Powiat i dekanat
Konstantynowski albo Janowski.

...I tylko starca ręka podniesiona
Zasłania jeszcze wstępu do kościoła.
Lecz i on wreszcie otoczon do koła,
Pada krzyż tuląc i z boleścią kona...

Parafia Janów.

Miasto Janów, własność biskupów łuckich, następnie rezydencya biskupów podlaskich, czyli janowskich, w 1867 roku zostało miastem powiatowem i w tym roku jak już wiemy, skasowaną została dyecezya, biskup wywieziony, a przedtem jeszcze wypędzeni stąd zostali zakonnicy Dominikanie. Tak oczyszczony Janów z żywiołu katolickiego, miał zostać kolebką a nowem podścieliskiem dla prawosławia i główną jego kwaterą, już ze względu na straż granicy Buga, po za którą, w miarę kasowanych tam kościołów, z Janowa tylko wpływ katolicki, oraz religijna pomoc wychodziła i rozszerzała się. Powiat rozkwaterował się na miejscu dawnych biskupów i przeważnie, sprawą unitów, prawosławia i srogą duchowieństwa łacińskiego kontrolą, zajmować się począł.

W 1868 roku, rząd drewnianą unicką cerkiew w Janowie sprzedał przez licytacyę, a kościół podominikański przeznaczył na cerkiew, wyrestaurował go podług przepisów i wymagań schizmatyckich, tak, że parafianie ani się spostrzegli, jak dostali prawosławną cerkiew, bez organów, ławek, konfesyonałów, ołtarzy.

Parafianie janowscy, chociaż mieli bardzo zacnego proboszcza ks. Grzegorza Karpowicza, to jednak i on nie zdołał pociągnąć parafian do nowej, pustkami prawosławia przeświecającej cerkwi i wszyscy unici, na nabożeństwo szli do fary.

Wreszcie, gdy w 1874 roku szanowny ten kapłan, wskutek ciągłego opierania się Wójcickiemu, Popielowi i nie wprowadzania do swojej cerkwi prawosławnych obrzędów, jak również wskutek ostatecznego nieprzyjęcia prawosławia, probostwo swoje opuścić musiał, parafianie od tego czasu Sakramenta święte przyjmować poczęli tylko w łacińskich kościołach.

W końcu 1874 roku, w czasie ogólnego napędzania do prawosławia, chociaż naczelnicy powiatów byli względniejsi dla mieszkańców Janowa i zbierali podpisy podstępną drogą, za pośrednictwem popa, którego unici mieli rozkaz tylko przeprosić, nie obyło się jednak bez uwięzienia kilkudziesięciu mieszczan i batożenia ich na publicznym placu przed kościołem po katedralnym. Chcieli naczelnicy na wyznawcach wymódz wyrzeczenie się katolickiej wiary przed świątynią, która odwieczną była mistrzynią ich pradziadów i jak matka wykarmiła ich samych chlebem nauki i religijnego życia.

Smutna i uroczysta zarazem była chwila, do rozpaczy doprowadzająca katolików samych, gdy w dniu uroczystym łacińskiego kościoła, który obchodzili i unici, przed nieszporami, kazał naczelnik wojsku wyprowadzać kolejno po kilkunastu unitów, parafian janowskich, z aresztu i wyprowadziwszy ich przed front katedry, kazał kozakom kłaść każdego unitę na bruku i nahajkami batożyć, jakby dowodzić im wyższości dogmatów prawosławia nad ich katolicyzmem, przy którym tak uparcie się trzymają.

I uroczysty dzień ŚŚ. Apostołów Szymona i Judy, patronów Podlasia i miejsce katuszy unitów, obrane w tym dniu przed frontem katedry, było ciśnięciem najwyższej obelgi świątyni katolickiej, oduczaniem tego nahajką, co kościół łaską Bożą włożył w głowy i serca swych dziatek, wyzionięciem jakby strasznych owych bluźnięrstw, przeklętego łotra, w Najświętsze Oblicze Ukrzyżowanego Chrystusa: jeśliś Ty prawdziwy Chrystusa kościół, zstąp ze Swego krzyża, na który Cię carska synagoga wbiła, zbaw Siebie i tych, którzy przed Tobą i razem z Tobą, krzyżowani jęczą.

Krzyki biednych ofiar i rozpaczliwe ich jęki, rozdzierały serca zebranych w katedrze, na Nieszpory. Jedni z modlących się, upadli krzyżem przed Najświętszym Sakramentem, drudzy przed ołtarzem Ś. Wiktora męczennika i płacz modlących się w świątyni, zlewał się z jękami katowanych przed kościołem. Zapłakany kapłan nie śmiał i nie mógł rozpocząć Nieszporów i nikt by je zapewne wówczas nie śpiewał, wszyscy płakali, jęczeli, przed ołtarzami leżąc krzyżem. Nie było wówczas Nieszporów. Dawidowe psalmy zastąpił psalm boleści i katuszy unitów przed świątynią, którym znowu odpowiadały jęki modlitwy, jakby drugiego chóru w kościele. Organy nawet zamilkły, jakby straciły oddech swój, przerażone, i pogubiły głosy, przysłuchując się wspanialszej i potężniejszej harmonii jęków, męczenników wiary. A jednak były to Nieszpory dwóch obrządków katolickich, niezwykle, janowskie; Nieszpory męczeńskiej próby unitów, łączące ich węzłem jedności z tymi, którzy w kościele modlili się i jęczeli za cierpiących wyznawców, błagali o męstwo w świętej próbie dla swych katowanych braci.

Katowanie unitów trwało przeszło półtorej godziny. Strażnicy, będący wówczas w kościele świadkami nieopisanego żalu i płaczu, oraz leżenia krzyżem wiernych, zapewne opowiedzieli naczelnikom swoim, że rozpacz niebitych w kościele, przewyższała płacz i jęki katowanych przed kościołem, gdyż więcej się to nie powtórzyło, chociaż unici wyznawcy, długo jeszcze cierpieli areszt za swoją stałość w wierze.

Z parafii, do stu wyznawców przez rok blisko trzymano w więzieniu bialskiem, brzeskiem i siedleckiem, męczono ich głodem i nędzą i nie wymógłszy podpisu na prawosławie, ani nawet przeprosin popa, lecz przyjąwszy od nich proste tylko przyrzeczenie, że do buntu przeciwko cesarzowi należeć nie będą, Gromeka wypuścił ich na wolność.

Z parafii i okolicznych wiosek, wysłano kilkunastu gospodarzy do Rosyi po dwu latach ciężkiego więzienia w kryminale siedleckim i fortecy Brześcia, z tych:


Jan Byczkiewicz,
pozostawił żonę i czworo małych dzieci.

Antoni Tyszkowski
wójt gminy, zostawił żonę i troje dzieci, sam zaś schorowany, zbity, wycieńczony więzieniem i nędzą skonał na wygnaniu śmiercią wyznawcy i męczennika za wiarę.

Maślewski Jan
zostawił kilkoro dzieci,

Stefan Byczkiewicz
starzec, wkrótce umarł na wygnaniu.

I Janów, podobnie jak Biała, wybrany był na uroczysty a pamiątkowy obchód, .wossojedinienija“, a ponieważ pamiętano tu nie tylko ową sławną katolicką misyę z 1859 roku, urządzoną przez ś.p. biskupa Szymańskiego, w czasie uroczystego sprowadzenia z Rzymu, podarowanych przez Piusa IX. kościołowi janowskiemu, relikwii Ś. Wiktora męczennika, lecz lud unicki ustawicznie patrzył tu na uroczystą pontyfikalną celebrę biskupów janowskich, rząd przeto postarał się okazałością i przepychem janowski akt „wossojedinienija“ postawić wyżej jeszcze niż bialską uroczystość, utrwalić go w pamięci ludu i na to wyrzucił przeszło 20.000 rubli.

Gubernator Grorneka, uroczysty ten akt nazwał „ruskaja misija" i naczelnikowi powiatu polecił na przyjęcie archiereja, dygnitarzy i ludu, odpowiednie w mieście i w murach po biskupich poczynić przygotowania. Oznaczono wtorek 6 kwietnia 1875 r. na tą misyę, dzień Zwiastowania N.M.P. Wybielono całe miasto, oczyszczono ulice i publiczne place wysypano piaskiem, wójtom nakazano dostarczyć mnóstwo pięknej choiny i świerków, z których naczelnik Kutanin na placach publicznych potworzył zielone gaje, szpalery, z wierzchołka których gęsto powiewały rosyjskie narodowe flagi.

Z cerkwi, przerobionej z dominikańskiego kościoła, prowadził do powiatu rzeczywisty las takich drzewek zielonych i flag ruskich. Opowiadali naoczni świadkowie, że to pięknie, zielono i uroczo wyglądało, lecz te biedne drzewka wycięte i bez korzenia zasadzone na placach, mające żyć tylko dzień jeden i zielenić się do prawosławnej urzędowej parady, dziwnym i zarazem pocieszającym dla ludu były zwiastunem krótkiego panowania rusycyzmu i prawosławia w kraju.

Na przyjęcie gości przeznaczony był odpowiedni fundusz. Potrawy postne, gatunki ryb, wina etc., wszystko było sprowadzone z Warszawy. Grorneka wypisał i dostarczył sławnych kucharzy ruskich. Pierwszy stół, w salach po biskupich, miał pomieścić 100 osób dygnitarzy, drugi w dawnych salach konsystorskich, miał ugościć 150, trzeci stół na korytarzach, miał nakarmić tylu unitów, ilu by ich przyszło.

Oprócz tego sprowadził gubernator 4 beczki okowity, wysokiej próby i kilka beczek śledzi. W sam dzień „misyi kazał je ustawić na placach, w zielonych gajach i przy każdej beczce postawił strażników, aby przechodzących wszystkich zachęcali do obfitych libacyi i zakąsek. Nadto miały być rozdane sekretnie przez gubernatora niektórym wybranym wójtom i sołtysom pieniężne datki po 100, '50, 30 i 25 rubli, w celu demoralizacyjnym, przyciągania ich do prawosławia i rządu.

Warszawa przysłała swoich deputatów rosyjskich i gorliwych gazeciarskich pisarzy, a okręg naukowy, gubernia siedlecka, deputowani gimnazyów, naczelnicy powiatów z urzędu przyjęli udział w uroczystości i zabawie janowskiej;, wossojedinienija“. Świaszczenników prawosławnych przybyło ze 60, Chełm i Warszawa sporą ich dostawiły tu cyfrę.

Obywatelom ziemskim nakazano dostarczyć do stacyi kolei w Biały kilkadziesiąt furmanek, bryczek, powozów, karet. Archierej Joanicyusz przybył po południu w wigilię festu ze swojem duchowieństwem konsystorskiem, chórem śpiewaków, oraz z bogatemi aparatami archierejskiemi, księgami i naczyniami cerkiewnemi, nadesłanemi przez cesarzową na tę szczególną uroczystość, a przytem wielkie paki przywieziono ikonów oprawnych, dla rozdania nawróconemu ludowi na pamiątkę. Z pakami nut, pulpitów i instrumentów, przybyły jednocześnie dwie pułkowe orkiestry z kapelmajstrami. Kilku też z Warszawy przyjechało fajerwerkarzy, do rozwieszania na drzewach i budynkach mnóstwa lamp kolorowych w charakterze rosyjskim, oraz do urządzenia przede wszystkiem rakiet i ogni sztucznych. W różnorodnej tej kompanii odpustowej był i rosyjski fotograf z Warszawy, mający uwiecznić i z wnętrza cerkwi i z placów miasta szczególne widowiska uroczystości i grupy członków znakomitych, oraz prostego ludu. Lecz artysta ten, mówiąc nawiasem, nie odpowiedział swojemu zadaniu, nie zdołał bowiem ze swoim aparatem stanąć na czas, gdyż z przepicia się w wigilię, zachorował i nie mógł przyjąć swojego udziału w uroczystości.

Urzędowa wreszcie Warszawa, dbając przedewszystkiem o dobre nakarmienie swoich gorliwych uczestników festynu, przysłała kilku kucharzy specyalistów do przyrządzenia na miejscu wyszukane postne potrawy i opatrzyła ich pakami rozmaitych ryb, zakąsek, kuchennych zapraw, napitków. W końcu, dla większej powagi tej carskiej uroczystości i pewności udania się tego rzadkiego w historyi festu i nie zamącenia porządku, tak wokoło cerkwi, jak i na placach miasta, rozkwaterowano dwie roty wojska i sprowadzono z Brześcia trzy seciny kozaków.

Święto rozpoczęło się o godzinie 7 z rana nabożeństwem świaszczenników, bez udziału archiereja. Serca dominikańskich dzwonów wzięte na sznury, zmuszone były uderzyć po raz pierwszy, jakby na alarm wszczętego pożaru. Z domów, co żyło, wybiegło wszystko przerażone, nie mogąc w pierwszej chwili pojąć znaczenia dzwonowych taktów, ich jęków smutnych a dziwnych. Zrozumiawszy atoli, że i dzwony katolickie stały się ofiarą schizmatyckiej mocy, westchnęli i pokryli się co prędzej po kątach siedzib swoich, jedni ze łzami modlitwy do Boga o łaskę litości w tak wielkiem nieszczęściu, drudzy z przekleństwem na wrogów.

Od godziny 5 rano setki furmanek, przerażonych unickich mężczyzn, przytuliły się do murów za katedralną dzwonnicą, zajęły plac w tyle katedry i na podwórzu katolickiego proboszcza, ludzie siedzieli, chorzy unici leżeli na furach, przed tygodniem jeszcze katowani za swoją wiarę. Dzień był chłodny, lecz nadzwyczaj jasny, zapowiadał więc udanie się przygotowań festynu. Z pierwszym brzaskiem dnia żandarmi i strażnicy kręcili się pomiędzy furami, chcąc przybyłych wokoło cerkwi i na placu miasta ustawić. Okazało się jednak, że ci co leżeli na furach, podnieść się nie mogli, a przybyli po to jedynie, aby uniknąć opłaty 10 rubli kary, za niestawienie się w Janowie na odpust rządowy.

Powiat jednak nie był w kłopocie, że przybyli unici byli chorzy i nie brali udziału w procesyi z archierejem. Na dwa tygodnie przedtem rząd przez sprawników swoich ogłosił za Bugiem, że w Janowie, w oznaczonym dniu, będzie wielkie święto narodowe, a przytem bezpłatne ugoszczenie i napitki dla biorących udział w uroczystości. Ztamtąd więc przez Bug, po lodzie, przybyło do Janowa pieszo około tysiąca mężczyzn i kobiet, było więc kim wyręczyć tutejszych unitów i zapełnić cerkiew, a goście osądzą, że to wszystko z tutejszych unitów nowi parafianie prawosławia. Z zabużanami połączyło się wielu gapiów i motłochu miejskiego, wyczekujących bezpłatnego ugoszczenia, a także mnóstwo żydów, którzy zmuszeni zamknąć swoje kramy i karczmy, radzi byli przypatrzeć się bezpłatnym widowiskom i rzadkim gościom z Janowa.

Dzwony dominikańskie od godziny 7 rano jęczały bez wytchnienia, szarpane ręką wprawnych dzwonników, zmieniających się na tej służbie, a miały tak przez cały ów dzień wybijać nową chwałę caryzmu w Janowie.

Wreszcie o godzinie 10 rano dano znak do procesyi, która sformowała się przy dawnem mieszkaniu biskupiem, skąd miał wyjść archierej,. w otoczeniu rządowych powag, duchowieństwa i ludu.

Wojsko stało wyciągnięte z obu stron w szpaler aż do cerkwi. Archierej jednak, zszedłszy na dół i ujrzawszy sołdatów szeregi, zmienił zamiar pójścia procesyonalnie do nowej cerkwi i zażądał powozu. Dygnitarze więc sami przeszli piechotą, w pół godziny za nimi był i Joanicyusz w cerkwi.

Nabożeństwo trwało do godziny drugiej. Świta rosyjska zajęła wnętrze zboru swojego. Zabużanie i motłoch ścisnęli się na cmentarzu, lud zaś był bardzo zadowolony, że nie był świadkiem komedyi prawosławnych w ich cerkwi.

A działy się tam istotnie komedye, nie odpowiadające godności miejsca modlitwy.

Archierej przemówił krótko, że rad jest błogosławić nowemu, o ile zapewniają go dobrowolnemu związkowi duchownych i ludu z prawosławną cerkwią. Lecz z duchownych młodych wystąpiło kilku z mowami popisowemi, redagowanemi w przeddzień przez delegatów naukowego okręgu i gubernatora Gromeki, depcząc zjadliwie polonizm, latynizm i z arsenału prawosławia grożąc kościołom katolickim. Archierej oratorską mowę przerwał kaznodziei, sprzykrzyło mu się słuchać słów wojennej i niechrześcijańskiej zemsty, oświadczeniem potrzeby uściskania się w cerkwi, jakby przyłożenia pieczęci do braterskiego "wossojedinienija“.

Całowało się więc wszystko, dygnitarze i duchowieństwo nawzajem, ale gdy strażnicy chcieli napędzić unitów do ucałowania w cerkwi archierejskiej ręki, okazało się, że tego nie dokażą bez użycia pomocy kozaków; Gromeka zaś, nie chcąc wywoływać skandalów wobec Joanicyusza i urzędowej Warszawy, zaniechał napędzać unitów do cerkwi, chorym nawet pozwolił odjechać do domów.

Po nabożeństwie, archierej powrócił do mieszkania, a dygnitarze i świaszczenniki pod przewodnictwem Gromeki, szli aleją do pobiskupich gmachów. Lud i gapie, ustawieni zostali wokoło gajów i Gromeka, jako gospodarz, salutował wszystkich po przyjacielsku. Gdy doszli dostojnicy do zielonych gajów, gdzie właśnie stały owe odpustowe beczki że śledziami i spirytusem, Gromeka zatrzymał wszystkich i do narodu wypowiedział mowę. Była ona krótka, bo suchotnikowi głos wypowiedział posłuszeństwo, a kaszel nie pozwolił mu na wietrze snuć długich oratorskich perorów. Mowa więc gubernatorska była strzelista, urywana, a taka mniej więcej była jej treść, przełożona na polski język.

„Pamiętacie zapewne, jedno wiercy, katolickie święta i odpusty. Cóż one wam kiedy dały, gdyście okryci kurzem i znojem, tuliliście się do kościołów i ich ołtarzy, a z głodu i pragnienia omdlewaliście? I owszem, sami musieliście przynieść z sobą pieniądze i podarki na ofiarę księżom, którzy takowe od was ochoczo zbierali. Teraz, gdy Najjaśniejszy Pan przyjął was jako dzieci jednej świętej wiary, rozkazał pokazać wam, jakie to są nasze prawosławne odpusty. Oto widzicie nabożeństwo z archierejem w cerkwi, z rąk którego dostaniecie na pamiątkę święte i drogie obrazy, obfity obiad i napitki dla waszych starszych i urzędników, w gmachu dawnych katolickich biskupów, a dla was, tutaj oto, macie całe beczki spirytusu i śledzi. „Pijtie i zakusywajtie, a budietie pomnit’ prawosławnyje odpusty". Mogitieś za waszewo otca, Wsiemiłostiejszawo naszewo gosudaria, kryczytie „ura"!

Lecz mowa ta, przerywana pauzami, jakby wielkiego namysłu i kaszlem, gdy doszła do finału, w sworsowanem gardle Gromeki zaskrzeczało, kaszel dusić go począł, a nie słysząc ze strony ludu koniecznego okrzyku „hura", jaki chciał wywołać, Gromeka machnął ręką, zamarmotał i ze złości zaklął coś na lud, jakby na nierozumne bydło i posunął się ze zgorszonymi dostojnikami ku biskupim gmachom. Naród stał spokojnie na miejscu, patrząc za odchodzącymi, świaszczenniki uśmiechali się z fiasca gubernatorskiej „rieczy", że przed ludem zabrał głos, do nich właściwie należący.

Usunięcie się dygnitarzy było hasłem do rozpoczęcia odpustowej libacyi. Motłoch i zabużni przystąpili do uczty. Urządzono kolejne krążenie blaszanych kubków i taką samą kolej zaprowadzono przy braniu śledzi z beczek. Pili więc wszyscy, a od godziny 3-ciej z odpustowych beczek ciągnąć poczęli i żydzi janowscy, aby także popamiętać cesarską łaskę.

Tymczasem dygnitaryat prawosławia zasiadł z archierejem u stołów, a członków gmin kilka powiatów, pisarzy, diaków i starostów cerkiewnych umieszczono przy stołach na korytarzach biskupich. Jedna orkiestra rozstawiła pulpity swoje w dziedzińcu biskupim, druga obrała większą przestrzeń na placu miejskim i grały naprzemian wesołe nuty. Arystokraci rządowi czytali tryumfalne mowy, wiersze, ody, ułożone na cześć cara i prawosławia. Duchowni z za kielichów, składali dzięki rozumowi i energii rządu, że stworzył i dał im parafian i wnosili gorące i powtarzające się często trzykrotne „ura“. A wtedy dawano znaki orkiestrom i te, przerwawszy swoje zawrotne łamańce, grały hymn narodowy, rosyjską jedyną nuciły modlitwę za cara „Boże caria chrani“ i wtedy dominikańskie dzwony musiały jęczeć, tłuczone w inny takt na cześć cara.

Joanicyusz, jak nam mówiono, był jak na żarzących węglach w całej tej komedyi smutny i zły, nie odzywał się prawie do nikogo. Przybył do Janowa, posłuszny rozkazom synodu, lecz wiedział napewno, co tu zastanie. Widział wszędzie zewnętrzną okazałość, przewagę siły, komendę wojskową, nawet w cerkwi, która i jego wzięła w swoje obroty. Duchowni, śmiecia galicyjskie, niesforne, jak i beż żadnej nauki, przed gubernatorem na łapkach poniżania się, a dla archiereja bez żadnego szacunku i wobec niego zuchwałe, jak z ulicznej trybuny, wypowiadające wojnę Polakom, kościołowi ich, księżom i obywatelstwu. Ludu prawosławnego, do którego przybył, nie widział zgoła, i owszem, dojrzał między narodem jawną niechęć do prawosławia. A chociaż przyprowadzano przed niego niby nawróconych z „zabłużdienija", aby rozdał im na pamiątkę przysłane od carowej ikony świętych, byli zafrasowani, nie wiedząc co z tym darem mają zrobić, inni takowych wprost przyjąć nie chcieli, oświadczając, że są unitami, katolikami.

„To wy nie jesteście i nie chcecie być prawosławnymi" rzekł łagodnie do nich Joanicyusz po rusku.

„Ne hotyły my i ne hoczemo buty prawosławnyi, no tyi pany naczalniki choczut nas nawrutyty na swoju wiru i nakazały nam tut prybty", odpowiedzieli śmiało unici.

"Kiedy nie chcecie być prawosławnymi, to nie będziecie, zapewnił ich archierej, nikt was do prawosławia zmuszać nie będzie, ale na pamiątkę obrazy te zachowajcie, bo to jest podarek cesarski i Matka Boża Częstochowska".

„Woźmemo my na pamiatku toho szczo każete, ale ostanemosia uniatami katolikami i za naszoho cesarza i za was, budemo mołytysia", rzekli uradowani wieśniacy i ucałowawszy rękę Joanicyusza, przeszli jakby z tryumfem około gubernatora i jego apostolskiej świty, rozpowiadając swoim, co im archierej powiedział.

Gromeka i naczelnicy wściekali się ze złości na taką łagodność i poufność z unitami archiereja, lecz musieli zamilczeć i przetrawić swoje gniewy, bo szło im o doprowadzenie uroczystości do końca i pochwalenia się w telegramach i gazetach ze swoich apostolskich czynności.

Archierej, pomimo nalegania Gromeki i warszawskich gości, nie chciał być świadkiem dalszych hecy, gotujących się w Janowie i nie chciał nocować. Wymawiając się słabością zdrowia, prosił o konie do kolei i tego też dnia wyjechał do Warszawy.

Po wyjeździć archiereja wszyscy byli swobodni. Gromeka wysłał telegramy do cara, carowej, do Synodu, układali też artykuły do pism, przedstawiające porządek uroczystości, oraz wspaniały wygląd miasta, a także wzorową postawę unitów.

Zobaczmy teraz, co w tym czasie działo się na placach miejskich, na ulicach i zaułkach Janowa. Nie potrzeba dodawać, że strażnicy, żandarmi, wojsko, wszyscy byli pijani i nie było komu przestrzegać porządku. Naród, napiwszy się okowity, szedł zakąsić ten ogień śledziem z beczki. Zjadłszy zaś słonego śledzia, wracał zalać ten ogień okowitą, bo śledź słony palił wnętrzności, jak piekło. Nie było kawałka Chleba na zakąskę i kupić tego nie było można, bo sklepy były zamknięte, a panowie biesiadnicy o lud wcale się nie troszczyli. Cesarska uczta, okowita i śledź, od razu spaliła wnętrzności głodnego ludu.

O godzinie 4 po południu każdy z tych odpustowych już był pijanym i nie mógł się trzymać na nogach, i nie mieli sposobu ugasić palącego pragnienia. Czołgało się więc to wszystko do stawku najbliższego i z przerębli, butami czerpało wodę, lub leżąc na lodzie, lizało jego powierzchnię. Usłużni kozacy kręcili się pomiędzy pijanymi, podawali im w butach wodę ze stawu, lecz butów już nie oddawali, a ściągali z nich jeszcze czapki świąteczne i odzież. Biedni, snem zmorzeni, leżeli na lodzie, przy ulicach; wokoło katedry, na placach, gdzie kto upadł tam też wypoczywał, pod ciężkiem brzemieniem schizmatyckiego odpustu. Kozactwo było panem położenia, kradło i zdzierało odzież leżących, a poskarżyć się na nich, nie było komu i przed kim.

Rozdane ikony walały się przy murach dzwonnicy, ogrodu, leżały wokoło katedry, porzucone na ziemi, lub oparte o mury świątyni, jakby oddane do aprobaty i katolickiego poświęcenia, zanimby zawisły na ścianie wiernego unity. Ikony te jednak wyszły stosunkowo najszczęśliwiej, bo na drugi dzień żandarmi pozbierali je, oczyścili i włożyli na powrót do pak.

Wieczór owego dnia „wossojedinienija", był wspaniałą koroną uroczystości, która miała się zapisać w pamięci Janowa i okolic jego. Dzwony o godzinie 6 umilkły. Na zapowiedziane fajerwerki, muzykę, śpiew wojska, ściągały się liczne tłumy ciekawych. Kobiety, nawet dziewczęta ze wsi, biegły ciekawe przysłuchać się rzadkiej kapeli i oglądać cudo ogni najrozmaitszych, czego w życiu nie widziały nigdy. I rzeczywiście Janów zapłonął taką jasnością, że zdała wśród ciemnej nocy zdawało się, że wszystko tam stoi w płomieniach. Biegli więc na to dziwowisko ze wszech stron zaciekawieni ludziska.

Kościół dominikański i dzwonnica, zabrane do użytku prawosławia, były upstrzone lampami, gęsto na drutach przytwierdzonemi. Kościół zdobiły dokoła, a z frontu najbardziej, rozmaitej jasności i koloru wieńce, girlandy, powoje, rozpostarte orły dwugłowe, a we środku tych dziwotwornych rysunków iskrzyły się olbrzymie cyfry cara i żony jego carowej. Orkiestry obie na placach, otoczone pięknem! kołami i kagańcami świateł, wypocząwszy po znojach dziennych, wzięły się energicznie do pracy i grały naprzemiam do godziny 11 w nocy. O godzinie 12 już wszystko spało, zmęczone całodziennym trudem. Pogasły też ognie tej wielkiej illuminacyi, a pozostały po niej tylko brzydkie szkielety okopconych drzew, osmalonych rusztowań, sterczących gwoździ i drutów, pokaleczonych tynków chwilową tą glorią cara, a wszystko wstrętne, jakby cuchnące trupy, resztki bezduszne, rozpustą zużytego człowieka.

Kobiety i dziewczęta, nie mogąc się oderwać od koncertów muzyki i niewidzianych nigdy olśniewającej gry świateł, wracały późno do domów, lecz nie wiedziały biedne, że za rogatkami miasta, czyhają na nie pogańskie kozaki, którzy złupiwszy mężczyzn za dnia, przygotowali się w nocy obedrzeć i kobiety. Krzyk, płacz, rozpacz nieszczęśliwych, nie osłoniły je przed przemocą zbójców, stały się ofiarą ich łupu, tak, że niektóre z nich w jednych koszulinach przybiegły do domów. Przez parę miesięcy nie śmiały pokazać ócz swoich na świat, prawie wszystkie przechorowały ciężko swoją zbytnią ciekawość, kilka nawet kobiet z przerażenia, przeziębienia się i choroby, umarło. Kozacy, nie mając w Janowie nic więcej do roboty, tej samej nocy, z łupami odpustu prawosławia, powrócili do Brześcia.

Nazajutrz, smutne wieści przeraziły janowian, a zwłaszcza panów, urządzających tę odpustową zabawę. Czterech ludzi pijanych, Zabużan, wracając w nocy z Janowa, załamawszy się na Bugu, wpadło pod lód i utonęło. Trzech mężczyzn z okolicy Janowa umarło z apopleksyi. Siedmiu zaś mężczyzn i trzy kobiety, świadkowie odpustowych zabaw, umarło z przeziębienia. Tak więc rosyjski Charon, w odpustowej swej prawosławnej łodzi, przewiózł na tamten świat aż 17 osób, które padły ofiarą schizmatyckiej uroczystości ,wossojedinienija“ janowskiego. Swiaszczenniki przerażeni temi wiadomościami, utracili apetyt do nowych libacyi, jakie mieli rozpocząć pod hasłem nowozawiązanej jedności, a uciekając stąd, pakowali się po kilku na furmanki, aby nie oglądać i nie znać więcej przeklętego Janowa, który im na pożegnanie taką zmorę nasunął.

Jacy apostołowie, taka ich wiara, takie odpusty i przerażające skutki takowych, więc bardzo słusznie mógł się odezwać Gromeka do ludu, zebranego u gajów sztucznych przed beczkami gorzałki i śledzi: „Pijtie i zakusywajtie, abudietie pomnit’ naszyje prawosławnyje odpusty“.

Do dzisiejszego dnia pamiętają Janowianie i cała okolica ten piekielny festyn „wossojedinienija. Na pochwałę tutejszych mieszkańców można to powiedzieć, że oprócz uliczników i motłochu nałogowego, oraz żydów, porządni i pracowici nie brali udziału w tych paradach i trzymali się zdała od ogniska tychże.

Opis powyższy wzięliśmy z korespondencyi Szanownego obywatela p. B. naocznego świadka, łaskawie nam udzielonej. (Przyp. piszącego).

Parafia Pratulin.

Licząca około 1.500 unitów, była prowadzona bardzo wzorowo, przez ks. Józefa Kurmanowicza, proboszcza.

W 1867 roku, za opór swój i nieprzyjmowanie rozporządzeń chełmskiego konsystorza, płaciła kontrybucye, pokutowała w więzieniu za obronę proboszcza swojego, którego rząd często aresztował, jako nieposłusznego Wójcickiemu, wypędzaną była na furmanki i inne ponosiła kary, zwłaszcza za obronę organów cerkiewnych. Pominąwszy przeciąg lat siedmiu, ciągłej takiej walki parafian pratulińskich z prawosławiem, wspomnę już tylko o 1874 i następnym roku, które w historyi tej parafii i unii świętej upamiętniły się krwawemi zbrodniami prawosławia.

Gdy po ks. Józefie Kurmanowiczu, na początku 1874 roku, parafia i cerkiew pratulińska oddaną została prawosławnemu popu, (prawosławny pop, starszy katedralny kanonik, administrator diecezji Chełmskiej Leoncjusz Urban, pochodzący z Galicji.(przyp.adm))i parafianie na zawsze pożegnać byli zmuszeni swojego pasterza, który ich wychował i wykarmił słowem świętej wiary i przywiązał do niej, przejęci żalem bez granic, wystąpili w obronie matki swojej cerkwi, ukryli cerkiewne klucze, zamknęli probostwo i nowego intruza do probostwa i cerkwi wpuścić nie chcieli. Pop prawosławny zawiadomił o tern gubernatora, a ten włożył obowiązek na naczelnika powiatu, żeby lud przyprowadził do porządku i cerkiew oddał przysłanemu przez rząd świaszczennikowi.

Naczelnik powiatu, 22 stycznia przyjechał z rotą piechoty do Pratulina i zagroził parafianom, że zniszczy wszystkich, jeżeli opierać się będą przyjęciu popa. Gdy usłyszał od zebranych włościan, że popu nie pozwolą obecnością jego, a tembardziej prawosławną liturgią, sprofanować ich cerkwi, zażądał naczelnik, aby do rozmowy z nim wystąpili tylko mądrzy parafianie.

„My wszyscy mądrzy jesteśmy, odpowiedzieli, potrafimy cierpieć i bronić naszej cerkwi".

Widząc naczelnik, że parafianie nie zlękli się jego, ani roty wojska, którą przyprowadził na ich koszt i utrzymanie, dnia 23 stycznia z Brześcia i Biały sprowadził jeszcze dwie roty, z dowódcą pułkownikiem Steinem i sto kozaków.

Parafianie, gdy ujrzeli te zbrojne siły, walące się na nich, nie ulękli się, lecz obiegli cerkiew swoją i postanowili bezbronni wokoło niej leżeć i klęczeć, a tak bronić ją, aby schizmatycy tylko po ich ciałach i trupach weszli do ich świątyni.

24 Stycznia, około 10 godziny z rana, wszystkie wojska obstąpiły cmentarz i naczelnik zażądał od parafian, aby mu wydali klucze cerkiewne, przyjęli popa, jako proboszcza, i lud wezwał do rozejścia się.

„Panie naczelniku! odpowiedzieli mu, gdyście zabierali nam organy z cerkwi, a myśmy ich wydać wam nie chcieli, lękająć się sprawosławienia naszej świątyni, wtedy zaręczyłeś, że rząd nie ma zamiaru narzucać nam prawosławia, że chce tylko oczyszczenia naszej cerkwi i wyrzucenia z niej organów. Powiedziałeś pan, że gdyby kto kiedy od nas, lub od naszej cerkwi, zażądał czegoś więcej, to wtedy możemy wszyscy, starzy i mali, wziąć kołki i za wieś przepędzić każdego, chociażbyś nawet ty sam był tym wtrącającym się do naszej wiary i cerkwi. Tyś sam więc nas nauczył i upoważnił, że dziś stoimy w obronie naszej cerkwi i wiary, gdy nam przez popa schizmatyckiego chcecie narzucić prawosławie, a cerkiew świętą sprofanować. Dziś, sądzisz panie swoją własną sprawę i słowa twoje. Nie wzięliśmy jednak z sobą kotków, jakeś to nam kazał, wolimy stać i umrzeć tu bezbronni, przy świętym progu naszej cerkwi".

Naczelnik zawstydzony, chciał wybrać kilku włościan z pratulińskiej parafii i posłać ich do Zabłocia lub Drelowa, aby tam przypatrzyli się ofiarom poległym przy cerkwiach i przekonali się naocznie o straszliwych skutkach oporu przeciwko rządowi.

Odpowiedzieli mu parafianie: „Po co my mamy gdzie chodzić i na cudzą krew patrzyć, niech lepiej stamtąd przyjdą i na naszą krew popatrzą i przekonają się, że ten sam duch, co w nich mieszka, ożywia i nas i ta sama wiara jak dla nich, zarówno i dla nas jest drogą".

Dosłowne, z notatek unitów i z opowiadań zacnych obywateli.

Naczelnik począł wzywać po kilku włościan z gromady i namawiał ich, aby wpływali na resztę i zachęcali do odstąpienia od cerkwi, lecz gdy ci zadość żądaniu uczynić nie chcieli, kazał ich aresztować i do więzienia odsyłać, a następnie z gromady wzywał innych.

Lud widząc, że naczelnik tym sposobem, po kilku, zabierze wszystkich z pod cerkwi, nie usłuchał więcej wezwania jego i pozostał na swem miejscu.

Tu wystąpił dowódca siły zbrojnej, pułkownik Stein, Niemiec i luter zarazem, i narodowi tłómaczyć począł, że ze wszystkich religii, prawosławna jest najlepszą. Lecz gdy mu lud na jego argumenta o prawosławnej religii odpowiadał ze śmiechem i pytał go, dlaczego on sam tej najlepszej religii nie przyjmie a tylko innym każe ją przyjmować, rozgniewany, bliżej otoczył cmentarz wojskiem, rozwinąć kazał sztandar, nabić broń, uderzyć w bębny, zatrąbić na alarm, pójść do szturmu i zdobyć cerkiew, otoczoną dokoła niby wałem, otwartych na strzał piersi i duszą gotową do ofiary życia, bezbronnych jej dziatek.

Na rozkaz do szturmu! oblężeni padają wszyscy na twarze, zaczynają śpiewać, jedni „Kto się w opiekę, drudzy „Pod Twoją obronę", inni „Przed oczy Twoje Panie", a wszystkie te pieśni i głosy zlewają się w jedną modlitwę, w jeden chór, w jeden jęk do Boga. Wszyscy byli gotowi przy cerkwi skonać i krew swoją dać na świadectwo wiary. „Po trupach naszych pójdziecie do świątyni", zawołali parafianie i zaparli drzwi cmentarza.

Pułkownik widząc, że rozkazu jego nie mogą spełnić żołnierze, wskutek przeszkód stawianych im przez parafian, kazał powtórnie zatrąbić i zabębnić, wojsku odstąpić na 10 kroków i otworzyć ogień. Pierwszego męczennika, który padł ugodzony kulą, podnoszą w górę oblężeni, a obnażając piersi swoje; wołają: „dajcie i nam takąż samą śmierć"! Rotowy ogień szedłby bez końca, gdyby kula żołnierska nie raniła towarzysza z przeciwnej strony, atakującej cerkiew. Gdy podniesiono żołnierza, ugodzonego strzałem, popłoch zapanował pomiędzy wojskiem i starszyzną i natychmiast zatrąbili do zaprzestania ognia. Zabitych ofiar ludu było trzynaście, rannych kilkadziesiąt.

Następnie siekierami porąbali żołnierze słupy cmentarza, wywalili parkan i z bagnetem w ręku rzucili się na lud bezbronny. Strzelanie zamieniono na tratowanie leżącego ludu, kolbowanie, kaleczenie go, wreszcie wszystkich, zdrowych i rannych, wiązali żołnierze sznurami i pakowali ich na noc do chlewów, tymczasowych więzień. Nazajutrz rannych oddzielali strażnicy i oddawali ich rodzinom, potem wezwali lekarza i felczerów, do opatrywania ich ran. I wielkiej potrzeba było troskliwości ze strony lekarza i jego pomocników, nie tylko aby wyszukać tych rannych, gdyż rodzina formalnie ich ukrywała, lecz, żeby znalezionego natchnąć otuchą i wymódz na nim przyznanie się, co go boli, zbadać i opatrzyć ranę jego i wystawić mu potrzebę leczenia się, gdyż ranni i ich rodzina mieli to przekonanie, że im nie leczyć się, lecz wypada już skonać za wiarę, pójść w ślady tych, którzy w obronie cerkwi na miejscu padli ofiarami. Stąd wyrodziła się u rannych owa godna podziwu i uwielbienia cierpliwość, z jaką znosili swoje boleści, a moc wiary i gotowość na męczeństwo, krzepiąc ducha, mężnie też podtrzymywała i zbolałe ich ciało.

Po katastrofie naczelnik sprowadził natychmiast popa odbił drzwi cerkiewne i nie pozwolił włościanom pogrzebać ich męczenników, lecz sam z popem i żołnierzami pochował ich, następnie kazał zrównać mogiłę z ziemią i udeptać ją.

Następnie zaludniły się więzienia brzeskie, bialskie i siedleckie, spokojnym i pracowitym pratulińskim ludem a kontrybucyą obłożył Gromeka i najbiedniejszych. Trzy roty piechoty zostawił naczelnik na żołdzie i utrzymaniu pratulińskich parafian dla bezpieczeństwa popa i diaków.

Lecz pomimo tych surowych środków i ostrożności ze strony naczalstwa, pomimo ofiar krwi, obecności wojska, strażników i żandarmów, mężni parafianie idą do swojej cerkwi pod wodzą Konrada Greczuka, znakomitego człowieka, stają przed ołtarzem i wobec swoich nieprzyjaciół odzywają się głośno do popa, zbliżającego się do ołtarza: „Wilku! po coś tu wszedł do naszej owczarni. U nas są klucze świątyni, a ty wlazłeś tu przez okno jak złodziej, lub wyłamałeś drzwi jak zbójca. My nie owce twoje, a ty nie nasz pasterz. Daj nam pokój, prosimy cię w imieniu ojców i dzieci naszych w imię krwi męczenników naszych, pójdź sobie precz z naszej świątyni, zostaw nas samych". Popi na taką odezwę ludu, powtarzającą się ciągle, jedni wyjeżdżali natychmiast z parafii i prosili władzę rządową, aby ich uwolniła od mieszkania w Pratulinie, gdzie tyle ściga ich przekleństw i nieprzyjemności, drudzy zawzięci, zostawali i dla swego bezpieczeństwa sprowadzali jeszcze więcej wojska na koszt włościan.

Wreszcie, dowodzący pułkownik Stein, stanął na czele żołnierskich rot i silił się lud uspokoić innym sposobem. Zęby biednych włościan wypadały wyłamane własną pięścią dowódcy. Bił ich kolanem, kijem, kopał nogą, bił ich w głowę, w piersi, w twarz, w brzuch i gdy się ofiara oblała krwią płynącą wszystkiemi porami, na dokończenie tyranii, chwytał za włosy, rzucał skatowanego na ziemię, a potem kazał go jeszcze wiązać i odstawić do więzienia siedleckiego, lub do Biały. Naoczni świadkowie opowiadali, że Stein, od barbarzyńskiego takiego spracowania się, cały drżący ustawał i omdlewał, a wtedy żołnierze odprowadzali go na bryczkę lub sanie, i wolno wieźli go do Janowa. Często dzień cały przeleżał i nie pokazywał się w Pratulinie, lecz nazajutrz, na niepomyślne raporta strażników, zrywał się, szatan weń na nowo wstępował, krzepił go swoją siłą piekielną i do Pratulina przywoził, a wtedy, prawosławną swoją misyę, z taką samą jak pierwej gorliwością, dalej prowadził. Jeżeli nieszczęśliwy włościanin miał imię Jozafat, za zuchwalstwo rodziców co nienawistne dali mu to imię, srodze odpokutować musiał, tyranowi zdawało się, że katując prostaczka, ma zaszczyt w nim swoją zemstę na samym arcybiskupie połockim wywierać!

Zabici w obronie pratulińskiej cerkwi są następujący gospodarze:

1)
Bojko Łukasz, z Zaczopek,

2)
Bojko Konstanty, z Zaczopek,

3)
Kiryluk Filip, z Zaczopek,

4)
Hawryluk Maksim z Derła,

5)
Leoniuk Wincenty, z Krzyczewa,

6)
Karmaszuk Daniel z Łęgów,

7)
Osypiuk Bartłomiej, z Bohukał,

8)
Hryciuk Anicet, z Zaczopek,

9)
Wasyluk Onufry, z Zaczopek,

10)
Franczuk Ignacy, z Derła,

11)
Andrzejuk Jan, z Derła,

12)
Wawryszuk Michał, z Ołszyna,

13)
Łukaszuk Konstanty, z Pratulina.

W końcu 1874 i na początku 1875 roku, spadła na biednych pratulinian, druga ciężka próba, zbierania podpisów na prawosławie. Naczelnik i wojskowi przywódcy, dopuszczali się strasznych tyranii na biednych parafianach pratulińskich, zmuszając ich do podpisów na schizmę i to przez ciężkich dwa miesiące. Zasłużony i sędziwy łaciński proboszcz z Pratulina, ks. Tomasz Bujalski, został w tym czasie rozporządzeniem Kotzebuego wydalony, a kościół w Pratulinie zamknięty, z obawy, aby unici nie byli podtrzymywani przez kościół i proboszcza w swoim uporze i przywiązaniu do ich świętej wiary.

Krew unitów lała się strumieniami i od tej kaźni nie był wolny starzec, ani kobieta, ani dziecię, wszyscy przechodzili ten czyściec i jak uboga pratulińska unicka świątynia.

Podziurawiona kulami żołdactwa, tak też ciało biednych pratulińskich parafian poszarpane było nahajkami srogich siepaczów prawosławia.

Zboże, dobytek włościan, poszedł na wypas darmozjadów żołnierzy, konie zaprzężone były ciągle do wozów i gospodarze pędzeni na bezcelowe furmanki o mil kilka, potem konie zostały sprzedane na licytacyi, na zapłacenie zaległej kary. Śnieg i błoto z dróg i gościńców zbierali rękami wyznawcy, ich kobiety i dzieci. Więzienia zapełniły się pratulińskimi parafianami, a niektórych z nich trzymano po siedem lat w ciężkiem zamknięciu. Bito ich okropnie, a następnie te szkielety ludzkie, jeszcze dyszące życiem, o czarnej skórze a z duszą anielską, wysyłano w głąb Rosyi.


Oto nazwiska i imiona niektórych wywiezionych do Rosyi z pratulińskiej parafii:

1) Jakób Niczyforuk,
wysłany w głąb Rosyi z żoną i starszemi dziećmi.

2) Jerzy Makaruk z Derła,
przebył 7 lat ciężkich w więzieniu bialskiem, w tym czasie stracił żonę, pozostawił gospodarstwo i troje dzieci sierotek na opiece sąsiadów.

3) Jawdokim Maciuk z Derła,
przecierpiał siedm lat więzienia, pozostawił żonę i dwoje dziatek.

4) Stefan Matfiejuk z Łęgów,
zniszczony na gospodarstwie, po siedmiu latach więzienia, wywieziony na wygnanie, pozostawił żonę i dwoje dzieci.

5) Andrzej Tomaszuk z Łęgów,
siedział w więzieniu bialskiem i jego żona także, on wywieziony został po 7 latach do Rosyi, a żona powróciła do dzieci sierotek.

6) Jozafat Łazaruk z Zaczopek,
przecierpiał 6 lat więzienia, wywieziony, pozostawił osieroconą rodzinę.

7) Emilian Semeńczuk,
wywieziony po 6 latach więzienia, pozostawił żonę i 4 dzieci.

8) Polikarp Pyżuk,
zrujnowany na gospodarstwie i więziony długo, wreszcie od dzieci sierot wysłany do Rosyi.

9) Andrzej Osypiuk z Zaczopek.
wyznawca wiary i wysłany do Rosyi więzień.

10] Teofil Szaniawski.
wyznawca wiary i wysłany do Rosyi więzień.

lljJan Mieluńczuk.
wyznawca wiary i wysłany do Rosyi więzień.

12) Andrzej Kaczan,
wyznawca wiary i wysłany do Rosyi więzień.

Parafia oprócz tego, że każdy z gospodarzy, przez kilka miesięcy, tracił wszystko co miał, na utrzymanie żołnierzy jako to: dobytek, trzodę, drób, zboże, kartofle, etc., musiała za upór swój zapłacić kontrybucyi 60.000 złotych, którą ściągano drogą licytacyi z wszystkiego, co tylko przedstawiało jakąkolwiek wartość. Z wywiezionych do Rosyi, do 1880 roku, większa połowa zmarła już na wygnaniu.


Parafia Kornica.

Licząca przeszło 1.500 dusz, w 1867 roku, w czasie „oczyszczania obrzędów" i wyrzucania organów, zapłaciła do 15.000 złotych kontrybucyi za nieuległość rządowi, pokutowała w więzieniach i wysłano stąd kilku gospodarzy do Rosyi.

W 1874 roku, dnia 19 grudnia, weszły trzy roty piechoty z kozakami, do wsi, a nazajutrz naczelnik, sztabskapitan Klimenko, po zapytaniu unitów, czy przyjmują prawosławie i otrzymaniu od nich odmownej odpowiedzi, kazał obdzielić wszystkich po 25 nahajów i wypędził ich do zgarniania śniegu. „Jeżeli pokonacie z zaziębienia, mówił Klimenko do unitów, to lepiej, ci co pozostaną przy życiu, przyjmą prawosławie".

Mężczyźni i kobiety na mrozie, z odkrytemi głowami, musieli zaspy śniegu z dróg i gościńców zwalać na pola i ogrody przyległe, a potem, ten sam śnieg z pól i ogrodów, sypali napowrót na drogi i deptali go nogami. W czasie mrozów, włosy unickich wyznawców, kobiet i dzieci przymarzały do głowy.

W wigilię Bożego Narodzenia, we wsi Szpakach, Klimenko kazał zebranych otoczyć kozakami i strażnikami i trzymać ich całą noc na mrozie i z odkrytą głową, za to, że lud zgartując śnieg, na 400 kroków nie zdjął czapki przed tyranem. Po odjeździe Klimenki, kozacy z litości pozwolili ludziom włożyć czapki na głowy, lecz strażnicy poczęli za to kozakom wymyślać, a ci znowu ich przeklinać i ich pana, który tak głupią karę na ludzi wymyślił. Wszczął się tedy hałas i kłótnia pomiędzy kozakami i strażnikami, z czego unici korzystając, położyli się wszyscy i przytulili do ziemi. Nikt ich już wtedy nie pilnował, źli rozeszli się kozacy, jeszcze gorsi byli strażnicy. Była to wigilia Bożego Narodzenia, naród godnie i świątobliwie ją obchodził, nocując na śniegu z całem rodzeństwem swojem, aby tak powitać wielką rocznicę narodzenia Betleemskiej Prawdy, za którą dziś znosił ciężkie prześladowania.

Nazajutrz, w dzień Bożego Narodzenia, zwołał naczelnik Klimenko włościan z Kornicy, Szpaków, Wolima i Kobylan, wiosek składających kórnicką parafię i rzekł im: „Ponieważ chce się wam być katolikami i Polakami, dostaniecie starsi po 100 nahajów, a młodzi i kobiety po 50, będzie to dla was mój podarunek i na wasze katolickie święto hojna kolęda". Rozkaz ten straszny wykonywano przez cały dzień, wszyscy wyznawcy otoczeni wojskiem, jęczeli i cierpieli

Na drugi dzień ta sama przemowa Klimenki i ta sama kara po 50 i po 100 nahajów.

Na trzeci dzień powtórzyły się te same katusze wyznawców wiary, lecz dla niektórych poważniejszych i wpływowych gospodarzy liczbę nahajów z przyczyny trzeciego dnia świąt polskich, jak mówił Klimenko, podwoił barbarzyńca.

Na czwarty dzień przygotowano stosy rózek i kijów i na silnym mrozie kozacy obnażali wszystkich mężczyzn i kobiety i bili ich na rozkaz Klimenki od 50 do 200 uderzeń. Po tych 4-ch dniach barbarzyńskiej kolędy i pokrwawieniu ludzi, Klimenko dał wprawdzie na parę dni wypoczynek biednym, lecz karać lud począł licytacyą trzody i zabieraniem dla wojska najlepszych wołów. Właściciel wołu był obowiązany własnoręcznie go zabić, jeżeli zaś rozkazu nie usłuchał, dostawał za karę 100 nahajów. Więc każdy z gospodarzy odbierał tę zapłatę, gdyż nikt bydlęcia swego zabijać nie chciał. Robocze woły, krowy, trzoda chlewna, owce, zboże, słowem wszystko szło na wykarmienie pomocników Klimenki i jego samego, a na opał szły wszystkie zagrody, płoty, parkany. Kiedy w dzień pędzono gospodarzy z furmanką bez żadnego celu od wsi do wsi, od jednej gminy do drugiej i głodzono, zabijając człowieka, jak i jego bydlę, które razem ze swym panem znosić musiało ciężar jego prześladowania za wiarę, pozostałe kobiety i dzieci codziennie były przez kozaków batożone, aby gdy wrócą na noc ich ojcowie do domów, jękiem rozpaczliwym rozbrajały ich stałość w wierze.

Dnia 21 stycznia, naczelnik Klimenko popędził wszystkich ze wsi Szpaków w procesyi, otoczonej przez kozaków i piechotne wojsko do kancelaryi kórnickiej i tu rozpoczęło się odnawianie ran, nie zagojonych jeszcze po niedawnych nahajkach. Bito od 150 do 300 razy, ofiary zemdlałe rzucano w śnieg, polewano je wodą lub wódką i znowu bito; spodziewali się moskale tym sposobem wydobyć ostatecznie odstępstwo od wiarj’, lub zabić upartego „Palaka“, a za to Klimenko, wobec wyjątkowego prawa nahajki i swojego apostolstwa, nie lękał się odpowiadać.

Tak trwało ciągle i codziennie aż do 27 stycznia i lud zbatożony, ranny i z odbitem od kości ciałem cudem Bożym jeszcze przy życiu zostawał. W tym dniu przybył do kórnickiej parafii naczelnik straży ziemskiej powiatu siedleckiego, sztabskapitan Gołowińskij, ulubieniec Gromeki, człowiek młody, układny, a zwierz straszny duchem. Gromeka przysłał go do kórnickiej parafii, aby wyręczył naczelnika Klimenkę w szczepieniu prawosławia, gdyż osądził, że Klimenko za głupi i nie dość energicznie działał, dał mu więc „wygowor“ i oświadczenie niełaski swojej.

Gołowińskij zgromadził naprzód wszystkich z Kornicy starych i małych od 16-stu do 80 lat i każdego zapytywał czy się buntować będzie przeciwko cesarzowi. Każdy tak zapytany odpowiadał, że się nigdy przeciwko cesarzowi swojemu nie buntował i buntować nie będzie, lecz ponieważ odpowiedź podobna była hardą w rozumieniu Gołowińskiego, gdyż każdy powinien myśl jego odgadnąć, oraz cel jego przybycia i poprostu oświadczyć, że prawosławie przyjmuje, a wtedy tylko da rękojmię, że się przeciwko cesarzowi buntować nie będzie, skazywał każdego na 200, 300 i 400 nahajów.

Strach pomyśleć, jak ciężką była ta próba dla męczenników z parafii Kornicy, z których połowa leżała zbroczona we krwi, nieczuła, prawie bez życia, a druga połowa zawodziła rozdzierające żale nad własną i drugich katuszą. Żołnierze nawet litością swoją demoralizowali się, podług zdania Gołowińskiego, nie bili z taką siłą, jak on kazał i bił sam, stąd też ustawicznie zmieniał żołnierzy, sam tylko silny i niezmienny swoją dzikością, pozostał i wytrwał najdłużej.

Nazajutrz, 28 stycznia, Gołowińskij zwołał drugą połowę parafii ze wsi Szpaków, Walima, Kobylan do Kornicy i powtórzył tę samą straszną historyę z dnia poprzedzającego. Naprzód kazał zebranym odwiedzić sąsiadów swoich, męczenników wsi Kornicy, obejrzyć rany ich i przysłuchać się ich jękom, następnie przystąpił do katowania ich samych.

Pomiędzy mieszkańcami wsi Szpaków, powołanymi jako unici, znajdował się łacinnik, należący do kościoła i parafii w Górkach. Gdy dano znać księdzu Rajmundowi Kamieńskiemu, proboszczowi z Górek, że katować będą i jego, parafianina za wiarę, gorliwy kapłan natychmiast pojechał do Gołowińskiego zaprotestować przeciwko męczeniu jego owieczki. Lecz po 24 godzinach już nie było tego kapłana w parafii, przyszedł rozkaz telegrafem od Gromeki wypędzić księdza Kamieńskiego do Lublina, a następnie musiał ten kapłan po drugiej stronie Wisły szukać dla siebie przytułku, pracy i chleba.


W dniu tym, Gołowińskij wypuścił na wolność obitego łacinnika, lecz tak okropnie bito parafian Kornicy, że gospodarz:

1) Jan Kimicki,
skonał pod nahaj kami kozaków.

2) Katarzyna Piałucka, ze Szpaków,
od pobicia umarła na drodze.

3) Józefa Moro, z Wolima,
została także zabitą.

Po wsiach urządzone były szpitale na rannych, każdy dom zresztą był tym szpitalem okropnym. Gołowińskij wszystkie swoje siły wytężał, a tak dzikie i straszne, że rzekłbyś, że sam dyabeł dał mu swoją głowę i szatańską moc do walki z kościołem. Pracował, aby się Gromece, swojemu panu, zasłużyć, lecz widział zrozpaczony, że swojego dzieła nawrócenia ludzi na prawosławie, przeprowadzić nie zdoła.

Codziennie każdego gospodarza z listy czytano, przyprowadzano Gołowińskiemu a raczej przynoszono i tyran ten zapytywał jęczącą ofiarę, czy prawosławie przyjmuje. Po przeczącej zawsze odpowiedzi następowało nowe obatożenie po plecach, po brzuchu, lub piersiach, aby wyznawca wiary i Polak był na całem ciele swojem, jak Zbawca Odkupiciel jego, okryty ranami.

Gołowińskij z kozakami odwiedzał tych, którzy dla słabości ruszyć się z domu nie mogli, ani się stawić na jego wezwanie, a wtedy gdy leżąc, okryci ranami, odpowiadali na jego zapytanie, że o niczem już więcej nie myślą, tylko aby po katolicku skonać i stanąć na sąd Boży, w swojej obecności kazał rozciągać dzieci ich od lat 10-ciu i bić nahajkami, następnie ojca ich lub matkę chociaż pokaleczonych i wołał wtedy rozjuszony: „W śmiert’ ubiju was wsiech Polaki, jeżeli nie prijmiotie prawosławia“.

„Sam pan widzisz, odpowiadali z jękiem męczennicy, że ci łatwiej jest nas zabić, niż nam przyjąć prawosławie".

Zemdlałych oblewali kozacy wodą, lub wnosili śnieg do chaty i zasypywali nim swoją ofiarę, wśród jęku i rozpaczy dziatek małych. A ileż to tych dzieci skonało ze strachu lub pomarzło, ukrytych na strychu domu, nie mogąc w chacie znieść widoku własnego ojca lub matki zbitych i pokrwawionych, drżąc przed kozakami i przyjściem szatana Gołowińskiego. Bardzo wiele dzieci z przeziębienia i głodu skonało, nie było komu ich leczyć, nie było strawy do życia, tembardziej nie było dla nich i lekarstwa. Byli to mali męczennicy, godni imienia i krwi swoich ojców i matek, wyznawców wiary świętej.

Marł lud męczeński za wiarę, konały jego dzieci, zdychało biedne bydlę, któremu nie było komu rzucić garść słomy do przeżucia. I to trwało okropnych 10 tygodni, w których każda minuta nieledwie była strasznym wiekiem, a lała się krwią męczeńską.


W dalszym ciągu pokonali śmiercią męczenników za wiarę świętą następujący unici z parafii Kornicy:

1)
Jan Piałucha,

2)
Antoni Karpiński,

3)
Dawid Szysz,

4)
Prokop Suszka,

5)
Feliks Peczyński,

6)
Andrzej Jaworski.


Następujący wyznawcy i męczennicy wiary z parafii Kórnickiej zostali wysłani do Rosyi:

1) Jan Piotrowski,
wywieziony od dzieci i gospodarstwa.

2) Józef Wereszko,
pozostawił pięcioro dzieci.

3) Jan Tymicki,
pozostawił pięcioro drobnych sierotek.

4) Paweł Szysz,
pozostawił sześcioro dziatek, żonę i gospodarstwo.

5) Stefan Piotrowski,
pozostawił sześcioro dzieci, żonę i gospodarstwo.

6) Michał Warecki.
samotny

7) Grzegorz Piałucha,
pozostawił czworo dzieci.

8) Karol Piałucha,
pozostawił troje dzieci.

9) Michał Joachimiuk,
troje dzieci.

10) Grzegorz Horbowski,
czworo dzieci.

11) Symeon Jańczuk,
zostawił pięcioro dzieci i chorą żonę.

12) Leon Puniewski,
z żoną i dziećmi uciekłszy z wygnania, mieszka w okolicy Krakowa.

Większa ich połowa do 1880 roku w Rosyi skonała.

Oprócz tych gospodarzy jeszcze kilkunastu wywieziono w głąb Rosyi, lecz nazwiska ich nie są zanotowane.

Oprócz dokonania tych niesłychanych barbarzyństw, zabójstwa, morderstwa, kalectwa na całe życie spokojnych i bogobojnych unitów parafii kornickiej, oprócz przyprowadzenia czterech wsi, to jest: Kornicy, Szpaków, Walima i Kobylan, składających kórnicką parafię, do materyalnej ruiny, z parafii jeszcze kórnickiej ściągnięto drogą licytacyi około 80.000 złotych polskich kontrybucyi za upór jej i nieprzyjęcie prawosławia.


Parafia Mszanna.

Ta parafia licząca 800 dusz, w 1867 roku, w walce z prawosławną dążnością rządu, o odnowienie czystości obrzędów unickich i wyrzucenie organów, poniosła dotkliwe straty materyalne, przesiedziała w więzieniu czas długi i wycierpiała kozackie nahajki.

W 1868 roku, w Styczniu, za śpiewy polskie w cerkwi parafia zapłaciła kontrybucyę, nałożoną przez naczelnika powiatu.

W 1871 roku, w miesiącu Czerwcu, gdy rząd wydalił ks. Telakiewicza i przeznaczył do Mszanny nowego popa, zebrali się parafianie z okolicznych wiosek i popa nie wpuścili do cerkwi. Lecz, gdy on siłą wdzierać się począł i chciał koniecznie prawić swoje nabożeństwo, kobiety wówczas wystąpiły i zakrzyczały go.

„Idź sobie, my ciebie nie znamy i znać nie chcemy. a jak wejdziesz, to cię z cerkwi naszej wyrzucimy, ty już prawosławny, a my chcemy być i jesteśmy katolicy".

Z otrzymanych wiadomości od naocznych świadków i zebrane z notatek samychże unitów. (Przyp. piszącego).

Strażacy i kozacy byli przygotowani już z polecenia naczelnika i na cmentarzu poczęli rozciągać kobiety i bili je nahajkami do śmierci.


Tak była zabitą:

Marya Czajkowska,

Elżbieta Czajkowska,

Marya Stefaniukowa,

Oksenia Ryżkowska.

Wodą polewano je jak na pośmiewisko, gdy zaledwie ostatki życia w nich się kołatały. Od samego widowiska tych katuszy, lud z żalu płakał i mdlał i wielka łaska Boża, że zrozpaczony, nie rzucił się na swoich oprawców i nie wszczął wojny z barbarzyńcami. Kobiety pomarły męczeńsko, osierocając dzieci swoje.

Dnia 13 Czerwca, przyszło do parafii liczne wojsko, jednocześnie przyjechał błagoczynnyj Kalinowskij z popem i przez urząd wójta nakazał wszystkim parafianom zebrać się do cerkwi, aby w obecności jego, przypatrzyli się, jak nowy pop prawić im będzie nabożeństwo.

Kobiety, spostrzegłszy tego samego popa, poczęły krzyczeć: „A toż to ten sam wilk, który nas kaleczył i zabijał niedawno, a wy go wprowadzacie do owczarni, dajcie nam pasterza nie wilka, bo my wilka wypędzimy", i to mówiąc, kobiety z marsową miną zbliżały się już do popa.

Pop widząc, że to nie żarty, i że prawosławie jego nie ma szczęścia u ludu, unikając starcia z kobietami polskiemi, drapnął co tchu, gubiąc kapelusz i swoją laskę pasterską, którą kobieciska, mszcząc się zapewne, na tej charakterystycznej oznace prawosławnej jurysdykcyi popów, połamały na kawałki i wyrzuciły ją za uciekającym.

Lecz bohaterstwo to swoje dzielne parafianki ciężko, bo krwią własną okupić musiały. Tuż za niemi ukryci kozacy, strażacy z pisarzami, wdarli się na cmentarz i nahajkami katować je poczęli, potem rozciągali pojedynczo biedne kobiety na świętej ziemi cmentarnej i siekli je straszliwie. Błagoczynnyj Kalinowskij, dopadł do bryczki swojej i popędził do domu, pop zaś zaryglował się i zamknął na plebanii. Skatowane ofiary jęcząc w niebogłosy, ruszyć się nie mogły z miejsca, tak, że wójt zmuszony był na furmankach rozwozić je po wsiach do ich domów.

Naczelnik wytoczył śledztwo, aby się dowiedzieć, kto z parafian był obecny przy cerkwi, w czasie wizyty błagoczynnego i ukarać ich, lecz gdy wszyscy bez wyjątku oświadczyli mu, że byli obecni przy tej uroczystości, i gotowi są zarazem przyjąć następstwa swego zachowania się, naczelnik skazał wszystkich mężczyzn w parafii na zapłacenie po 10 rubli, a kobiety po 5 rubli kontrybucyi od osoby. Oprócz tego, trzy roty piechoty i 200 kozaków parafia była obowiązaną żywić przez miesiąc, a w przeciągu tego czasu powoływano ich codziennie, dla dowiedzenia się, czy te kary nie złamały uporu parafian i czy nie zgodzą się już na przyjęcie przeznaczonego popa. Lud jednak wierny, niosąc nędzę swoją jak Krzyż Pański, chciał go dźwigać już do końca, więc był stałym w swoich postanowieniach i takie też na zapytania naczalstwa odpowiedzi dawał.

W tym czasie wydelegowanym został przez Gromekę włościański komisarz powiatu Bułhakow, aby swoją niepolicyjną pozycyą i wymową i powszechnym szacunkiem jaki miał pomiędzy włościanami, wpłynął na upartych unitów parafii Mszanna, przekonał ich o potrzebie uległości rządowi i do przyjęcia popa ich nakłonił.

Bułhakow, był to człowiek miły, uprzejmy i dobrze wychowany, oczytany, lecz przy tern liberał polityczny i religijny, nie wiele wglądający w zasady jakiejkolwiek religii, a tembardziej swojej prawosławnej, z której niekiedy pozwalał sobie nawet szydzić otwarcie i wyśmiewać się. Takiego człowieka wybrano na apostoła prawosławia, do upartej Mszanny, i obowiązek ten spadł na Bułhakowa jak piorun.

„Niczem jest dziś archimandryt, protopop, w porównaniu ze mną, mówił do zaufanych, śmiejąc się ze swojej misyi, a jednakże wolałbym być studentem u felczera, lub chłopcem młynarza, niż ludzi odwodzić od ich wiary, gdy pierwsza lepsza baba może mnie zawstydzić i dowieść, że lepsza unia niż prawosławie".

Bułhakowa misya w Mszannej zasługuje na wspomnienie, z której odpowiednio do swego stanowiska i pojęcia tej brudnej sprawy, wywiązał się tak, że ani ludu nie przekonał do prawosławia i przyjęcia przeznaczonego popa, ani też zmazał ręce swoje barbarzyństwem katowania ofiar niewinnych broniących swojej wiary i sumienia.

Rozpoczął poselstwo swoje od odesłania jednej roty wojska do Siedlec, aby ulżyć biednym utrzymania tylu darmozjadów, spodziewał się tem pozyskać na wstępie przychylność i zaufanie ludu. Gdy na wezwanie jego zebrali się parafianie, począł przedstawiać włościanom ich biedę, do której przyszli przez ciągłe opłacanie kontrybucyi, licytacyę dobytku, więzienia i kary nawet cielesne, jakich nie znali ich ojcowie.

„Oj święta prawda. Wielmożny Komisarzu Dobrodzieju! zawołali ludzie. Nie znali tego nasi ojcowie, nie znali co my cierpimy"!

Zdawało się oratorowi, że trafia do przekonania słuchaczy, więc śmielej ich atakuje i wystawia im, że lepiejby było pracować na polu, niż czas tracić i marnować zdrowie w więzieniu, lepiejby było grosz zaoszczędzony zostawić dzieciom i schować go na podatki, niżeli nieść go na opłacenie niepotrzebnej kontrybucyi, że wreszcie, na cóż się przyda ten opór i to cierpienie tak okropnej, poniżającej i ustawicznej ich kary, która się nie skończy i skończyć nigdy nie może, dopokąd będą uparci i nieposłuszni.

„To czegóż te rozbójniki od nas chcą. Wielmożny Komisarzu! zawołali z płaczem włościanie, kiedy my jesteśmy posłuszni i wszystko robimy co Najjaśniejszy Pan nam każe! Niech Wielmożny Pan"!...

Tu starsi z ludu, z widoczną proźbą chcieli wystąpić do Bułhakowa, aby się wstawił za niemi.

Widząc zakłopotany Bułhakow, że sam wstęp jego argumentacyi traci grunt, na którym chciał oprzeć dalsze wywody i prowadzi do wręcz przeciwnych i niepożądanych celów, mówca przerzuca się co prędzej na pole mniej drażliwe, wpada na swój ulubiony temat indyferentyzmu o wierze, i poczyna ludowi dowodzić, że każda wiara święta jest dobra, tak katolicka jak unicka, a unicka jak prawosławna.

Naród, słysząc pierwszy raz naczelnika ruskiego tak łaskawie i poufnie przemawiającego do nich i rozprawiającego o wierze bez nahajki w ręku, ośmielony tą argumentacyą, odzywa się:

„Ale nasza unicka, rzymsko-apostolska wiara, najświętsza i najlepsza, Wielmożny Komisarzu, to też ją dlatego wszyscy wolimy niż schizmatycką prawosławną, która się odszczepiła od Rzymu".

Bułhakow widząc, że w rozprawie z ludem o wierze jest studentem, z dogmatycznego rozumowania wpadł na prawne i napominać począł lud, aby kapłanów swoich i pasterzy, których im duchowna władza przysyła szanowali, słuchali ich, i nie czynili im żadnych obelg, bo za to czeka ich surowa kara i duchowna i świecka.

Na to starsi z ludu odpowiedzieli mu śmiało :

".Cały wiek nasz. Wielmożny Komisarzu, szanowaliśmy ojców naszych duchownych i pasterzy, dopokąd przysyłani byli do nas przez władzę duchowną unicką. Lecz tego, co go nam przysłał z Janowa pan naczelnik Kutanin, a wójt z pisarzem i strażnicy do cerkwi naszej wprowadzić go chcieli, tośmy go dwa razy przepędzili i dalibóg wypędzimy trzeci raz, jak wilka z obory, a może go i poturbujemy jak będzie uparty“.

Dalsza argumentacja z ludem była już niepodobną, zrejterowal Bułhakow, gdyż widział, że w kwestyi, w której mu kazano być magistrem, jest niedouczonem chłopięciem. Zdał więc z Mszanny gubernatorowi raport, że nawrócić lud na prawosławie jest rzeczą niemożliwą.

Lecz tu nasuwa się samo przez się pytanie, dlaczego Bułhakow będąc panem swych argumentacji i nahaja, tego ostatniego nie użył, ku zbudowaniu i przekonaniu narodu, lecz wolał placu ustąpić, przyznając się zaszczytnie do swojej nieudolności i niemocy, szanując zarazem moc ducha w narodzie i jego religijne przekonanie?

Odpowiedź na to bardzo łatwa. Bułhakow i podobni mu byli ludźmi, ludźmi światłymi, więc szanowali siebie, szanowali lud i jego przekonania ; nahajkę i przymus brutalny w rozwiązaniu sporów sumienia i religii, uważali za nikczemny zabytek barbaryzmu, z którego w Polsce tak się oni otrząsnąć pragnęli. Inni zaś panowie, takiego materyału i kroju jak Kotzebue, Gromeka, Klimenko, Gubaniew, Dewel, Gołowińskij, Kaliński, Kotów, Aleszko, Wolańskij, etc., etc. byli to ruskie „stupajki‘", mniej, lub zupełnie ograniczone, po większej części bez wychowania, dyszące wrogo przeciwko wszystkiemu, co w kraju jest polskiem i katolickiem, dla których metą ostatnią ich kursów na arenie „czynno wnictwa" był order, grosz, pochwała starszyzny, a gdyby to jeszcze na polskiej ziemi, donacja lasów, pól i wiosek całych, po zabitych lub przepędzonych w głąb Syberyi i Rosyi unitach!

Piszę bez żadnej przesady, że ile razy zdarzyło nam się słyszeć lub widzieć niektórych z wymienionych tu panów, w czasie srogiego ich apostołowania, widziałeś na spodlonych ich twarzach pewne zadowolenie i dumę zwierzęcą, że mogą przelewać krew bezbronnych unitów, lub wynaleźć jaki sposób nieznany dotychczas, a bardziej piekielny, mordowania tych niewinnych ofiar.

To też i publicznie te bydlęta chwaliły się, jak jeden z nich wprawnie wybijał zęby unitom i tyle ich wybił w czasie apostołowania swojego, że zebrane do woru, jak mówił, te zęby przeważyłyby go pewnie na szali. „I za to ja 200 rubli tylko dostałem całej nagrody! Tak boleśnie zawiedziony apostoł odzywał się. Drugi z nich opowiadał, jak silnie nogą uderzał upartego unitę i na ile kroków biedny odpadał od niego. Trzeci znowu chwalił się, jak zręcznie i trafnie uderzał w twarz unitę, że w jednej chwili krew tryskała gębą i nosem i morda (sic) puchła, że rozpoznać nie było można czy to łeb czy... Inny, jak kobiety unickie za uszy podnosił w górę.

Lecz wolę już zamilczeć i oszczędzić czytającemu uczucie zgrozy, jakiej piszący to sam doświadczał, gdy słyszał z ust wiarygodnych powtarzających to i doświadcza obecnie, w notatkach niniejszych wspominając o tem.

Naczelnicy i czynownicy ruscy, to bydlęta , nihiliści ducha i życia, ludzi też innych uważali za bydlęta i tak się też z nimi obchodzili.

Po odjeździe komisarza z Mszanny, naczelnik kazał nazajutrz zaaresztować dwóch bratczyków, za ukrycie kluczy cerkiewnych: Antoniego Czajkowskiego i Symeona Marneńczuka, których po zwykłem skatowaniu i związaniu odesłał do kryminału bialskiego.

1875 roku, dnia 12 Stycznia, do parafii mszańskiej przybyło jeszcze 200 kozaków na koszt parafian. Drzwi cerkwi kazał naczelnik odbić, następnie popa wprowadził i wysłał kozaków i strażników po wszystkich wsiach, aby natychmiast do cerkwi lud sprowadzili. Włościanie zawiadomieni, że w cerkwi czeka na nich pop i naczelnik, ukryli się gdzie mogli, aby nie pójść do cerkwi. Naczelnik straży kazał kozakom szukać parafian po wszystkich domach, stodołach i kryjówkach i siłą sprowadzać do cerkwi kogo tylko znajdą. Pierwszą ofiarą którą przywlekli kozacy przed naczelnika, był Joachim Marciniuk. Na zapytanie, czy pójdzie pocałować popa w rękę, odpowiedział przecząco, i zaraz też na cmentarzu, przede drzwiami w cerkwi z rozkazu naczelnika, dostał 300 nahajów, a woły tego gospodarza natychmiast zostały zarżnięte, na mięso dla wojska. Drugą ofiarą był Michał Kupa, i tego spotkał ten sam los niełaski naczelnika, odebrał 300 nahajów na cmentarzu, a jego woły do zarżnięcia były przeznaczone na drugi dzień.

Widząc naczelnik, że pop jego zmarznie w cerkwi i nie doczeka się hołdu parafian, kazał mu iść do karczmy, cerkiew zamknąć, a sam z kozakami pojechał po wsiach, szukać ludu i upartych nawracać. Od 16-tu lat do najpóźniejszej starości, bez żadnego względu na chorych i poważne kobiety kładli kozacy wszystkich i bili nahajkami. Dzieci i kobiety dostawały od 50 do 100 nahajów, mężczyźni od 100 do 300. Takie batożenie trwało bez przerwy tydzień cały.

Zmordowany bezowocnem katowaniem unitów, naczelnik wybiera mężczyzn z parafii i skrępowanych rozsyła po wszystkich więzieniach w okolicy, aby kobietom bezbronnym wydrzeć dzieci i po prawosławnemu je ochrzcić przynajmiej, a raportem zawiadomić gubernatora, że parafia mszańska dobrowolnie chrzci dzieci swoje u popa.

W tym celu do głównej kwatery swojej we wsi Dziatkowskie, naczelnik sprowadza popa z diakami i każe mu być w pogotowiu, aby jak tylko kozacy dzieci przyniosą, natychmiast je chrzcił.

Lecz zdobyć te dzieci, wyrwać je z rąk matek, okazało się rzeczą nie łatwą, było to jakby zdobyć fortecę opasaną wałami i palisadą, a bronioną działami.

Na pierwszą wiadomość, że pop zjechał „opaskudzić" ich dzieci, jak mówiły włościanki, wszystkie domy we wsiach zostały od wewnątrz formalnie zabite. Kozacy i strażnicy musieli naprzód szukać toporów, kołów, żerdzi, wyjmować bale z parkanów i przy pomocy takowych wybijali drzwi domów. Za drzwiami wznosiły kobiety barykady ze stępów, dzieżek, żarn, układały stosy rozmaitego drzewa, które z wielkim wysiłkiem, przy pomocy kołów potrzeba było usuwać. Oknem do domu dostać się było niepodobna, wiejskie małe okienka były również dzielnie bronione i żołdactwo włazić oknem nie chciało, obawiając się, aby mu kobieta ślepiów nie wykłuła nożem, lub ukropem ich nie zalała. Spróbowano fortelu zaalarmowania wsi, że się pali, sądząc, że kobiety same pootwierają domy swoje, lecz i to się im nie udało, kobiety gotowe były z dziećmi stać się raczej pastwą płomieni, niż te dzieci pozwolić sobie wyrwać na pastwę prawosławia.

Lecz wreszcie pierwszy wał twierdzy zdobyło dzielne wojsko naczelnika. Domy wszystkie poodmykane, żołnierstwa w domach pełno.

„Ot czewo nie niesut dietej"! woła niecierpliwy naczelnik i pop. Żołnierze odpowiadają im, że nie mogą nikogo przynieść, gdyż wszystkie kobiety z dziećmi powłazily w piec, lub na górę w dymnik się skryły, to znowu inne spuściły się z dziećmi do lochu na kartofle, a niektóre wlazły do kurnika pod piec. Jak tu dostać się do kobiet, a raczej do dzieci ich? A jednak rozkaz naczalstwa muszą spełnić.

Więc ciągną i wloką żołnierze biedne matki za włosy, za ręce, za nogi, wśród jęku ich i przekleństwa, a krzyku pozostałych w ukryciu dzieci i reszty domowników. Kozacy, wydostawszy kobietę biją ją bez miłosierdzia nahajkami, aby morderstwem przerazić inne i opór ich złamać. Kobietę tak pobitą jeszcze wiążą, aby im nie przeszkadzała w dalszej ich robocie.

I tak musieli kozacy wydobywać wszystkie i nahajkami im zadawać swój chrzest krwi, a wiązać, zanim dostali się do kobiety lub dziewczęcia, która przytulona w najciaśniejszym kącie, pod kartoflami, lub w lufcie dymnika, ukryła dziecię nieochrzczone. Te zaś zrozpaczone, śmiało oświadczają żołnierstwu, że jeżeli zmuszać ich będą do wydania dzieci, to nie widząc innego sposobu ocalenia je przed schizmą, poduszą dzieci, własnemi rękami.

Gdy doniesiono naczelnikowi i popu że baby „duszat dietiej", a nie chcą je wydać do ochrzczenia, pomysłowy jednak ten moskal przeląkł się swojego szatańskiego pomysłu, przymusowo chrzcić dzieci, i kozakom kazał z domów ustąpić.

Lecz oto inny w tej chwili przedstawia się obraz. Z sąsiednich wiosek parafii, kozacy wiozą konno lub na furmankach kilkanaścioro dzieci do chrztu, owinięte w szynel lub kożuch żołnierski, za niemi zaś w długim szeregu biegną piechotą zrozpaczone matki ze starszemi dziećmi i inne kobiety ze wsi, wzywając pomsty Bożej na tyranów, którzy im ich dzieci porwali. Kozacy z koni swych lub furmanek opędzają się na wszystkie strony nahajkami i bronią się, jak gdyby ich wściekłe obskoczyły lwice. Kobiety od razów kozackich padają na drodze i znowu zrywają się a spieszą z wysiłkiem ostatnich sił, aby z siermięgi kozackiej dziecię swoje wyrwać i choćby ofiarą życia niedopuścić, aby pop chrztem prawosławia „ne opaskudyw dytynu na wiki“.

Gdy już kozacy, z łupem poselstwa swojego stanęli w tryumfie przed naczelnikiem, on zrozumiał dobrze, co znaczy ten orszak za kozactwem jęczących kobiet, z rozczochranemi włosami i odzieżą rozrzuconą. Na jego rozkaz kordon wojska stanął natychmiast i odciął nieszczęśliwe kobiety od ich dzieci. Kobiety jedne rzucały się na żołnierzy, krzyczały w niebogłosy, rwały na nich szynele, gryzły za ręce, inne znowu, łażąc po ziemi, całowały ich ręce i nogi i modliły się do nich: „Mój sokolinku, mój pane, mój królu, pusty mene do moij dytyny nebohi, do moij wicznyj serotki, do mojeho aniołka, szczoby toj kosmatyj czort ne pererobyw jeho' duszy“. Inne zaś, energiczniejsze kobiety, chwytały za kamienie, błoto zmarznięte, lub kawałki drzewa i ciskały z przekleństwem w okna domu, gdzie był naczelnik i pop, wołając: "lepiej zabijcie nas i nasze dzieci, jak żyć mamy pod takimi odszczepieńcami“.

Naczelnik rozkazał kobiety powiązać, bo widział, że niepodobna mu będzie dopełnić spokojnie chrztu dzieci i lękał się, aby kobiety wszystkich szyb w domu nie powybijały. Ale znowu inna trudność nieprzewidziana stanęła na przeszkodzie, o której ani naczelnik, ani pop nie pomyśleli. Jest pop, są i dzieci do chrztu, lecz brak im jeszcze rodziców chrzestnych do dzieci i to rodziców z dobrą wolą, gdyż pojmuje przynajmniej barbarzyniec, że ludzi do tego zmuszać nie wypada. Zresztą ojciec chrzestny znajdzie się łatwo, naczelnik sam, lub pierwszy lepszy prawosławny kozak potrzyma dziecię do chrztu, lecz skąd wziąć chrzestną matkę, chociażby jedną tylko do wszystkich dzieci, a którejby nawet i dobrze zapłacili za tę przysługę okazaną prawosławiu?

Rozesłał więc strażników na wieś, za nimi poszedł i naczelnik sam, dobrem słowem zachęcać kobiety do kumostwa, lecz żadna ani słyszeć nie chciała o tem dostojeństwie, tembardziej za pieniądze i w domach zamykały się, klnąc i wymyślając, że ich kuszą pieniądzmi, jak szatan Pana Jezusa.

Jak ukąszony przez żmiję odskoczył naczelnik od Anastazy Stefaniukowej, tak mu się widać przypomniana rola kusiciela nie podobała i to zuchwałe porównanie go z piekielnym biesem, rzucone mu w oczy przez babę. Rozgniewany postanowił ją ukarać i nie groszem już, lecz silą zmusić ją do trzymania dzieci przy prawosławnym chrzcie.

Anastazya Stefaniukowa, na pierwszy raz, dostała 100 nahajów i gdy na zapytanie naczelnika odpowiedziała, że do chrztu prawosławnego dzieci trzymać nie będzie, kazał natychmiast dać jej drugie sto. Po drugiem skatowaniu biednej kobiety, gdy odebrał takąż samą jej odpowiedź, kazał jej wyliczyć i trzecie, lecz już 150 nahajów, pewny będąc, że ten środek będzie najodpowiedniejszym i do zmuszenia kobiety spełnić jego rozkaz i do zemszczenia się na babie za rzuconą nań obelgę „kusiciela" i „czorta".

Lecz jakiż był zawód naczelnika i zdumienie jego, gdy po trzeciem, okropnem słabej kobiety męczeniu, po 350 odebranych nahajach, zbroczona krwią i omdlała, przyszedłszy potem do przytomności, cicho i wolno, lecz stanowczo odpowiedziała: „Gdybyście mnie tak codzień męczyli, dopokądby mi życia i tchu starczyło, zawsze jedno wam odpowiem, że prawosławia waszego nie przyjmę do waszego popa nie pójdę i dzieci biednych do waszego chrztu nie poniosę, a teraz róbcie ze mną co chcecie. Amen".

Naczelnik odszedł ponury, klnąc swoją robotę i upór Polaków, wściekły, że tyle czasu stracił na walce bezowocnej z kobietą, która zupełny nad nim odniosła tryumf. Więc on pozostał kusicielem Chrystusa i istotnym biesem kobieta to jawnie wyrzekła i nie odwołała tego, a prawdę słów swoich, krwią męczeńską potwierdziła i ciężko schorowana, wkrótce zmarła.

Tymczasem pop, kilkoro dzieci niebezpiecznie osłabionych, z przyczyny wrogiego obchodzenia się z niemi kozactwa i z zapłakania się, naprędce ochrzcił z wody, resztę zaś dzieci kazał naczelnik pooddawać ich matkom, zapewne przeklinając i całą robotę swoją i order i nagrodę spodziewaną.

Jakże szczęśliwą była kobieta, co heroizmem a męczarnią swoją stała się przyczyną powrócenia dziatek ich matkom bez skalania ich chrztem prawosławnym, gdyż dzieci te, tajemnie już były ochrzczone przez kapłanów katolickich. Jaka znowu tych matek wdzięczność a troskliwość o życie i zdrowie męczennicy, która cierpiąc za wiarę, cierpiała również i za świętość ich dzieci.

Po odjeździe naczelnika i popa, Marya Czajkowa z tej samej wsi, co i sąsiadka jej Anastazya Stefaniukowa, zbita nahajkami zawlekła się do Siedlec, w celu zobaczenia się z mężem uwięzionym za wiarę, a nie mogąc doprosić się w policyi pozwolenia widzenia się z nim, wdrapała się biedna przy pomocy łudzi na mur więzienny, żeby chociaż zdała zobaczyć swojego męża, pożegnać się z nim i zapłakać nad wspólną swoją niedolą. Gdy ją ujrzał strażnik, siedzącą na murze opasującym więzienie, porwał ją i ściągnąwszy z muru, okropnie ją pobił i odstawił do naczelnika policyi. Ten wytrzymawszy biedną kobietę przez całą dobę w areszcie, bez najmniejszego posiłku, bo co z domu wzięła dla męża, to strażnik jej odebrał, odesłał chorą do domu, która w tydzień niespełna zakończyła życie, pozostawiając dwoje sierotek dzieci i gospodarstwo na opiekę sąsiadom, a męża w więzieniu.

Policya dowiedziawszy się o śmierci Czajkowej, wiadomość tę natychmiast zakomunikowała w więzieniu pozostałemu mężowi jej i ojcu sierotek i w sposób niemiłosierny i szatański kusiła go zarazem, o podpis na prawosławie, aby ceną wiary świętej, okupił wolność swoją i powrót do opuszczonych dzieci i gospodarstwa.

Lecz wyznawca świętej wiary, Paweł Czajko, z bohaterstwem męczennika, odrzucił pokusę szatana. Przywołany do kancelaryi, oświadczył starszyźnie, że słyszał już od ludzi, jak strażnik pobił jego żonę i jeżeli ona umarła, to umarła tylko z żalu i pobicia. Ona jest męczennicą u Boga, więc on prosi ich, aby mu pozwolili być godnym jego żony i pójść jej śladami, on za wiarę nie tylko pozostać chce w więzieniu, lecz i za wiarę pragnie zostać męczennikiem. „A dzieci moje sieroty, rzekł zanosząc się od płaczu i padając na kolana, ich dobrzy sąsiedzi nauczą, że są dziećmi rodziców umęczonych za wiarę świętą, to i dzieci moje, da Bóg, będą męczennikami".

„Proklataja polskaja dusza"! ten zwykły okrzyk wściekłości dyabelskich adiutantów Gromeki i jego plenipotentów, jak rozpaczliwy zgrzyt szatanów piekła, nad świeżymi grobami męczenników świętych za wiarę, zakończył tę bolesną scenę, po której Czajko został popędzony w głąb Rosyi i tam umarł wkrótce.

Naczelnicy używali rozmaitych środków przymusu, aby jeżeli nie nakłonić naród do podpisu na prawosławie, to przynajmniej odwieść lud unicki od uczęszczania do kościoła huszlewskiego na nabożeństwo i przeszkodzić mu w spełnianiu religijnych obowiązków. W tym celu, w wigilię odpustów a szczególniej św. Antoniego patrona parafii huszlewskiej, rozstawiali strażników zbrojnych na wszystkich drogach i gościńcach prowadzących do kościoła, aby lud idący na odpust, odpędzić napowrót do domu. Ponieważ naród uprzedzony począł wybierać boczne ścieżki, przez łąki, bagna i zarośla, aby uniknąć czujności strażników, na drogach i gościńcach rozstawiali drugi kordon strażników przy samym Huszlewie, aby lud idący aresztować, zapisywać do kontrybucyi i potem pielgrzymów na koszt ich odstawiać do miejsc zamieszkania. Nie dość na tem, ponieważ nocną porą lub rannym świtem, gdy wszyscy spali, masy ludu pobożnego, przeważnie unickiego wyznania, otaczały już kościół Huszlewski, wójt i Buszczak ze strażnikami, chwytali tych spokojnych pielgrzymów, odpędzali ich od kościoła i opierających się osadzali w gminnem więzieniu, położonem tuż przy kościele.

I jednocześnie Huszlew przedstawiał jakby dwa kościoły, jeden parafialny, a drugi w więzieniu unicki. Jedność wiary, modlitwy i płaczu zarazem, łączyła te dwie świątynie jakby w jeden uścisk siostrzeński. Śpiewy procesyonalne, godzinki, litanie, rozlegały się zarazem w kościele i więzieniu.

Proboszcz huszlewski ks. Wincenty Abramowicz, nie mogąc znieść dłużej takiej zniewagi wyrządzonej kościołowi przez strażników, którzy pozwolili sobie publicznie, przed kościołem w czasie nabożeństwa rozbijać lud i z płaczem opierających się im wlec do więzienia, wezwał do siebie wójta i starszego strażnika, swojego parafianina, i oświadczył im, że jeżeli nie zaniechają tych scen, w wysokim stopniu obrażających religię i Boga, nie zapobiegną tym ciągle powtarzającym się skandalom przed kościołem i obchodzenia się z ludźmi jak z bydlętami, to on nie przyjmie ich do Sakramentów świętych.

Upomnienie to proboszcza, nie tylko nie oddziałało na poprawę tych dwóch ludzi, lecz niebawem, wskutek ich zaskarżenia, ks. Wincenty Abramowicz, wyrokiem jenerałgubernatora, skazany został na karę pieniężną i na usunięcie z probostwa, jako szkodliwy dla prawosławia.


Z parafii Mszanna wywiezieni zostali w głąb Rosyi następujący włościanie, po wycierpieniu zwykłych ciężkich kar w więzieniach:

1) Mikita Stelmaszczuk,
zostawił troje dzieci, żonę i matkę staruszkę.

2) Józef Jaszczuk.
brak danych (tt)

3) Michał Stefaniuk,
zostawił czworo dzieci i żonę.

4) Piotr Dziędzik,
wywieziony od trojga dzieci sierotek.

5) Nestor Grochowski,
zostawił dwoje dziatek i żonę.

6) Paweł Czajka,
mąż wspomnianej Maryi Czajkowej, zmarłej od pobicia, zostawił dwoje sierotek i gospodarstwo.

7) Anton Czajko,
zostawił dwoje dzieci, żonę, matkę staruszkę i gospodarstwo.

8) Jan Ignaciuk.
brak danych (tt)

9) Mateusz Semeniuk,
zostawił troje dzieci.

10) Michał Kupa,
zostawił dwoje dzieci sierot.

11)Józef Czajka.
brak danych (tt)

12) Zacharyasz Jakóbowski.
brak danych (tt)

13) Roman Grochowski,
zostawił pięcioro dzieci.

14) Makary Stefaniuk,
troje dzieci.

15) Józef Stefaniuk.
brak danych (tt)

16) Mikita Stelmaszuk,
zostawił dwoje dzieci.

Zabity został nahaj kami w więzieniu siedleckiem, Klemens Mironiuk z Dziatkowic, i jeszcze kilku włościan, których nazwisk nie zanotowano.

Parafia Mszanna za niepodpisanie się na prawosławie, przyprowadzoną została do ostatniej nędzy i drogą licytacyi gospodarskich sprzętów i pozostałego inwentarza, zapłacić musiała około 60.000 złotych polskich.



Parafia Prochenki.

Parafia ta, licząca około 1.500 dusz, w 1867 roku oprócz wycierpienia kary cielesnej, zapłaciła 15.000 złotych kontrybucyi za obronę organów cerkiewnych i pogardę dla nowości wprowadzanych do cerkwi. Prócz tego, do 100 blisko parafian wpływowych, odsiedziało sześciomiesięczny areszt w więzieniu bialskiem i siedleckiem.

W 1874 roku, ks. Wawrzyniec Makowski przyjął prawosławie i gdy od 1 stycznia począł po schizmatycku prawić nabożeństwo, parafianie zażądali od niego, aby odprawiał liturgię podług przepisów cerkwi unickiej, lub opuścił parafię. Schizmatyk zaskarżył do naczelnika powiatu parafian i nie mogąc wskazać przywódców nieprzyjaznych sobie, gdyż bez wyjątku wszyscy wystąpili z żądaniem usunięcia się jego, naczelnik skazał całą parafię na zapłacenie kontrybucyi po 5 rubli z domu, ci zaś, których pop wymienił, że znajdowali się w cerkwi bliżej ołtarza, oprócz ogólnej kontrybucji, odsiedzieć musieli w Białej trzymiesięczny areszt.

Lękano się w Prochenkach powtórzenia tych scen, jakie się działy w innych sąsiednich parafiach, gdzie wyrzucano popów, więc starano się wynaleźć przywódców, aby w samym początku, usunięciem ich z parafii, odebrać reszcie śmiałość oporu. Pop znający parafian, wybornym był szpiegiem naczalstwa i za jego wskazaniem, jeszcze zaaresztowano z parafii Prochenki dziewięciu gospodarzy, których jako ostatnich złoczyńców, skrępowanych, odwieźli do kryminału bialskiego. Na gospodarki ich nałożono kontrybucje tak wysokie, że na zapłacenie jej zlicytowano ich dobytek, trzody, etc., jednem słowem, zrujnowano ich.

W 1875 roku, dnia 15 lutego, weszło wojsko do wsi Prochenek, Olszanki, Korczówki, wiosek składających parafię procheńską. Dwie roty piechoty i 400 kozaków przybyło objadać lud pracowity za to, że nie chciał przyjąć prawosławia. Dnia 18 lutego, przybył do Prochenek znany nam już naczelnik Klimenko, zgromadził wszystkich parafian przed szkołę prawosławną i zapytał ich, czy będą chodzić do cerkwi, dzieci swoje chrzcić, słowem, czy przyjmą prawosławie.

Jednozgodnie odpowiedzieli zgromadzeni, że oni do cerkwi prawosławnej chodzić, ani też w niej dzieci swoje chrzcić nie będą i na prawosławie nie podpiszą się. Po takiej odpowiedzi parafian, nakazał Klimenko nahajki. Dzieci od lat 15 dostawały do 50 nahajek, starsi i śmielsze kobiety dostawali po 100 batów. Kary te nahajek i w takiej samej liczbie, wymierzane były codziennie, aż do 1 marca. Parafianie, każdego dnia byli zwoływani przed dom szkolny do Prochenek, kto się z nich nie stawił, ponosił jeszcze większą, karę. Choroba nawet nie wymawiała nikogo, chorych przywożono na furmance i po zwykłem zapytaniu ich, czy się nie będą buntować przeciwko cesarzowi i czy do cerkwi pójdą, za odmowną odpowiedź dostawali sto nahajów i na tej samej furmance wracali napowrót do domu. Uczucie pobłażania i litości dla chorych, skamieniało w tych zbydlęconych ustawicznem katowaniem narodu, naczelnikach. Konający nawet dostałby od nich sto nahajów na drogę wieczności, jakby ostatnie pomazanie prawosławia, gdyby trwał w swoim uporze nie przyjęcia schizmy.

Naczelnik Klimenko w Prochenkach, postanowił oczyścić się w oczach Gromeki z zarzutu nieudolności szczepienia prawosławia i dorównać Gołowińskiemu, a nawet go przewyższyć. Więc od 1 marca wymyślił inny, nowy sposób męczenia ludu. Od lat 15 do najpóźniejszej starości, wszystkich włościan z 5-ciu wiosek, składających procheńską parafię, zganiał codziennie do wsi Olszanki i w miejscu, gdzie był największy śnieg, kazał kozakom i wojsku ustawić naród rzędem, mężczyzn osobno, a kobiety z dziećmi osobno, kazał zrzucać wszystkim okrycia z głowy i twarzą stać naprzeciw wiatru, śniegu lub deszczu.

I piekielny ten pomysł dręczenia za wiarę ludu biednego, trwał tak od świtu do ciemnej nocy codziennie przez 3 ty - godnie, nie wyłączając nawet świąt i dni niedzielnych. Wśród największych burzy i zamieci marcowych, ludzie młodzi i starzy, pod otwartem niebem, z odkrytą głową i rozczochranemi włosami, czarni jak murzyni swoją ogorzałą skórą, stali wszyscy jak nieruchome posągi, płaczem lub kaszlem przeraźliwym dając tylko jedyne oznaki życia. Nad głowami ich szalały burze i świst od złości wściekłego piekła, takież piekło wrzało we wnętrzu tyrana Klimenki; a w duchu błogosławionych za wiarę ofiar, cisza a spokój sumienia, zadowolenie anielskie i bohaterskie serce, tak cierpieć i wytrwać aż do śmierci za swoją wiarę.

Ale nie sądźmy, żeby przy tej potwornej ducha ludzkiego próbie, ustały już straszne nahajki. Nie, połączmy jedno i drugie razem , a będziemy mieli wyobrażenie tygrysiego charakteru Klimenki, a niezwalczonej mocy ducha unitów naszych.

Oto dowody śmierci męczenników unickich i święte ich imiona.

Pod nahajkami skończył życie w rękach kozaków chory z przeziębienia
Jan Antoniuk,
dostawszy za upór 500 nahajów.

Jozafat Hryciuk,
dostał również 500 nahajów, leżał rok cały jak Łazarz, zbite jego ciało odpadało od kości zupełnie i skonał jak męczennik, przebaczając swoim oprawcom.

Paweł Justycziuk i Lewczukowa,
leżeli z przeziębienia i ran przez półtora roku, ciało ich zbite od kości odpadło i pomarli.

16-stoletni chłopiec Paweł Ignaciuk,
dostał za śmiałość swoją 400 nahajów i leżąc półtora roku z psującym się szkieletem, skonał także ten biedny młodzieniec jako męczennik.

Od 10 do 16 lat dostawały dzieci obojej płci od 20 do 50 nahajek, od 16 do 20 i kobiety dostawały po 100 kozackich nahajek, dla dorosłych mężczyzn liczba nahajek nieoznaczona, i to trwało przez cały czas tej 3-tygodniowej przeszło, szatańskiej próby.

Dnia 6 kwietnia Klimenko zrejterować musiał przed męstwem parafian procheńskich, wezwał go także do Janowa sławny ów dzień „wośsojedinienija", a parafianie-męczennicy, oprócz straty w dobytku, utrzymania wojska przez 2 miesiące, oprócz poniszczonych płotów i zabudowań, furmanek ustawicznych, musieli za karę zapłacić przeszło 60.000 złotych kontrybucyi, ściągniętych z nich przez licytacyę ostatnich sprzętów gospodarskich i pozostałości w dobytku.


Z wywiezionych do Rosyi wymieniają następujących:

1) Andrzej Samczuk,
zostawił czworo dzieci i żonę.

2) Michał Piotruk,
Troje dzieci i żonę.

3) Filip Piotruk,
zostawił dwoje dzieci, żonę i matkę.

4) Spirydyon Andrzejczuk,
troje dzieci i żonę.

5) Jozafat Maciejuk,
pięcioro dzieci i żonę.

6) Jan Maciejuk.
zabrany od rodziny (Przyp. tt)

7) Dawid Filipiuk,
zostawił czworo dzieci, żonę i matkę staruszkę.

8) Paweł Grzegorczuk,
zostawił czworo dzieci i żonę.

Polowa z nich do 1880 roku na wygnaniu skonała.

Wiadomości powyższe wzięte z opowiadań urzędnika i zgodnych notatek unitów. (Przyp. piszącego).


Parafia Makarówka.

Przytoczyć tu muszę fakt wielce charakterystyczny z parafii Makarówki, który jakkolwiek w sobie nie ma nic wspólnego z ową chrześcijańską rezygnacyą i bohaterskością cierpienia unickiego ludu i owszem, wysoce jest niemoralną manifestacyą jego oburzenia i nienawiści przeciwko wszystkiemu, co jest ruskie i prawosławne, to jednak czytelnik surowo nie osądzi go, gdy będzie miał dowód, że ruscy naczelnicy i popi prawosławni, sami wywołali ten ze strony ludu publiczny objaw jego złości i nieprzejednanej dla prawosławia pogardy.

Ogłoszenie urzędowe, połączenia się dobrowolnego unitów z prawosławiem, były znane całemu światu, zachodziła potrzeba urzędownie jeszcze dowieść, że ciż unici, są całem sercem przywiązani do swoich nowych cerkwi, nowych pasterzy i ochoczo a procesyonalnie wybiegają na spotkanie swoich prawosławnych biskupów, słowem, że to nowoprawosławie zawiązane w Polsce, ma oprócz swoich cerkwi i popów, swój wierny, liczny a przywiązany lud.

W tym celu, jenerał-gubernator warszawski, Kotzebue, w porozumieniu z gubernatorem siedleckim i archierejem prawosławnym, zamierzył urządzić wizytę archierejską do cerkwi i do miejsc na Podlasiu, w których niedawno krew tak się lała w obronie unii świętej, do tychże samych unitów, opierających się całemi siłami, reformie ich religii, unitów, przerzedzonych męczeńską śmiercią i wygnaniem do Rosyi, unitów, skatowanych nahajami i ogłodzonych powszechnem zniszczeniem ich dobra i pracy.

Więc miała to być urzędowa szykana i ostateczny jakby urzędowy pogrzeb unii świętej, dokonany razem za wspólną namową Niemca i Moskali.

Szykana ta miała się odbyć ze wszelką wystawnością. Wszystkie drogi i gościńce Podlasia, mają być poprawione, wyrównane. Achierejską karetę powinno ciągnąć sześć białych dobranych koni. Przedstawiciele władzy administracyjnej, policyjnej, edukacyjnej, żandarmeryi, mają się roić po drogach i w miejscach do których on zajedzie. Dzwony cerkiewne ogłaszać mają przybycie i odjazd archiereja, popi zebrani z okolicy, w świątecznych ryzach swoich, czekać mają na placu cerkiewnym, na powitanie swojego zwierzchnika. Chór śpiewaków warszawskiego soboru, przed każdą wiejską cerkwią, ma wykonać kantatę, zwaną „koncert". Nahajki na ten czas mają być ukryte i wojsko z kozakami wycofane z unickich wiosek.

Ale skąd do tej uroczystości zebrać lud parafialny i przybrany świątecznie, to rzecz największa, bo do niego głównie przybywa arcypasterz?

Otóż naczelnicy powiatu poradzili sobie. Wydali rozporządzenie do wszystkich wójtów gmin, aby na oznaczony dzień, do wszystkich cerkwi dostawili z każdej gminy schludnie przybranych najmniej 40 kobiet i 40 mężczyzn, pod karą 25 rubli od osoby, a oprócz tego, żeby się starali spędzić pod cerkiew i na gościńce jak najwięcej włościan, do utworzenia szpaleru, którędy przejeżdżać będzie archierej.

Lud, zmuszony wystąpić na przejazd biskupa schizmatyckiego, postanowił także zamanifestować swoje przekonania, i dowieść publicznie, że żadnej łączności duchownej niemasz pomiędzy nim a jego gościem. Kobiety dzielne, zasłaniając mężów swoich przed odpowiedzialnością policyjną, do manifestacyi wystąpiły tylko same. Uzbroiwszy się w kamienie i kawałki drzewa, wyszły tłumnie na gościniec dla spotkania gościa i jak tylko się zbliżył, co tylko miały w rękach, ciskały na przejeżdżającą karetę biskupią, wybijały okna, tak, iż ten zmuszony był drogę swoją pomiędzy ludem odbywać w pełnym galopie.

W Makarówce postanowiły kobiety jeszcze inaczej zamanifestować. Pędzono je do cerkwi po błogosławieństwo archiereja, lecz one pozostały wszystkie na drodze. Siłą je wciągnąć w oczach jego było niepodobieństwem, więc dygnitarze policyjni i popi postanowili prosić archiereja, aby ludowi przed cerkwią udzielił swojego błogosławieństwa.

Wreszcie archierejska kareta z wybitemi oknami wyjechała pomiędzy lud napędzony przed cerkwią. Wyszli z niej dwaj dygnitarze popi i połączyli się z orszakiem witającym archiereja; on sam wyszedł z karety i spojrzawszy na zebrany lud, chciał mu na samym wstępie do jego cerkwi, błogosławieństwem swojem i przebaczeniem zapłacić za jego wrogą nienawiść ku prawosławiu i nieprzyjazną manifestacyę, jaką po drodze od „zabłużdionych uniat" odbierał. Podniósł więc rękę swoją, aby go przeżegnać.

Wtedy wszystkie kobiety wprost niego stojące, jakby na komendę, odwróciły się tyłem i najfatalniej pogardę swoją przedstawiły archierejowi^ duchowieństwu i wszystkim szczęśliwym uczestnikom festynu.

Archierejska podniesiona ręka skamieniała, on sam stał jakiś czas nieruchomy, nie wiedząc co dalej począć, wszyscy jak piorunem przykuci byli do miejsc swoich i zdumiali.

Archierej napowrót wcisnął się do karety i na woźnicę krzyknął „pojeżdżaj! Lecz ten spodziewając się tu dłużej przystanąć, ponieważ zlazł z kozła i zaprzęgi poprawiały nie mógł natychmiast wskoczyć na kozioł i spełnić rozkaz archierejski. Więc za to od popów odebrał kilkanaście szturchańców, a drugie tyle obrzydliwych epitetów, jakich może jeszcze nie słyszał. Popi wreszcie wrzucili woźnicę na kozioł i jeden świaszczennik sam przy nim usiadłszy, skierował konie na probostwo.

Na tem się zakończyły, rozpoczęte prawie, pontyfikalne wizyty. Archierej zrejterował, klnąc swoją misyę i całą robotę prawosławnego apostolstwa, które mu przygotowało takie parszywe owce. Przeląkł się tak niepożądanych owacyi i natychmiast pod konwojem kozaków odjechał do stacyi kolei, a zapewne nie omieszkał podziękować świętemu Synodowi, że wystawił go na taką bezcześć.

Kotzebue, zawiadomiony o tych nowych wypadkach, delegował natychmiast jakiegoś jenerała z Warszawy do wyprowadzenia najściślejszego śledztwa na gruncie i zaaresztowania winnych, lecz po przyjeździe jego do gminy i rozpoczęciu śledztwa, nagle odwołał go, zapewne, wskutek przedstawień archiereja, aby nie rozmazywać skandalu i błota, którego sami narobili.

Podług notatek unitów, opowiadań wójta i prawosławnego świaszczennika, obecnych na miejscu przy tym wypadku. (Przyp. pisz.).


Parafia Witulin (500 dusz).

Gdy się parafianie dowiedzieli, że świaszczennik ich, Stefan Dąbkowski, którego przedtem podejrzywali o sprzyjanie schizmie, podpisał się na prawosławie, w 1874 roku przyszli prosić go, aby im oddał klucze cerkiewne. Pop, sekretnie oddał klucze nauczycielowi prawosławnemu i staroście, lecz sam, obawiając się niekorzystnych dla siebie następstw ze strony parafian, wyjechał natychmiast z probostwa.

I nauczyciel zląkł się parafian, gdy przyszli do niego upominać się o klucze cerkiewne, więc tylnemi drzwiami wymknąwszy się z mieszkania, począł uciekać ku karczmie, spodziewając się tam znaleźć obronę w strażniku lub żandarmie, goszczących zwykle w szynku. Kobiety puściły się za nim w pogoń i ten widząc, że nie ujdzie mściwych ich rąk, strwożony przypadł do krzyża stojącego na drodze i objąwszy go, począł krzyczeć o pomoc. Kobiety obstąpiły nauczyciela dokoła, serdecznie ucieszone widokiem, że schizmatyk trzyma się oburącz katolickiego krzyża i wzywa jego pomocy.

„Ha! sobaczy synu! wołały śmiejąc się, to twój rząd zabija ludzi, od wiary i prawego krzyża nas odciąga, a ty szpiegu donosisz mu, że my buntowniki i szczujesz na nas, a teraz kiedy przyszła bieda i trwoga na ciebie, to przy naszym świętym krzyżu wrzeszczysz i pomocy jego wołasz, trzymajże się teraz dobrze naszego krzyża, a my tobie damy na pamiątkę biczowanie“! To mówiąc, poczęły żartem odwiązywać swoje przepaski i składać je jak do bicia, gdy w tej chwili zdarzyło się, że tędy przejeżdżał ks. Adam Artychowicz, proboszcz z Łukowa, znany przyjaciel schizmy.

Widząc zrozpaczonego nauczyciela, otoczonego przez unickie kobiety, Artychowicz przystanął, aby razem z furmanem swoim nieść mu pomoc.

Kobiety witulińskie, znając dobrze przewrotnego Artychowicza, opuszczają w tej chwili nauczyciela, którego by i tak nie tknęły pod krzyżem, a przybiegłszy do Artychowicza, jedne poczynają go bić przepaskami swojemi po plecach, po głowie, gdzie która tylko uderzyć go może, drugie, sypać mu piasek w oczy.

Artychowicz z trudnością dopadłszy bryczki, uciekł wprawdzie przed kobiecą zemstą unitek, lecz nie uciekł przed wstydem i hańbą własnego sumienia, które doń wówczas silnie przemówiło, że jest odszczepieńcem, zdrajcą Chrystusa i że sprawiedliwie zasłużył, aby go przy świętym krzyżu Zbawiciela, od którego zbiegł, dzielne kobiety unickie, za karę wychłostały publicznie.

Artychowicz, wypadek ten tak wziął do serca, że natychmiast odwołał swój podpis u naczelnika, wyrzekł się prawosławia, rzucił probostwo i mieszkając czas jakiś w guberni siedleckiej, odzywa się często do swoich krewnych i przyjaciół, że jest szczęśliwym i że za kobiety witulińskie codziennie, wstając i kładąc się, modli się w pacierzu i dziękuje Bogu, że go ukaraniem swojem i upokorzeniem, na co zasłużył, wybawiły od schizmy.

Klucze cerkiewne dostały się do rąk unitów, lecz naczelnik Klimenko z Janowa nadciągnął z kozakami, rozpędził włościan od cerkwi, nałożył kontrybucyę na całą parafię i na jej koszt na dwa tygodnie pozostawił kozaków.

Dnia 20 Stycznia 1875 roku, przybył do Witulina ten sam naczelnik z 300 kozakami. Zwołał unitów i zapytał ich, czy będą do cerkwi chodzili i czy przeproszą popa. Po odmownej odpowiedzi naczelnik kazał chłostać unitów. Jakby przy rzezi bydląt, kozacy siadali na głowy i nogi rozciągnionych na ziemi unitów, a drudzy bili ich nahajkami.

Po powtórnem zapytaniu katowanego, czy przyjmuje prawosławie i powtórnej przeczącej jego odpowiedzi, naczelnik kazał kozakom trzymać na mrozie rozebranego do pasa wyznawcę, a innym, zanim przyjdzie kolej barbarzyńskiego pastwienia się nad nimi, stać na mrozie z odkrytą głową. Sam zaś naczelnik wyznaczywszy tę pokutę i dawszy unitom czas do namysłu, szedł do szkoły grzać się, bo mu i w futrze zimno było na dworze.

Po godzinie wychodził znowu do swoich ofiar ze zwykłem zapytaniem, czy przyjmują prawosławie? i po otrzymaniu przeczącej odpowiedzi, kłaść już i bić kazał następnych. I znowu takaż szatańska godzina przerwy następowała. Naczelnik paląc papierosa, spoglądał przez okno na lud umęczony, w jego sercu gorzało piekło złości, a po głowie kusiciela chytrość przebiegała, jakim by sposobem zakończyć z unitami. I znowu wychodził do ludu ze zwykłem hasłem: „porot“! Bito więc po kilka razy jednego, a gdy unita ochrypły krzyczeć już nie mógł i mało co miał życia, kazał go kozakom odrzucić na stronę, a brać się do innych.

Pięciu wyznawców utraciło zupełnie zdrowie, a niektórzy z nich pomarli.


Najbardziej katowani byli za swoją śmiałość w odpowiedziach:

Jan Matiejuk,

Aleksander Lewczuk,

Dymitr Krzysztofiuk,

Paweł Denisiuk,

Ignacy Filipiuk.

Justyn Dawidiuk, po skatowaniu przewieziony został do kryminału siedleckiego, a stąd wywieziony do Rosyi na wygnanie, gdzie ciągle prawie leżąc, zakończył męczeńskie życie, zostawiając po sobie żonę i 5-ro sierot w domu.

Naczelnik męczył przez tydzień witulińskich unitów i dla przerwania jednych i tych samych jęków, rzucił Witulin a z częścią kozaków przeszedł do wsi Osówki. Tu na wstępie oświadczył zebranym, że Witulin już przyjął prawosławie i aby bezczelne to kłamstwo nie wykryło się natychmiast, najściślejszy wydał rozkaz kozakom i strażnikom strzec wioski i nie pozwalać nikomu zajrzeć do Witulina.

W Osówce, po odmownej odpowiedzi wyznawców, te same co i w Witulinie nastąpiły dręczenia unitów, to samo niszczenie przez wojsko ich pracy i zasobów.

Wreszcie, jakby na szczęście unitów, naczelnik zachorował, lecz wyjeżdżając z Osówki wybrał tu czterech wpływowych gospodarzy:

Gabryela Szuckiego,

Justyna Dawidiuka,

Joachima Chwesiuka,

Antoniego Michaluka

i dawszy im krwawą prawosławną pamiątkę, odesłał do Siedlec, skąd wysłano ich do Rosyi.

Justyn Dawidiuk skonał zaraz na wygnaniu w ostatniej nędzy.

Parafia Konstantynów i Gnójno.

Te dwie parafie, liczące około 3.000 dusz, w 1875 r. kąpane były we krwi własnej batami kozaków, przez dwa miesiące karmiły 4 roty piechoty i 200 konnicy, zapłaciły kontrybucję i zabrano z nich do więzień około 400 gospodarzy.

Joanna Czyżyk,

19-sto letnia dziewczyna ze wsi Horoszek, za śmiałe wyznanie swojej religii i przekonywanie naczelnika, że tylko katolicka religia jest świętą, została zbitą okropnie i odwiezioną do bialskiego kryminału. Tam, gdy się przekonano, że to dziewczę żyć nie będzie, odesłano ją na powrót z więzienia do domu, gdzie piątego dnia życie męczeńskie w ciężkich boleściach skończyła.

Godnym zanotowania jest szczegół następujący:

Maryanna Waszczuk
ze wsi Horoszki, biedna wyrobnica, miała dwoje dzieci nieochrzczonych po prawosławnemu i ponosząc rozmaite kary, wolała być biedną i na kontrybucję pracować, aniżeli pozwolić na chrzest schizmatycki swoich dzieci, tem więcej, że dzieci te były już ochrzczone po katolicku. Mąż jej, jako człowiek mający wpływ we wsi, został wywieziony do Rosyi, ona z czworgiem dzieci, będąc sama sierotą, zdwoić musiała pracę, aby siebie i dziatki swoje wyżywić.
Strażnicy wyśledziwszy raz, że matka ze starszą córką nieobecne są w domu, wziąwszy z sobą wójta i pisarza, wyłamali drzwi i wpadli do biednej izdebki. Jedyna opiekunka dwojga małych pozostawionych dziatek, 12-sto letnia córka nieobecnej matki, chowa starsze trzyletnie dziecię do kurnika przed strażnikami, a młodsze bierze na ręce swoje i z dziecięciem krzyczy w niebogłosy, jak gdyby do chałupki jej wdarły się wilki, lub lamparty, aby je wszystkie żywcem pożreć.
Następuje okropna scena wydzierania dziecka malutkiego z objęć dwunastoletniego dziecka. Dziewczynka broni się zębami i krzykiem. Jedni wkładają jej w zęby pałasz, drudzy chwytają za głowę i ręce, a inni wydzierają zanoszącą się od płaczu i przestraszenia dziecko. Dziecię wydarte, owinęli strażnicy w szynel swoją, a biedną dziewczynkę 12-sto letnią, rwącą się do nich po dziecko, rozciągnąwszy na ziemi, tak zbili strasznie, że ranami okryta z połamanemi rękoma leżała rok cały i została kaleką, wyschłym cieniem dawnej dziewczynki.
Strażnicy z pisarzem i wójtem wyniósłszy dziecię z chałupy, spotkali się z orszakiem kobiet, biegnących na poinoc zagrożonemu domowi i dzieciom, lecz niestety! było już zapóźno. Strażnicy dobyli pałaszów, gotowi po batalii z 12-sto letniem dziewczęciem, walczyć i zwyciężać bezbronne kobiety. Lękając się jednak przybycia mężczyzn, czemprędzej bocznemi ścieżkami unieśli zdobycz swoją do Gnójna, do popa, który na nich już czekał, aby ukradzione jakiekolwiek dziecię ochrzcić.
Matka dziecięcia dowiedziawszy się o nieszczęściu, odbiega dziecię leżące we krwi, a biegnie zrozpaczona po wykradzione niemowlę swoje, aby je wyrwać z rąk tyranów i ocalić je od hańby prawosławia. Lecz już było za późno, ochrzczone dziecię przez popa strażnik odwoził już matce.
Lecz nie dość na tem nieszczęściu i gnębieniu biednej rodziny za wiarę. Na kobiecie tej zalegał sztraf za nieochrzczenie dzieci, którego nie miała z czego zapłacić. Jedyną karmicielką czworga biednych dzieci i matki była krowa, a bogactwem ich owieczki. Z rozkazu naczelnika wójt z pisarzem i strażnikami zabrali te owieczki i krowę, aby sprzedać na licytacyi i nienasycony zaspokoić sztraf, gdyż naczelnik szczególniej tę kobietę nie cierpiał i uważał ją z jej mężem za buntowników i wpływowych we wsi.
Zubożała kobieta, przyprowadzona do nędzy, pozbawiona ostatniej łyżki mleka dla zgłodniałych dzieci, stała się przedmiotem litości sąsiadek i zamożniejszych gospodarzy.
Lecz wojna o chrzest jeszcze nie skończona, bo kobieta ma w domu trzyletnie dziecię nieochrzczone u popa, a mąż na wygnaniu nie będzie jej bronił.
W 1878 roku, w czasie jesiennym, nad wieczorem, strażnicy napadli niespodzianie z wójtem dom tej mężnej kobiety i korzystając z nieobecności jej i starszej córki, porwali dzieciaka w zabrudzonej koszuli i na ukrytej furmance zawieźli go do popa do Gnójna. Trzyletnie dziecię zanosiło się od płaczu, krzyczało, szarpało za twarz tych co je trzymali, wołało jakby przez matkę nauczone: „Nie chrzcijcie mię, ja już ochrzczony w kościele, ja nie potrzebuję chrztu!“ Nic to jednak nie pomogło, pop spieszył się jak złodziej dopełnić swoje, a strażnikom spieszyło się także odwieźć matce wykradzionego jej chłopca.
Lecz co za dzika i wzruszająca zarazem scena działa się, gdy wójt nocną porą ze strażnikami odwiózł matce porwane jej dziecię. Dom znalazł zamknięty i drzwi podparte od wewnątrz, w domu żadnego światła. Wołania i groźby strażników nie budziły nikogo, kołatania we drzwi i okna daremne. Nawet na znany głos i szlochania dziecka za oknem i prośby jego: „matula! matulu!" nikt z wewnątrz domu, jak z grobu nie odpowiedział, ani się ruszył. Na hałas i krzyk strażników zbiegli się ze wsi mieszkańcy, przysłuchując się zdała tej scenie. Strażnicy przynieśli kołki i siekierę i nie mogąc wejść drzwiami, wyjęli okno i do izby wpuścili płaczące i od zimna drżące dziecię.
Lecz w tej samej chwili matka stojąca u okna porwała swe dziecko, rzuciła je strażnikom na powrót i wybuchając gniewem wściekłości, zakrzyczała: „Szatany! idźcie do piekła z tym chłopcem i do tego dyabła, co was tu wysłał męczyć nas za świętą wiarę! Ja miałam aniołka i za niego swoją duszę bym dała, a to już splugawiony szatan, jak wy przeklęte zbójcy! On piorun Boży na resztę moich dzieci i na mnie sprowadzi. Won złodzieje! bo nożem wam i jemu ślipia wykolę, won z nim do dyabła!"
Na to przekleństwo matki, rzucone tyranom i razem dziecięciu swojemu, na ten wrzask kobiety jak dzikiej furyi, podobny do ryku rozwścieczonej lwicy, gotowej rozszarpać własne swe szczenię, potruchleli wszyscy, nawet strażnicy z wójtem. Dziecię biedne, przerażone nieznaną mu grozą matki i krzykiem jej, jęknęło, zaniemiało i drżące ze strachu tulić się poczęło do szyneli strażnika. Kobiety, stojące opodal, poczęły szlochać od żalu, mężczyźni płakać i wzdychać ciężko, a przeklinać schizmę, co im tak opłakaną dolę przynosi.
Lecz potrzeba być matką, aby matki serce zrozumieć. Wybuchła gniewem wściekłej lwicy, z nożem stanęła, gotowa tyranów i własnego dziecka krwią zagasić pożar, który przejął jej ducha, lecz po chwili zadrżała i przelękła się samej siebie. Szlochania sąsiadek, płacz i wołania ludzi za oknem, lament córek w chacie, z których jedna chora leżała, męczenniczką wiary, dokonały reszty i matka odrzuciła swój nóż, wyciągnęła ręce po drżące i zziębnięte dziecię swoje, i z okrzykiem rozpaczy: „o ja nieszczęśliwa“! rozdzierającym nawet kamienne serce wroga, porwała je i przyjęła na powrót, jak wyrzutka do biednej swej ukochanej gromadki.
Nazajutrz zebrali się sąsiedzi i życzliwi u biednej Maryanny Waszczuk, przedkładając jej, aby nie traciła przychylnego serca do swojego dziecka, że chrzest prawosławia po niewoli udzielony, nic nie znaczy, nie przeszkadza zbawieniu tem więcej, że dziecię po katolicku już było ochrzczone i z płaczem popa odpychało.

Takich scen przymusowego chrztu dzieci unickich na Podlasiu, można liczyć wiele, stąd dzieci swe ochrzczone w kościele, matki kryć muszą przed strażnikami, jak kury pisklęta swoje przed dzikim jastrzębiem. Prawosławni popi za nic sobie mają chrzest katolicki i znieważając Sakrament i Boga, powtórnie chrzczą dzieci.


Z wywiezionych w głąb Rosyi parafian konstantynowskich i gnojnieńskich, niektóre nazwiska i imiona:

1) Józef Waszczuk,
mąż wyżej opisanej dzielnej kobiety, wywieziony od czworga dzieci i żony

2) Bazyli Litwiniuk,
wywieziony razem z żoną i trojgiem dzieci.

3) Teodor Sidoruk,
zostawił żonę, pięcioro dzieci, starą matkę i gospodarstwo.

4) Grzegorz Laszuk,
zostawił kilkoro dzieci sierót.

5) Jozafat Szarupka,
wywieziony z żoną i trojgiem dzieci, gospodarstwo zostało na łasce sąsiadów.

6) Antoni Hołub,
dawny bratczyk cerkiewny.

7) Gabryel Bartoszuk.
brak danych (tt)

8) Antoni Bartoszuk,
zostawił żonę i troje dziatek.

Do 1880 r. większa potowa wywiezionych już nie żyła.


Parafia Swory.

Parafia ta, licząca około 700 dusz, a szczególniej wieś Swory, w 1867 roku, za obronę organów i świętości swoich obrzędów, zapłaciła do 20.000 złotych kontrybucyi oprócz kary więzienia i nahajek.

Zdawało się naczelnikowi powiatu, w 1874 roku, że przymusowem ochrzczeniem dzieci, zdoła wszystkich pomału we Sworach przyzwyczaić do prawosławia. "Ich nie mnogo prynudit nużno, a budut wsie prawosławnyje“, powtarzał. Na każdym więc domu, we wsi, wypisać kazał ile w nim jest dzieci do chrztu i kolejno wysyłać począł po nie strażników.

Najprzód przyszli strażnicy do domu Michała Sawczuka. Żona jego Oksenia, spodziewając się tych gości, wrzuciwszy w piec nóż, siekaczkę, polano, wsunąwszy tam i garnek wody wrzącej, z dzieckiem włazła sama w piec, a mąż stanął przed piecem przygotowany bronić żonę i dziecię swoje.

Pierwszy napad strażników odparł mężnie unita uzbrojony w kołek, strażnika śmielszego wyrzucił za drzwi i zamknął się ze środka. Przybyło więcej strażników, wyłamali drzwi domu, wybili okna i wsunąwszy się do mieszkania, jednocześnie rzucili się na Sawczuka, związali go, zbili i wyciągnąwszy go za nogi na podwórze, wzięli się do wydobycia kobiety i dziecka jej z pieca. Strażnik przyniósł z sobą gorejącą głownię i wrzucił ją w piec, aby ogniem i dymem, jakby lisa z nory, wykurzyć biedną kobietę. Sawczukowa wodą zalała głownię i wyrzuciła ją i lała wodą gorącą na strażnika, który lazł w piec, aby rękami uchwycić kobietę. Już i kilka kubłów zimnej wody wlali w piec strażnicy, lecz wszystko było daremnem, gdyż kobieta nożem i siekaczką broniła się mężnie przed napastnikami, jak lwica, strzegąca kotliny dzieci swoich, przed obławą chciwych myśliwców. I kobieta tryumfowała, strażnicy z niczem odeszli, lecz zabrali do więzienia związanego jej męża.

W tym samym celu napadnięty był przez strażników dom Aleksandra Werezy i w nim odbyła się podobna historya z jego żoną, broniącą dzieciaka w piecu. Werezę zbili strażnicy, związali i wyrzucili z domu, a następnie poczęli piec rozwalać. Gdy strażnicy byli zajęci burzeniem pieca, córka tymczasem Werezy, przerżnęła sznury krępujące ojca i ten przy pomocy kilku sąsiadów napadł na strażników, wyrzucił ich za drzwi i zamknął się. Lecz nadbiegli inni towarzysze strażników, odbili drzwi i okna, zbili i powiązali mężnych unitów, piec rozebrali, przebili nogę Tekli Werezie wyciągając ją z pieca i dziecię jej do chrztu już porwać mieli, lecz krzyk przeraźliwy matki odstraszył barbarzyńców, z rąk jej nie śmieli wyrywać dziecięcia, gdyż groziła uduszeniem go.

Po tych dwóch bezskutecznych próbach, naczelnik cofnął swoje rozporządzenie przymusowego chrztu i od tej pory nakładał tylko kary pieniężne za nieochrzczenie dzieci.

Od roku 1874, aż do wstąpienia na tron Aleksandra III. przez lat 7, parafia Swory była przedmiotem ustawicznego i wyjątkowego prześladowania ze strony Kutanina, Gromeki i Moskwina. Prześladowanie to w 1874 i 1875 roku było okropne i krwawe jak wszędzie, lecz potem, gdy potwory te ludzkości przekonały się, że krew, a niecny mord ludzi, jeszcze bardziej potęgują siłę ich wiary i do mężnego prowadzi ich oporu, zmienili swoją szatańską taktykę, a ponieważ Swory materyalnym dostatkiem swoim bogatsze były od innych wsi, postanowili szczególniej uderzyć na tę wieś, ogłodzić i zrujnować ją materyalnie, a tak zmusić ją do uległości woli rządu i prawosławia, pewni będąc, że im się to powiedzie.

Postój więc wojska na koszt włościan nie trwa we Sworach miesiąca, jak gdzie indziej, lecz lata całe. Dwie roty piechoty stoją tu ciągle na utrzymaniu gospodarzy, aż do wojny tureckiej. W tym czasie następuje przerwa, gdyż ruscy rycerze wyszli od nas, zanieść swój krzyż czerwonego i krwawego prawosławia pomiędzy niewiernych. Po skończeniu zaś wojny, natychmiast dwie roty wojska znowu wchodzi do Sworów i stoi tam aż do śmierci Aleksandra II., to jest do chwili, gdzie już ludzie we wsi i dzieci ich z głodu a nędzy mrzeć poczęli i wojsko było zmuszone żywić się za swoje pieniądze, kiedy we wsi ni bydlęcia, ni ziarna, ani trzody, ani żadnego kawałka nie pozostało chleba, ani żadnej rzeczy do licytacyi, kiedy wszystkie płoty, strzechy i niektóre nawet budynki gospodarskie popalono.

Swory zrujnowane zostały materyalnie, lecz ich duch religii i stałości przy św. wierze ten sam pozostał i dowiedli rządowi, że unici bogatsi, tak samo jak i biedni, potrafią się zahartować i znieść największe męczarnie, na sławę i cześć religii świętej, a na hańbę prawosławia.

Wojsko ruskie, podług urzędowego wyrażenia oficerów, demoralizowało się we Sworach, a raczej pojmować poczęło siłę wiary świętej, która przez włościan działając na nich z bliska, z każdym dniem bardziej przejmowała ich ducha, oświecała ich, cywilizowała, składając im dowody niezaprzeczone, że tylko na łonie katolicyzmu człowiek nieoceniony, i w obronie swojej wiary składa nie tylko grosz, mienie swoje i pracę, lecz cierpi katusze, więzienia, niesie krew i życie swoje.

Więc roty zmieniane były co dwa miesiące, oficerzy od tego piekielnego postoju wypraszali się, przenosząc najtwardszą wojnę z Turkami, niż gnuśną a hańbiącą bezczynność wśród bezbronnych unitów, siedząc na karkach ich i jak liszki nikczemne objadając drzewo ich pracy.

Często oficerowie zadawali dzielnym tym ludziom pytania, czy im nie żal ich dobytku i grosza, który tak marnie tracą. Odpowiadali, że żal im bardzo bydła i pracy ich, ale cóż na to poradzą? „My to już tak pocieszamy się, mówili do oficerów, że to w tem jest wola Boża, że na bydło nasze Pan Bóg zesłał taki niby pomorek, co nam je zabiera, a na grosz nasz i na nasze dobro, nie przymierzając, to samo złe, co to trapiło Hioba sprawiedliwego. Potrzeba i za to Panu Bogu dziękować, a wiary Mu świętej dotrzymać, bo człowiek bez wiary, to nic nie wart“.

Objaśnieni oficerowie, że w przekonaniu ludu są pomorkiem i złem, trapiącem niegdyś Hioba sprawiedliwego, tem więcej nie mogli się przywiązywać do niskiej a wstrętnej swej roli.

Nie kończyło się jednak wszystko złe na postoju wojska i objadaniu biednych włościan we Sworach. Naczelnik każdego tygodnia, w piątek, przyjeżdżał do Sworów i wezwawszy strażników i wójta, egzekwował z każdego gospodarza zaległy sztraf, za nieochrzczone dzieci obrzędem prawosławnym. Z początku, za każde takie dziecię nieochrzczone, ojciec musiał płacić 5 złotych kary codziennie, gdy się gospodarcze zasoby włościan wyczerpywały, płacili za każde dziecię 5 złotych tygodniowo, dalej tylko 5 złotych miesięcznie , aż wkońcu przyprowadzonych do zupełnej nędzy, zwolnić musiano od opłaty tego tak zwanego „podatku za dzieci" Naczelnik na miejscu decydował, oznaczał wysokość sztrafu zaległego na każdym gospodarzu, a strażnicy z wójtem zabierali fanty gospodarcze i domowe i składali takowe do urzędu gminnego, jako przeznaczone do licytacyi. Nieraz zdarzyło się, że strażnicy pozabierawszy narzędzia gospodarcze i odzież z domu i nie znajdując nic więcej, obdarli strzechę z obory upartego unity, aby ją sprzedać żydowi na podesłanie bydlęcia i tak dosięgnąć do wysokości nałożonego sztrafu.

Obliczyć straty, jakie zrujnowani ze szczętem włościanie ze wsi Sworów przez tyle lat ponieśli, niepodobna. Orali biedni, siali, zbierali, kosili pod strażą wojska i dla wojska i często na własnych zagonach, ustali w pracy, jak w Faraonów niewoli, modlili się do barbarzyńców, aby ich już wszystkich wysłali na wygnanie, gdzie na swoje i dziatek życie prędzej zapracują niż u siebie. 80 gospodarzy ze wsi Sworów, jak obliczają, poniosło straty najmniej na 600.000 złotych.

Nicefor Gereło, gospodarz ze wsi Sworów, mający przeszło 65 lat wieku, zaaresztowany, w kryminale siedleckim umarł z pobicia, pozostawiwszy w ostatniej nędzy troje sierot.


Z liczby wywiezionych na wygnanie po 5 latach więzienia w Siedlcach, wymieniają pomiędzy innymi

Grzegorza Sęczyk,
który pozostawił żonę, dwoje małoletnich dzieci i gospodarstwo.

Izydora Gereło,
który również pozostawił żonę, dwoje dzieci i zniszczone gospodarstwo.

Jozafata Gereło,
pozostawiającego także czworo dzieci, żonę i zniszczone gospodarstwo.

Oto fakt godny zanotowania, dający pojęcie, z jaką troskliwością a właściwem sobie barbarzyństwem śledziła policya włościan sworskich w celu ich zniszczenia materyalnego i wyrwania im nawet kawałka chleba od gęby.

Lud unicki, zwyczajem łacinników, obchodzi zawsze uroczyście wigilię Bożego Narodzenia i w ten dzień przygotowuje sobie zwykle wystawną ucztę. Ponieważ mieszkańcy wsi Sworów, w 1880 roku, przyprowadzeni do zupełnej nędzy, nie mogli się zdobyć w wigilię tej uroczystości na żadną ucztę familijną, więc z sąsiednich wiosek życzliwi gospodarze przyszli im w pomoc podarkiem lepszej strawy, bułek pszennych, chleba, kaszy, mąki i innych rzeczy. Było to jakby serdeczne połamanie się opłatkiem życzliwości sąsiedztwa i przyjaźni włościan.

Lecz na biednych sworzanach ciężył zaległy sztraf, którego nie było czem zapłacić. Gdy się tak krzątają szczęśliwi rodzice z dziatkami swojemi około przygotowania tej domowo-religijnej uczty, strażnicy dowiedziawszy się o tym nowym dostatku mieszkańców, zajeżdżają nocną porą i ze stołu biednej uczty z rąk rodziców i od ust zgłodniałych dzieci zabierają na wozy chleb, bułki i wszystko co się dało zabrać, co mogło przedstawiać jakąkolwiek wartość na opłacenie zaległego sztrafu, kary za ich nieprzełamaną stałość przy świętej wierze ojców.

Z notatek unitów i opowiadań wójta. (Przyp. pisz).

Nie można również pominąć milczeniem następującego charakterystycznego faktu, który dobitnie okazuje, jak niczem niezapełniona przepaść istnieje pomiędzy unitami a prawosławiem, do którego rząd rosyjski ich zmusza.

Mieszkańcy wsi Swory, jak i wszyscy unici, swoich umarłych zawsze sami grzebali, bez udziału popów prawosławnych. Robili to potajemnie i w nocy, aby uniknąć czujności policyi, która najsurowiej czynić im to zabraniała. W 1880 roku, gdy w jednym domu gospodarskim umarło dziecię, strażnicy dowiedziawszy się o śmierci dziecięcia otoczyli dom, postawili przy nim silną wartę, domagając się, aby dziecię pogrzebał pop prawosławny.

Włościanie widząc niepodobieństwo ukrycia dziecka, udali się z prośbą do wójta, następnie do naczelnika powiatu, prosząc go, aby im pozwolił zmarłe dziecię, ochrzczone już po katolicku, pochować bez udziału popa prawosławnego. Naczelnik nie tylko odrzucił ich prośbę, lecz natychmiast polecił wójtowi ze Sworów i strażnikom dopilnować, aby „ditia pohoronit’ z popom", włościanom zaś kazał wracać do domu i zagroził oddaniem ich do więzienia, jeżeli zmarłe dziecię ośmielą się wykraść i bez popa je pochowają.

Strażnicy spełnili rozkaz naczelnika, sprowadzili popa, diaków, zebrali się także na pogrzeb żandarmi, żołnierze nauczyciele wiejscy. Włościanie wykopawszy duży i głęboki grób na cmentarzu sami usunęli się, nie chcąc należeć do pogrzebu z przedstawicielami prawosławia, do pogrzebowej procesyi wystąpiły tylko same kobiety ze wsi.

Po zwykłem odśpiewaniu przy grobie „panichidy" za umarłych i modlitw za carską familię, w chwili kiedy cerkiewni opuszczali trumienkę dziecka do grobu, stojące przy samej mogile kobiety, porwały za popa, ubranego w ryzę, i wrzuciwszy go w ten sam grób, na trumnę dziecka, poczęły na niego rzucać kamienie, sypać ziemię a broniących popa strażników i cerkiewnych odpychać i krzyczeć, że naczelnik rozkazał im koniecznie „ditia pochoronit’ z popom", inaczej zagroził, że odda ich do więzienia.

Strażnicy przelęknionego popa wydobyli wprawdzie z mogiły, w której ukamienowały i zasypałyby go energiczne kobiety, lecz policya i wszyscy odebrali naukę, aby na przyszłość nie wydawali rozkazu „choronit z popom", który dzielne kobiety literalnie pojęły i literalnie spełnić też chciały, i nie zmuszali włościan niechętnych do uczestnictwa przy spełniających się obrzędach nienawistnego im prawosławia,.

Ponieważ do całej tej komedyi należały tylko kobiety, więc jako sprawa z niemi trudniejsza i nie warta urzędowego rozmazywania, została zaniechaną, tem więcej, że tylko kompromitowała tych, którzy ją wywołali. Zresztą wieś była już zniszczona i żadnej kontrybucyi zapłacić nie była w możności.

Z opowiadań urzędnika gubernialnego. (Przyp. pisz.).


Parafia Krzyczew.

Parafia ta, licząca około 600 dusz, miała proboszcza księdza Adolfa Wasilewskiego, który dzielnie opierał się rozkazom Chełma i rządu. W końcu 1873 roku, gdy przysłano do parafii niejakiego Urbana, schizmatyckiego świaszczennika, ks. Wasilewski odebrał polecenie stawienia się w Chełmie, lecz nie chcąc być przedmiotem zemsty Popiela, z rodziną swoją uciekł za granicę.

W Styczniu roku następnego, gdy z rozkazu popa przy restauracyi cerkwi, pousuwano wszystko co było unickie, a ustawiono sprzęty prawosławne, parafianie wyrzucili takowe, wnieśli swoje dawne ołtarze, zamknęli cerkiew i klucze ukryli. Na trzeci dzień przybył tu urzędnik z Siedlec ze strażnikami i spisawszy protokół, zabrał razem do więzienia przeszło 40 osób, mężczyzn i kobiet. Gdy przez trzy tygodnie policya nie mogła zmusić parafian do wydania kluczy cerkiewnych, przybył do Krzyczewa naczelnik z trzema rotami wojska, drzwi cerkwi odbił i rozstawiwszy wojsko po kwaterach, domagał się od unitów wydania sobie przywódców.

„My wszyscy przywódcami jesteśmy, odpowiedzieli, i rób pan naczelnik z nami co ci się podoba".

Wojsko tu stało do ruskich Zielonych Świąt, objadło tak biednych unitów, że żywili się szczawiem tylko bez soli i Chleba. Po wyjściu wojska unici natychmiast wypędzili popa z probostwa. Strażnicy dowiedziawszy się o tem, wpadli do wsi i spotkawszy na drodze Eufemię Mikołajukową. która na czynione jej zapytania nic im nie odpowiadała, tak ją zbili, że zachorowała ciężko i we dwa miesiące skonała, pozostawiwszy dwoje dzieci sierotek. Oprócz tego 20 unitów zabrali strażnicy do kryminału. Po 3 miesiącach gubernator uwolnił ich z więzienia, lecz nałożył kontrybucyę po 50 rubli z domu.

Początek 1875 roku pamiętny jak dla wszystkich unitów Podlasia, tak i dla parafian krzyczewskicb.

„Do podpisu", wołał naczelnik.

„My pisać nie umiemy", odpowiadali unici. Więc pędzili wszystkich do bohukalskiej kancelaryi gminnej, gdzie tyle krwi unickiej wylano. Stała tu piechota grenadyerów i kozacy do katowania niewinnego ludu. Na pierwszym egzaminie prawosławia mężczyźni krzyczewscy dostali po 250, a kobiety po 150 nahajek kozackich. Ciągiem katowaniem ludu tak już byli kozacy spracowani, że się do koszuli rozbierali na mrozie. Niektórzy unici kilka razy przechodzili taką piekielną kolej i wielu z nich leżało po domach zamienionych na szpitale.

Teofil Szaniawski, zbity i uwięziony w Siedlcach, wysłany został w głąb Rosyi, pozostawiwszy żonę i 5-ro dzieci, umarł na wygnaniu.

Jakub Nieczyporuk, wycierpiał razem tę samą karę co i jego towarzysz, lecz rozłączyli ich w końcu i Jakuba wysłali do Woroneżskiej gubernii.

Naczelnik Klimenko szczególniej mścił się na żonie Nieczyporuka, Annie, i uważał ją jako mającą wpływ na unitów. Pędzili więc ją rozłączoną od dzieci po więzieniach w Janowie, Biały i Siedlcach, aż nakoniec wysłali ją do woroneżskiej gubernii, strasząc tem odważne unickie kobiety, że spotka je ten sam los, jeżeli będą zachęcały mężczyzn do oporu władzy.

Po wywiezieniu Nieczyporuków, zostało 4-ro ich dzieci sierot, z których syn najstarszy miał zaledwie lat 14-ście.

Pędzili to dziecię naczelnicy do przeproszenia popa, grozili mu, że gospodarkę ich zniszczą, a jego wezmą do wojska na zawsze, lecz nieulęknione chłopię odpowiadało im: „róbcie ze mną co chcecie, a ja prawosławnym nie będę". Wreszcie Moskwin, gubernator, godny następca Gromeki, chcąc przestraszyć upartych unitów, wszystkie te dzieci Nieczyporuków: Stefana, Agrypinę, Pelagię i Teklę, czteroletnią dziewczynkę, wysłał do Rosyi do ich rodziców; zboże, dobytek i ruchomości pozostałe, zlicytować kazał na opłatę zaległych sztrafów, a ziemia i budynki marnują się, gdyż sąsiadom ich, powiat wzbrania gospodarzyć na pustych zagonach, żeby pozbawić zesłanych Nieczyporuków jakiegokolwiek wsparcia i korzyści z ich biednej chudoby.

Z tej parafii jest jeszcze kilku wysłanych w głąb Rosyi, lecz imion ich nie podano.


Parafia Łosice.

Ta parafia, licząca około 600 dusz unickich, miała proboszcza renegata wiary, Szymańskiego. Wojsko i kozactwo stało tu przez dwa miesiące. Kontrybucyami i rznięciem bydła przygotowano naprzód drogę do prawosławia, potem wobec zgromadzonych parafian, wzięto się do batożenia najzacniejszych i wypływowych gospodarzy, spodziewano się tem resztę zastraszyć i od stałości wiary ich odciągnąć. Wójt Antoni Mienkowicz, Nicefor Kalinowski, Kazimierz Kostecki, na rozkaz Klimenki bici byli tak strasznie, że wszyscy otaczający ich rzewnie płakali, nie mogąc znieść widoku krwfi i krajania nahajkami ciała ludzkiego za wiarę które od kości odpadało.

Wójt Antoni Mienkowicz, leżąc na ziemi zbity, gdy oświadczył Klimence, że składa swój urząd, gdyż sumienie nie pozwala mu mieszać się w religijne sprawy, że nie będzie unitów zmuszać do podpisu na prawosławie, ani też na zarżnięcie wydawać kozakom bydląt z obory upartych unitów, kazał go bić bez miłosierdzia, wołając:

„Ty powinieneś nawracać, nie buntować parafian!"

„Wójci nie nawracali nigdy, ani też naczelnicy, odpowiedział Mienkowicz, ale duchowieństwo".

„Mołczy s... syn! nahajki"! krzyknął Klimenko i czterech siepaczy stanęło do mordowania wójta, leżącego na ziemi.

Gdy spostrzegł Klimenko, że ze czterech kozaków nahajkujących wójta, jeden go nie tak silnie uderzał, kazał rodaka swego rozłożyć na śniegu i dać mu 100 nahajów, co też natychmiast wykonano.

Po skatowaniu wymienionych trzech unitów, kazał ich Klimenko okuć w kajdany i do więzienia siedleckiego odesłał z raportem, że ci trzej są najgorsi buntownicy w parafii. Następnie przywoławszy popa, począł przy pomocy tego odstępcy namawiać lud do przyjęcia prawosławia i przekonywać, że każda wiara jest dobra, nawet turecka.

Śmiałe trzy dziewczęta ze wsi Łepek odpowiedziały świaszczennikowi: „Pamiętamy dobrze wszystko, czego niedawno uczył nas ksiądz proboszcz, a szczególniej pamiętamy ostatnie jego kazanie na św. Michał. Po przedstawieniu nam znakomitego stanowiska, jakie w niebie zajmuje św. Michał Archanioł, powiedział nam ksiądz, że święty ten wojuje ciągle z nieprzyjacielami kościoła świętego, czyli wrogami cerkwi naszej świętej unickiej, że zwalcza szatana przeklętego, który powstaje ciągle przeciwko kościołowi i cerkwi, że szatan ten albo prowadzi nas na pokuszenia do różnych sekt i religii albo też sekty odszczepieńców i schizmatyków, pod wodzą tegoż szatana uderzają na nas, aby nas rozprószyć, obałamucić i zmusić przejść do wiar obłudnych i nieczystych, przeciwnych duchowi kościoła rzymskiego i naszej cerkwi unickiej. Nadto zalecał nam ksiądz stać zawsze pod sztandarem św. Archanioła i modlić się, abyśmy nigdy nie odstąpili od Stolicy św. Apostolskiej. A teraz ksiądz tłumaczy nam, że prawosławie, to jest schizma, i katolicyzm, i unia nasza, to wszystko jedno. Cóż więc teraz robi św. Michał, kiedy schizma i my jedno jesteśmy? Kogo on dzisiaj broni? Czyim jest patronem? Dlaczegóż nas mordują i na śmierć zabijają i zmuszają przyjąć schizmę, kiedy ona jest taką, jaką jest wiara nasza rzymsko-apostolska? Nie, księże, to wszystka kłamstwo jest, co mówisz dzisiaj, bałamuctwo i przekupstwo, my nie odstąpimy od sztandaru św. Michała i wiary naszej i ciebie już słuchać nie będziemy, tyś już nie nasz pasterz".

Dosłownie ta cała odpowiedź wyjęta z notatek włościanina unity. (Przyp. pisz.).

Klimenko wysłuchał do końcą całej tej repliki dziewcząt, skierowanej wprost do popa Szymańskiego i nie przerywał jej, sądząc, że Szymański znajdzie na nią stosowną i gruntowną odpowiedź, lecz gdy widział, że pop nos zwiesił i nie odzywa się ani słowa, Klimenko, wyręczając go, skazał natychmiast śmiałe dziewczęta na nahajki i dostały każda po 150 strasznych knutów kozackich.

Parafia za upór była batożona w dalszym ciągu, a straty materyalnej poniosła około 40.000 złotych.

Na straży wiary stał tu dzielny i uczony ksiądz kanonik Marcin Wojciechowski, kandydat św. Teologii, proboszcz łosicki, dawny profesor seminaryum i Surrogat konsystorza janowskiego, jak gdyby pamiątka wśród unitów, po dawnej dyecezyalnej jurysdykcyi. Unici otaczali go zewsząd zaufaniem, miłością i szacunkiem, a rząd w postępowaniu kanonika Wojciechowskiego widząc moralny jego wpływ na uni- tów, usunął go z probostwa łosickiego i unii. Po spaleniu się kościoła w Łosicach, nie pozwolił rząd na wybudowanie nowego, skasował parafię miejską w Łosicach i przyłączył ją do małej jej filii we wsi Hadynowie.


Parafia Łysów.

Parafia ta, licząca zaledwie 200 dusz, wycierpiała jak wszystkie w 1867 roku i zapłaciła 2800 złotych kontrybucyi, oprócz domowych strat i zniszczenia

W 1875 roku przybył tu z Janowa znany Klimenko z kozakami, kazał zebrać parafian przed siebie i przywoławszy popa Szymańskiego, zaczęli oba nawracać lud do podpisu na prawosławie, nazywając go obrządkiem unickim starodawnym. Wykładali obaj ludowi, że to panowie wymyślili unię i prowadzili ich do niej jak baranów, że unici będąc ludem biednym, nie mogli jako tako podtrzymać świątyń swoich i coś do nich droższego ofiarować.

„Patrzcie, rzecze wymowny Klimenko, jakie wasze świątynie? Obora pańska wspanialszą jest niż cerkiew. Jakie znowu łacińskie kościoły? Wszystkie murowane, czyste, bogate, wewnątrz ołtarze złocone, bogate ryzy i skarbce, a wasze cerkwie unickie walą się podgnite, ściany spróchniałe, dach na nich dziurawy lub słomą pokryty, ołtarze glinką pobielane, a ryzy obdarte, gorsze od worków dziadowskich. Żeby Najjaśniejszy Cesarz Mikołaj nie zlitował się nad cerkwiami waszemi, nie mielibyście żadnej w nich ozdoby, a tak przynajmniej złotem jaśnieją w cerkwiach waszych kosztowne carskie wrota, które on groszem swoim kazał wam postawić, a bez nich cerkwie wasze wyglądałyby wewnątrz jak chlewy.

„Oprócz tego, wasi księża zdzierali was za religijne posługi, za chrzty, śluby, pogrzeby, msze, które codziennie niewiadomo po co, odprawiali. Lecz teraz tak nie będzie! Najjaśniejszy Pan, Aleksander, bierze was biednych w opiekę swoją i razem wasze cerkwie. Teraz już za nie płacić nie będziecie, wszystko wam darmo będą wasi księża służyć, rząd cerkwie pobuduje wam nowe i murowane, probostwa piękne i nowych wam da bogatych i uczonych popów. To wam przyrzekamy dzisiaj, z księdzem Szymańskim, waszym administratorem. My to mówimy w imieniu Najjaśniejszego Pana, więc wy podpiszcie się, że z wdzięcznością przyjmujecie jego Jaski i wiarę jego prawosławną.

„Bo jeżeli nie podpiszecie się, będziemy uważać to jako bunt przeciwko woli Najjaśniejszego Pana, a wtedy, widzicie, że za mną stoją kozacy, są to posłuszni apostołowie, naprzód każę im rozkwaterować się po domach waszych, a was wypędzić z domów. Każdy kozak ma z sobą książeczkę ewangelii, nie miłosierdzia, lecz złości, nie prośby, lecz przymusu i kary okropnej. Najprzód zarżniecie im wołu, wieprza, dacie im przypraw do obiadu. Gdy się posilą i sił dobrych nabiorą, wtedy wam podziękują z ewangelii swojej. Dadzą wam naprzód po 100 nahajów, wygonią was wszystkich, kobiety i dzieci do roznoszenia śniegu, jak dzień tak noc konie wasze będą założone do furmanek i pędzone po najgorszych drogach. Jak konie wasze, tak i wy będziecie głodni i katowani przez kozaków. To wam powiadam z księdzem Szymańskim i dajemy wam do namysłu 7 godzin.

Tę mowę wziętą dosłownie z notatek włościanina unity, podajemy jako dowód, że Gromeka „duraka“ Klimenkę, już nauczył przemawiać do unitów w duchu swoim. (Przyp. pisz.).

„Wielmożny Naczelniku i ks. Proboszczu! rzekła wówczas Teresa Midzicka, śmiała dziewczynka z Ruskowa. Mówił nam ksiądz proboszcz, że dawniej tylko niewierni poganie męczyli i rozlewali krew chrześcian“.

Lecz tylko te wymówiła słowa, na skinienie Klimenki przybiegli kozacy, rozciągnęli dziewczynę na śniegu i dali jej 25 nahajek. Kiedy podnieśli, zakrzyczał ją Klimenko: "No szczo, dobre tobi? Howary bulsz koły ty taka ja mudraja!"

Nieustraszona tem dziewczynka powtarza swoje po polsku jak i zaczęła: „Dawniej niewierni poganie rozlewali krew, męczyli i zabijali chrześcijan za wiarę, a dzisiaj chrześcijanie jak niewierni napadają na chrześcijan i krew ich rozlewają i wydzierają im wiarę świętą."

„Nie, odrzecze Klimenko po polsku, my nie wydzieramy a dajemy wam wiarę, ale kiedy masz tak dużo krwi, to ja potrafię upuścić jej." Tu krzyknął znowu na kozaków po rusku: „Kozaki! porot’"!

I wobec całej parafii, rozciągnęli znowu kozacy dzielną dziewczynkę na śniegu i z barbarzyńską wściekłością, nie zważając na młode lata dziewczyny, spełniali rozkaz krwią dyszącego bydlęcia Klimenki. Wszyscy parafianie odwracali się i płakali nie mogąc znieść widoku tej bezprzykładnej tyranii nad dzieckiem, lecz przez ofiarę jego krwi męczeńskiej, Duch Boży przejmował serca wszystkich i do stałości wiary umacniał. Jęk dziecka głuszyły szatańskie świsty nahajek, krew lała się strumieniami, a ciało kawałkami odpadało. Z początku dziewczę od boleści wiło się okropnie i krzyczało rozpaczliwie, potem zmordowane, leżało już omdlałe jęcząc pod razami kozaków.

Lecz ten chrzest krwi dziewczęcia, ocalił całą parafię przed męczarnią moskiewską. Klimenko odstąpił od zamiaru swego zmuszania parafian do przyjęcia prawosławia, a rozkazał im tylko przeprosić Szymańskiego, za to, że go nazywali „popem" nie świaszczennikiem. Kozacy obstąpili parafian i nahajkami popędzili do stojącego popa i to było dostateczne dla Klimenki, aby urzędownie napisać, że Łysów dobrowolnie przeprosił popa i przyjął prawosławie.

Takim mniej więcej sposobem jak opisany powyżej, waleczni rycerze: Gałowińskij, Kutanin, Klimenko i Wolawskij, przy pomocy wojska, kozaków i nieodstępnych czynów barbarzyństwa, a materyalnego zniszczenia unitów, nawracali i resztę parafii w powiecie konstantynowskim, mianowicie : w Chotyczach, Chłopkowie, Bublu, Klonownicy, Makarówce, Mostowie, Neplach, Nosowie, Rokitnie. Parafie te, oblały się krwią stałości swojej w wierze ojców, zapłaciły około 700.000 złotych za upór swój, ofiary swoje dały do więzień i na wygnanie do Rosyi.


Wioska Kościelna Leśna.

W powiecie konstantynowskim, we wiosce Kościelna Leśna był od wieku klasztor i kościół pod zarządem księży Paulinów, będących na straży cudownego obrazu Matki Boskiej Leśniańskiej. O każdej porze roku, a zwłaszcza w uroczyste święta, z całego Podlasia tysiące pielgrzymów, zwłaszcza unitów, przybywało do Leśny, a do niesienia religijnej pomocy zjeżdżali się tu duchowni obojga obrządków, zakonnicy i świeccy kapłani. Leśna z tego względu, bardziej jeszcze niż Kodeń była nieznośną dla rządu ruskiego. Przy ogólnej kasacie zakonów wypędzono stąd Paulinów, a zarząd kościoła i parafii oddano świeckiemu duchowieństwu. W końcu, w czasie ogłoszenia urzędowego prawosławia, kościół ten wspaniały zabrano na użytek schizmy, prze restaurowano go, na wierzch kościoła włożono siedem ogromnych prawosławnych baniastych kopuł i dla przyciągnięcia unitów, rząd pozostawił na miejscu cudowny obraz i duży ołtarz N. M. P. Leśniańskiej. Lecz pomimo tych środków przynęty unitów do leśniańskiej cerkwi, jak tylko rozeszła się wieść o zabraniu kościoła w Leśny na prawosławie, unici i łacinnicy natychmiast zaprzestali swoich dawnych odpustowych pielgrzymek i dziś Leśna pustą i biedną jest wioszczyną, bez życia i ruchu, jaki tu od wieku codziennie panował. Zgasła też powaga, dawny charakter i urok religijny tego ustronia świętego, w którem Matka Boska na wierny lud podlaski tyle błogosławieństwa i łask swoich zlewała.

Za czasu rządów chełmskiego biskupa, Kuziemskiego, uniccy parochowie najfałszywiej mu przedstawili, jak również i księciu Czerkaskiemu, że do Leśny przybywa rocznie więcej unitów, aniżeli łacińskich pielgrzymów. Gdy zaś z zakazu rządowego, księżom unickim wzbroniony jest wstęp do kościołów łacińskich, przez co unici pielgrzymi w Leśny pozbawieni są Sakramentów św. swojej cerkwi, lub porzucają rodzinny obrządek, przystępując do Komunii łacińskiej, na czem cerkiew unicka bardzo traci, prosili biskupa i księcia Czerkaskiego, aby co prędzej kościół leśniański, zamieniony na unicką cerkiew, razem z probostwem oddany był w zarząd duchowieństwu unickiemu.

Dla Kuziemskiego ta myśl była bardzo pożądaną, więc chwycił się jej i szturmować począł do Zarządu Obcych Wyznań, aby mu Leśnę oddano. W Grudniu 1868 r. nakazano budowniczemu powiatu konstantynowskiego, rozmierzyć szczegółowo poklasztorne mieszkania w Leśny, a Kuziemski snuł projekt osadzenia tu warszawskich i bialskich Bazylianów, oraz demerytów księży unickich.

Czerkaski udawał przychylność swoją do tych planów unii, lecz gdy w interesie jego wcale nie leżało powiększenie liczby cerkwi unickich, i owszem, on miał swój projekt. Leśną i Kodeń, te dwie duchowne perły Podlasia, wyrwać kościołowi łacińskiemu i wprawić je obie do korony prawosławia, więc odpowiedź Kuziemskiemu zwłóczył z dnia na dzień i zasłaniał się Petersburgiem, skąd miała niby na podaną prośbę jego, najwyższa przyjść decyzya.

Dnia 6 Kwietnia 1875 r., piorun wypadły z ręki cesarskiej, rozjaśnił nam otchłań klęski i prześladowczego nieszczęścia uderzającego w kościół Polski. Podpisano i najwyżej rozkazano, katolicką cudowną Leśną ukoronować biedne prawosławie, obraz cudowny i kościół leśniański zagarnąć siłą na własność schizmy.

Widać już było wolę Bożą, aby Leśna z cudownym obrazem, została w posiadaniu przez jakiś czas u Rosyan, odszczepieńców, jak słońce w zaćmieniu, aby kiedyś, da Bóg, drugiem nas zjawieniem, Matka Boża pocieszyć raczyła, gdy powróci w posiadanie nasze i kościoła katolickiego.

Godnym zanotowania jest fakt, że gdy po raz pierwszy archierej prawosławny zwiedzał kościół leśniański zabrany już na schizmę, w chwili gdy wjeżdżał do wioski i od kościoła znajdował się w odległości 400 kroków, konie jego karety, które całą drogę biegły najswobodniej, nagle na gościńcu stanęły i żadną siłą ludzką nie dały się ruszyć z miejsca. Archierej przestraszony, zmuszony był wysiąść i ze swymi adjutantami do kościoła dochodzić piechotą. Lud widząc to, ośmielony, wziął się za kamienie i błoto i ciskać począł z za krzaków na archierejski orszak, a kobiety zmuszone pod karą sztrafu stać na drodze, ze złości odwracały się i arcydostojnikowi prawosławia okazywały najbrudniejszy stopień pogardy. Naczelnik Kutanin, przerażony taką szatańską owacyą ingresu swojego arcypasterza, przypadł do archiereja, wsadził go czemprędzej na bryczkę swoją i zakrywszy go, popędził z nim do mieszkania popa, ominąwszy kościół.


* * * * *

Ks. Józef Pruszkowski, pseud. P.J.K. Podlasiak
Przedruk z:
Martyrologium: czyli Męczeństwo Unii na Podlasiu