„Wilku, po coś tu wszedł?!”
Bliski współpracownik Ks. Józefa Pruszkowskiego, Konrad Greczuk urodził się w 1845 roku. Zmarł 2 lutego 1901 roku. Na prośbę księdza Józefa Pruszkowskiego, ówczesnego proboszcza Janowa Podlaskiego, z narażeniem życia wędrował do miejsc prześladowań Unitów i spisywał świadectwa ich męczeństwa. Notatki ukrywał w „dziadowskim kosturze”- w kiju z wydrążonym otworem, gdyż wpadnięcie świadectw w niepowołane ręce groziło niebezpieczeństwem. Jego świadectwa posłużyły do napisania książki „Martyrologium czyli Męczeństwo Unii na Podlasiu. Z wiarygodnych i autentycznych źródeł zebrał i napisał P. J. K. Podlasiak”.
Postać Konrada Greczuka
Opracowanie Agnieszka Warecka redaktor naczelna tygodnika Echo Katolickie
Świątobliwy unita
Motywowany odwagą i wiarą przyczynił się do ocalenia pamięci o imionach i nazwiskach, parafiach oraz rodzaju prześladowań, jakich doznawali Męczennicy Podlascy. Te zgromadzone fakty to najwymowniejsza apologia unitów - odnotował po latach ks. Józef Pruszkowski.
Formą wdzięczności diecezjan za misję i świadectwo życia Konrada Greczuka ma być pomnik wystawiony w Pratulinie. - Jest zbyt wcześnie, by mówić o jego ostatecznym kształcie - zastrzega ks. prałat Bernard Błoński, dyrektor Archiwum Diecezjalnego, a zarazem prezes Stowarzyszenia Pamięci Unitów Podlaskich Martyrium.
Sygnalizuje jednocześnie, że ofiary na ten cel złożyli już kanonicy kapituł diecezji siedleckiej podczas nadzwyczajnej sesji zwołanej w związku z przypadającą w tym roku 20 rocznicą beatyfikacji Męczenników Podlaskich. Nieocenionym źródłem wiedzy o ich bohaterstwie stało się opracowanie ks. Józefa Pruszkowskiego pt. „Martyrologium czyli Męczeństwo Unii Świętej na Podlasiu”. Powstanie publikacji nie byłoby jednak możliwe bez zaangażowania… unity rodem z Zaczopek.
Ekshumacja szczątków
Dzieląc się informacjami dotyczącymi życia i posługi K. Greczuka, ks. B. Błoński podkreśla, że nie odkrywa niczego nowego. Źródłem wiedzy - jak wyjaśnia - jest wspomniane „Martyrologium”, a także m.in. obszerna publikacja „Tajna misja jezuitów na Podlasiu (1878-1904)” w opracowaniu Roberta Danieluka SJ. - W ostatnim czasie udało mi się dotrzeć do aktu urodzenia Konrada i ślubu jego rodziców oraz aktów chrztu ich dzieci - zdradza prezes „Martyrium”. - K. Greczuk zmarł w 1901 r. Nie posiadamy jednak aktu jego zgonu. Nie został on odnotowany ani w pratulińskiej księdze prawosławnych, ani w janowskiej księdze zmarłych. Może był grzebany potajemnie, a dopiero po latach, jak mówią ludowe podania, córka upamiętniła miejsce pochówku krzyżem? - snuje dywagacje.
W 1990 r., przy okazji ekshumacji szczątków unitów celem przeniesienia ich w skrzyni do pratulińskiej świątyni, postanowiono wydobyć [z usytuowanego obok mogiły grobu - przyp.] kości K. Greczuka. Po złożeniu w trumnie, umieszczono je następnie w murowanej pieczarze na przykościelnym cmentarzu. Przeniesiono też krzyż nagrobny z inskrypcją: „Konrad Greczuk/ żył lat 56/ zmarł 2 II 1901 r./ Pokój jego duszy”.
„Wilku, po coś tu wszedł?!”
W pierwszej (traktującej o wydarzeniach z lat 1864-1882) części „Martyrologium”, pisząc o inspiracji służącej powstaniu dzieła, tj. pragnieniu ocalenia pamięci o śmierci i prześladowaniach unitów celem przedstawienia ich w przyszłości sądowi apostolskiemu do procesu kanonizacyjnego jako męczenników, ks. J. Pruszkowski [ówczesny proboszcz parafii w Janowie Podlaskim] wskazuje na świątobliwego unitę z sąsiedzkiej parafii Pratulin, który miał mu pomagać w pozyskiwaniu informacji. Był to - jak opisuje - „człowiek wielkiej wiary, rozumu, poświęcenia i zręczności”. Z relacji dziekana janowskiego wynika też, iż Konrad z zawodu był wiejskim cieślą, „karanym za pogardę prawosławia i przyprowadzonym przez misję carską do nędzy”.
Ks. Z. Młynarski w artykule poświęconym K. Greczukowi [opublikowanym w 1994 r. na łamach „Podlaskiego Echa Katolickiego”] wspomina, iż był on zatrudniany m.in. do prac prowadzonych na terenie janowskiego seminarium. O jego odwadze świadczy zaś m.in. incydent odnotowany w archiwaliach. Broniąc świątyni, pratulińscy parafianie zebrani pod wodzą Konrada mieli wołać do narzuconego im siłą duchownego prawosławnego: „Wilku! Po coś tu wszedł do naszej owczarni! U nas są klucze świątyni, a ty wlazłeś tu jak złodziej i wyłamałeś drzwi jak zbójca. My nie owce twoje, a ty nie nasz pasterz!”.
Towarzyszem był sękaty kij
Począwszy od 1875 r. wprowadzony w tajniki misji i posłany przez ks. J. Pruszkowskiego K. Greczuk przemierzał kolejne unickie parafie w dekanatach Podlasia w celu zbierania informacji o prześladowaniach, w tym notowania imion i nazwisk męczenników za wiarę. Z katolickim paszportem wędrował z wioski do wioski jako rzemieślnik szukający pracy. Dziekan janowski dawał mu też pieniądze, aby - jak wspominał później - „miał z czego żyć, a przy tym zaopatrywał biedniejszych od siebie”.
Nieodzownym towarzyszem wypraw Konrada był gruby, sękaty kij. Starannie wydrążony wewnątrz miał dość miejsca na ukrycie znacznej ilości zwiniętego papieru, którego to, podobnie jak ołówka, dostarczali mu księża. Wszystkie zasłyszane informacje skrupulatnie notował, bacząc przy tym, by nie przebywać w danej miejscowości dłużej niż dobę czy dwie, i po dwóch - trzech tygodniach wracał do Janowa. „Zamknąwszy się z nim, najczęściej w zakrystii katedry, spisywałem wszystko, co opowiadał lub odczytywał ze swoich notatek: imiona i nazwiska zmarłych, więzionych, wysyłanych w głąb Rosji itp.” - relacjonował ks. J. Pruszkowski, akcentując przy tym, iż wszelkie uzyskane od Konrada dane uważał za prawdziwe oraz że jego informator cieszył się u księży „łaską i poważaniem”.
On zginie, ale cię nie wyda
Pozyskiwanie przez unitę informacji, podobnie jak ich przekazywanie, wiązało się - na co zwraca uwagę w swoim artykule ks. Z. Młynarski - z wielkim niebezpieczeństwem. „Trzeba było to robić bardzo ostrożnie, gdyż w razie odnalezienia notatek groził Sybir lub śmierć” - sygnalizuje. Stawia przy tym tezę, iż w latach 1875-1876 i kolejnych Konrad odbył 36 tzw. podróży kurierskich. Niestety, czyhające na każdym kroku zagrożenie wkrótce miało się urzeczywistnić.
Na początku 1881 r. został aresztowany przez carską policję we wsi Wołoska Wola i odstawiony do więzienia we Włodawie. Na szczęście udało mu się po drodze odrzucić kij z ukrytymi notatkami. Po kilku tygodniach przebywania w więzieniu zwolniono K. Greczuka z powodu braku dowodów winy. Został jednak oddany pod nadzór janowskiej policji. Ks. J. Pruszkowski wspomina, że gdy na wieść o aresztowaniu Konrada, obawiając się zarówno ewentualnych konsekwencji, jak i przyszłości misji, szukał pociechy u ówczesnego administratora diecezji, późniejszego biskupa - Franciszka Jaczewskiego, usłyszał zapewnienie: „Ty pracowałeś z nim i nie poznałeś go jeszcze? Ja ci ręczę, że on będzie wolał zginąć, aniżeli ciebie wydać”.
Wierni świętej wierze ojców
O dyskrecji i staranności cechującej K. Greczuka oraz prowadzonej przez niego misji wspomina także ks. prof. Kazimierz Matwiejuk na łamach książki „Pratulin. Narodziny dla nieba sług Bożych Wincentego Lewoniuka i XII Towarzyszy”. Potwierdzeniem tezy, iż carska administracja państwowa w Królestwie Polskim przygotowywała raporty dotyczące m.in. problemu prześladowań unitów w diecezji chełmskiej, jest m.in. sprawozdanie z kwerendy archiwalnej przeprowadzonej w archiwach państwowych w Moskwie i Petersburgu w 1991 r. autorstwa Urszuli Głowackiej-Maksymiuk, ówczesnej dyrektor Archiwum Państwowego w Siedlcach. Ks. K. Matwiejuk przypomina, iż o wydarzeniach z Drelowa i Pratulina z 1874 r. traktował m.in. archiwalny zbiór Milutina [Dmitrij Milutin - rosyjski feldmarszałek, minister wojny] znajdujący się w Bibliotece im. Lenina w Moskwie. Na jego łamach znalazł się zapis, że winę za opór i fanatyzm „wydarzenia pratulińskiego”, obok miejscowego proboszcza, ponosi „młody agitator Konrad Weremczuk (Greczuk) liczący 22 lata”.
Nazwisko Konrada pojawia się także w składzie delegacji udającej się w 1884 r. do Rzymu w celu powiadomienia Leona XIII o trudnej sytuacji unitów na Podlasiu. Na ręce Ojca Świętego delegaci pod wodzą Jana Frankowskiego [ziemianina z parafii Huszlew zaangażowanego w niesienie pomocy unitom] złożyli petycję do cara Aleksandra III podpisaną przez prawie 9,4 tys. osób, w której jednoznacznie stwierdzają, że nie chcą być prawosławnymi. Zapewniali jednocześnie, że „unici polscy żyjący pod rządem rosyjskim są wierni świętej wierze ojców i pragną takimi pozostać aż do grobowej deski”. Na treść petycji natrafiła w swoich badaniach prof. Hanna Dylągowa [autorka „Positio historica” dotyczącej Męczenników Podlaskich]. W książce „Dzieje unii brzeskiej (1596-1918)” przywołuje pełny tekst i trzy podpisy, w tym: „Konrad Greczuk vel Warenczug”.
Trzy lata swego wygnania
Źródłem informacji dotyczących „kurierskiej” posługi K. Greczuka jest również sygnalizowany powyżej tom w opracowaniu R. Danieluka SJ. Autorami wzmianek o pomocy świadczonej przez „świątobliwego unitę” są sami jezuici przybywający na Podlasie celem udzielania chrztów i ślubów oraz głoszenia misji. Z zamieszczonych w książce relacji wynika, iż Konrad był informatorem i pomocnikiem m.in. jezuitów Teodora Sozańskiego oraz Józefa Grużewskiego. Ten drugi wspomina, że na „znajomego przewodnika” natknął się w drodze powrotnej z zesłania do Rosji. W 1888 r. z Kiryłowa, gdzie przebywał, płynął statkiem do Rybińska, skąd pociągiem jechał do Moskwy. Konrad - jak opisuje J. Grużewski - także wracał do domu po odbyciu kary zesłania.
- Jest to o tyle cenna informacja, że w dostępnych nam wcześniej źródłach nie było wzmianki o wywiezieniu K. Greczuka do Rosji - zauważa ks. B. Błoński, nadmieniając, iż zsyłka była prawdopodobnie karą za wyjazd do Rzymu. Z kolei w piśmie datowanym na 1887 r. J. Grużewski odnotował, iż miał kontakt listowny z Konradem, który „już trzy lata kończył swego wygnania i wracał do domu, a ja chciałem z nim się rozmówić o dalszej sprawie unickiej”. Ponadto raporty jednoznacznie potwierdzają, że ważnym organizatorem i przewodnikiem w jezuickiej misji był… Conradum Werembczuk vel Greczuk.
Zagadkowa kwestia nazwiska
Greczuk vel Werembczuk? Warenczug? Weremczuk? Ks. B. Błoński przyznaje, że już sama kwestia nazwiska Konrada jest nie lada zagadką do rozwiązania. - Wskazówką w jej rozwikłaniu mogą być m.in. księgi metrykalne - podpowiada. - Na pomniku widniało nazwisko Greczuk. To samo podała jego żona Irena, prosząc (po ukazie tolerancyjnym w 1905 r.) o chrzest trójki dzieci: Franciszka, Stanisławy i Marianny, której mąż Konrad Greczuk (pisane przez „H”) zmarł w 1901 r. Nadal nie posiadamy aktu jego zgonu ani ślubu. Może brali go potajemnie u misjonarzy? - dywaguje prezes „Martyrium”. Jako ciekawostkę wskazuje fakt, że w akcie ślubu rodziców Konrada: Jana i Cecylii pojawia się nazwisko Greczuk. Podano je także przy chrztach starszych synów: Grzegorza i Józefa. - Natomiast przy akcie chrztu i bierzmowania Konrada jest nazwisko Weremczuk [ojciec Jan Weremczuk i matka Cecylia z domu Łozak]. Może zaszła pomyłka przy zapisywaniu nazwiska, w następstwie czego Konrad musiał używać zastępczego? Będziemy szukać odpowiedzi - potwierdza, prosząc zarazem każdego, kto posiadałby jakiekolwiek informacje dotyczące K. Greczuka, o kontakt z archiwum diecezjalnym bądź redakcją „Echa”.