka scena piekielna, gdy lud z płaczem i modlitwą padł na ziemię krzyżem rozciągnięty, a po nim, po kobietach i dzieciach, po rannych i zabitych dnia poprzedniego, z dzikim okrzykiem deptać poczęło wojsko, rozbijać przykładami, a nahajkami głowy wiernych rozcinać, opisać tego niepodobna. Krwiożerczy cezar Romy, w pierwszych czasach ery Chrystusa, dyszący za mordem Chrześcijan, nie wyszukałby zapewne bardziej zwierzęcej sceny, dla zaspokojenia swych chuci prześladowczych, jaką wymyślił i stworzył przez swoich gladiatorów zbydlęcony cezar Moskwy, w wieku 19 tejże ery Pańskiej. Tamten przynajmniej wylewając krew chrześcijańską u podnóża swoich bałwanów i na stopniach świątyń pogańskich, chciał krwią zabobonną, jak ją nazywał, przebłagać zagniewanych swych bogów; ten zaś, niby chrześcijanin, zabija i wylewna krew ludzi chrześcijańskich na świętych ich cmentarzach, na progu ich własnych świątyń i pod samym Chrystusa krzyżem, za to, że oni są lepsi chrześcijanie od jego służalców i zauszników i z wiarą, pokłonem i obrzędami świętymi jedynego Boga, wzdrygają się zmieszać bluźnierczą wiarę, obrzęd i grzeszny pokłon cara.
Schizmatycki oficer, obecny tym barbarzyństwom w Drelowie, mówił do nas w zaufaniu, że drżał z trwogi i przerażenia jak w febrze, że się odwrócił i zamknął oczy, aby nie patrzeć na scenę, gorszą od wyobrażenia tysiąca piekieł, gdzie szatani znęcają się nad potępionymi, i cisnąc rękojeść szabli swojej, gotów był jak zwierz rzucić się na żołnierzy, na starszyznę i porąbać ich łby w kawałki. To też ten oficer poszedł do szpitala, aby uniknąć nikczemnej służby, aby na duszy swojej nie mieć odpowiedzialności za krew niewinną.
Po wywleczenia biednego ludu za cmentarz, przywieziono dwie fury ruzek i poczęto kłaść a smagać wszystkich bez wyjątku. Kobiety i dzieci dostawały od 25 do 100 uderzeń, mężczyźni od 100 do 200 razów. Następnie kazał Kotów uklęknąć mężczyznom, zdjąć czapki, wszystkim podnieść rękę i przyrzec, że więcej nigdy nie będą przeszkadzać prawosławnemu popu prawić jego liturgię w swojej cerkwi.
Odpowiedzieli mu na to, że jeżeli będą mieli zdrowie i żyć będą, to popa, przy Bożej pomocy nie wpuszczą do cerkwi. Ale dziś przede wszystkim potrzeba im myśleć o grobie, bo z łaski naczelnika już stoją nad nim.
Gdy żołnierze lud trzymali tak zdała od cerkwi, naczelnik sprowadził popa i posprzątał zabitych. Rannych na furmankach odwieziono do domów, potem kazał Kotów kobiety i dzieci nahajkami rozpędzić po wsiach i nałożył na każdą po 3 ruble kary. Mężczyzn kazał powiązać, młodszych z nich i silniejszych odesłał do więzienia jako buntowników, starych rozpędził do domów.
Zabici w obronie wiary i świętości cerkwi: 1) Jan Kościuszek, 2) Teodor Kościuszek, 3) Wincenty Bazyluk, 4) Paweł Kozaka, 5) Teodor Bocian, 6) Symeon Pawluk, 7) Andrzej Charytoniuk, 8) Trochim Charytoniuk, 9) Jan Romaniuk, 10) Onufry Tomaszuk, 11) , Andrzej Kupik 12) Jan Kupik, 13) Jan Luciuk, któremu kozak przeciął pałaszem czaszkę, a żołnierz z piechoty strasznie pobił jego piersi przykładem karabina, czas jakiś leżał, męczył się, pluł krwią i zakończył życie męczeńskie.
Gdy to się działo w Drelowie, parafianie z Dołhy i sąsiednich wiosek, dowiedziawszy się o wszystkim, biegli do Drelowa, aby, jak mówili, dać się tam męczyć za wiarę. Lecz Kotow rozstawił 300 konnicy na łąkach, po drogach i polach, aby rozbijała i odpędzała wszystkich do wsi. Każda z wiosek dostała po kilkunastu rannych za wiarę. .
W 1875 roku, naczelnik Kotow wezwał do podpisu parafian drelowskich, lecz gdy mu odpowiedzieli, że gotowi są na śmierć, jak i w roku zeszłym, a prawosławia nie przyjmą, potrzymał w parafii przez dwa miesiące wojsko na koszcie włościan, kilkunastu wpływowych wysłał do Rosji na wygnanie, wszystkich obłożył kontrybucją z rozporządzenia Gromeki i zniszczywszy tak parafię do wysokości 260.000 złotych, odstąpił jak szatan i już nie kusił więcej parafian swoją religią.
Takie słowa napisał Franciszek J. Stefaniuk w autorskiej inwokacji. Utwór poświęcił trzynastu drelowskim unitom, którzy życie oddali w obronie wiary i swojej świątyni.